Andrzej Olejniczak: Najdroższy kulig świata

Dwa lata temu postulowaliśmy w "Gazecie" rozwiązanie zimowych związków sportowych i zastąpienie go jednym. I co?

Prezes Kraśnicki twierdzi, że utrzymanie "sportowca zimowego" kosztuje rocznie około 60 tys zł. Polski Związek Narciarski dostał z naszych pieniędzy 4,5 mln zł, czyli powinien utrzymywać ich około 75, tymczasem Małysz skacze jeden, biega też jeden Krężelok i jedna Kowalczyk.

Związek Biatlonistów wspomogliśmy 3 mln - na jednego Sikorę i jedną Gwizdoń.

Związek Saneczkarski wydał w tym roku 1,66 mln - to chyba najdroższy kulig świata. A żeby w mistrzostwach polski w łyżwiarstwie figurowym wystartowała jedna para sportowa, jedna taneczna, czterech solistów i osiem solistek Związek dostał 1,77 mln zł!

Ta paranoja trwa kilkadziesiąt lat, ale nikomu nie przychodzi do głowy, żeby pieniądze podatników wydawać na dyscypliny, które tych podatników pasjonują. Dyscypliny, które mogą przynieść Polsce popularność i prestiż. Nikt nie pomyśli, że można wydawać mądrzej. Że najstarsi zapaśnicy świata, resztki amatorskich bokserów, karatecy i judocy mogą tworzyć jeden związek sportów walki, wioślarze połączyć się z kajakarzami i żeglarzami, a strzelcy z łucznikami.

Nie mam pretensji do garstki zapaleńców, którzy poświęcają życie na uprawianie dyscyplin ginących, niszowych lub hobbystycznych. Niech jednak sami organizują sobie na swój ukochany sport pieniądze, a państwo pomoże tylko najlepszym.

Problem w tym, że jesteśmy bezradni wobec tabunów działaczy, którzy z niegasnącym zapałem utrzymują za nasze pieniądze stołki tylko po to, żeby trwonić miliony. Nie wiedzą, dlaczego jednemu dają więcej, a innemu mniej, działają bez planu, sensu i logiki. Oni się nie zmienią. To przypadki beznadziejne.