Koszykówka. Euroliga: Kozaczka Zaporoże - Wisła Kraków 81:65

Mało kto się spodziewał, że krakowianki ostatni mecz 2004 roku przegrają z kretesem, bo przecież były faworytkami. A jednak... Pocieszające jest tylko to, że wyjazdowa porażka nie przekreśla szans na awans wiślaczek do kolejnej fazy rozgrywek Euroligi.
Przed meczem trener Arkadiusz Koniecki przestrzegał swoje zawodniczki, by wyciągnęły wnioski z niedawnego meczu w polskiej lidze z Meblotapem Chełm (z teoretycznie o wiele słabszym rywalem Wisła wymęczyła 86:84). W polskiej ekstraklasie po słabym meczu udało się wygrać, ale w Eurolidze już nie.

Wisła wystąpiła w specjalnie na tę okazję przygotowanych koszulkach z rosyjskim napisem "Kiempak Kraków" (sponsor krakowianek firma Can-Pack ma swoje przedstawicielstwo w Kijowie), czym wzbudziła zainteresowanie garstki widzów.

Miłe złego początki... Za sprawą Maryny Kress, która zdobyła osiem punktów - i krakowianki prowadziły 8:2. Chwila nieuwagi i celne rzuty z dystansu pozwoliły odrobić stracony dystans Kozaczce. Rusłana Kiriczenko (mistrzyni Europy z 1995) trafiła dwa razy zza łuku, a Olga Liaszkina spod kosza i zrobiło się 16:10 i 19:12 dla Ukrainek. Trener Koniecki wziął czas i wiślaczki opanowały nerwy, ale Oksana Pismiennyk (trzy rzuty za trzy w pierwszej połowie) trafiła zza linii 6,25 m i wyprowadziła swój zespół na prowadzenie.

W 12. min po trafieniach Doroty Gburczyk i Shannon Johnson wydawało się, że krakowianki odzyskały rytm, bo znów objęły prowadzenie - 30:26. Zbytnia nonszalancja Johnson na rozegraniu, błędy przy zastawieniu i niedokładne krycie pozwoliły jednak rywalkom zejść na przerwę z dwupunktowym prowadzeniem (41:39).

Rozkojarzona po zmianie stron Wisła rozpoczęła grę tak, jak ją skończyła - od straty punktów (49:41). Zdarzały się naszym błędy trzech sekund, a koszykarki z Zaporoża mijały wiślaczki w pierwszym tempie. W 28. min było już 56:43. Tangela Smith niemiłosiernie pudłowała, a przewaga rywalek rosła (62:45).

W trzeciej, kompromitującej kwarcie wiślaczki rzuciły tylko osiem punktów! W ostatniej kwarcie zagrały szybciej, ale równie nieporadnie. Pierwszy cel rzut za trzy Natalii Trafimavej w 34. min meczu, a chwilę później "trójka" Katarzyny Kenig nie mogły zmienić losów meczu. Rozbite wiślaczki niemal bezkarnie pozwalały trafiać rywalkom, które dość nieoczekiwanie, ale w pełni zasłużenie, odniosły drugie zwycięstwo w pucharowych zmaganiach.

Dla krakowianek jest tylko jedno pocieszenie - przegrały z Kozaczką mniej, niż wygrały w pierwszym meczu, mają więc lepszy bilans małych punktów. Gdyby na końcu zmagań Euroligi drużyny te się zrównały, będzie to miało znaczenie.

Kozaczka81
Wisła Can-Pack65
Kwarty: 26:24, 15:15, 21:8, 19:18.

Kozaczka: Olena Żerżerunowa 12, Oleksandra Gorbunowa 14, Olga Liaszkowa 22 (1), Rusłana Kiriczenko 19 (2), Lubow Aloszkina 0 oraz Oksana Pismiennyk 12 (3), Olena Fieńko 0, Maryna Chabarowa 0, Irina Maszczenko 2.

Wisła: Johnson 14, Smith 14, Perovanović 10, Kress 12, Krawiec 0 oraz Trafimava 8 (1), Gburczyk 2, Skerović 2, Kenig 3 (1).

Powiedzieli po meczu

Arkadiusz Koniecki, trener Wisły: Trudno mecz wygrać, gdy brakuje twardości i walki. Albo nie mamy indywidualnych umiejętności i kwalifikacji na tym poziomie Euroligi... Większość zagranicznych zawodniczek jest ograna, tutaj dostały szansę gry i to one biorą odpowiedzialność za wynik. Zawiodła drużyna. Zagraliśmy bez charakteru, a ja tego nienawidzę. To niezgodne z moją naturą, żeby oddać mecz bez walki. Próbowaliśmy grać dryblingiem, ale to jest już archaizm. Technicznym wyszkoleniem Ukrainki przewyższały nawet Amerykanki, które grają w WNBA. Choć mamy wysokie koszykarki, zbiórki przegraliśmy z kretesem.Wypadliśmy blado nawet w takich elementach jak zastawianie. Nasze zawodniczki niby są silne, a nie walczyły pod tablicami.

Jurij Pietrow, drugi trener Kozaczki: Byliśmy spragnieni rewanżu za porażkę w Krakowie. Dały o sobie wreszcie znać ambicja i wola walki - te atuty były po naszej stronie. Zadecydowały dobra skuteczność w rzutach zarówno za dwa, jak i trzy punkty. Ale ten spokój w ataku wynikał z bardzo dobrej gry w obronie.

Katarzyna Kenig, zawodniczka Wisły: Z ławki rezerwowych wyglądało to strasznie. Nie ruszałyśmy się ani w ataku, ani w obronie. Nie da się wygrać meczu "na chodzonego", szczególnie w obronie. Mecz z Meblotapem nie był pierwszym sygnałem, że gramy źle. Wcześniej było z trudem wywalczone zwycięstwo z ŁKS. Od tego meczu wszystkie spotkania były słabe. Absolutnie nie można tego zrzucić na karb kontuzji. A jaki jest prawdziwy powód? Trzeba o to zapytać trenera. Gra się nie układa, nie wszyscy wkładają tyle, ile powinni, swojego zaangażowania i fizycznego, i mentalnego. Kogo to najbardziej dotyczy? O, tego na pewno nie będę komentowała.

not. wak