Grzegorz Proksa, jeden z najzdolniejszych polskich bokserów dla "Gazety": Przeszedłem na zawodowstwo, bo muszę utrzymać rodzinę

- Działacze Polskiego Związku Bokserskiego potrafią tylko obiecywać. Do dziś nic nie dostałem za wicemistrzostwo Europy juniorów z 2003 roku, a obiecano mi wycieczkę do Tunezji. Wybrałem zawodowstwo, bo tylko tak mogę się rozwinąć i zarobić pieniądze na utrzymanie rodziny - mówi 20-letni jaworznianin, który miał był liderem grupy zawodników, rozpoczynających w przyszłym roku przygotowania do olimpiady w Pekinie.
Leszek Błażyński: Czy działacze z PZB w ogóle próbowali Pana nakłonić do pozostania przy boksie amatorskim?

Grzegorz Proksa, aktualny mistrz Polski w wadze półśredniej: Poza trenerem kadry Ludwikiem Buczyńskim nikt nawet do mnie nie zadzwonił. Wcześniej PZB tylko składał obietnice bez pokrycia. Chciałem konkretów, ale nie mogłem ich uzyskać. Już w wieku 19 lat założyłem rodzinę. Muszę ją utrzymać, a walcząc w amatorstwie, było to bardzo trudne.

Miał Pan propozycje od trzech liczących się w Polsce zawodowych grup bokserskich. Dlaczego zdecydował się Pan na Polish Boxing Promotion?

- Rozmawiałem z Andrzejem Gmitrukiem [szef Boxing Europe - przyp. red.], którego bardzo szanuje. Jednak nie chciał przystać na moje warunki.

Zdecydowałem się związać z Krzysztofem Zbarskim, bo dzięki niemu będę miał możliwość rozwoju. Będę mógł walczyć na ringach europejskich, jak również zarobię przyzwoite pieniądze. Wcześniej dzwoniłem do Dariusza Michalczewskiego. Universum było mną zainteresowane, ale niemiecka firma nie przedstawiła mi żadnych konkretów, a już przed świętami chciałem wiedzieć, na co mogę liczyć. Dzięki Zbarskiemu będę mógł pokazać się na świecie. Jednak trochę żałuję, że nie będę występował przed polską publicznością [gale PBP są w większości organizowane za granicą - przyp. red.].

Najsłynniejszym bokserem PBP jest Węgier Mihaly Kotai, mistrz świata WBF, który podobnie jak Pan walczy w wadze półśredniej.

- Jest to rzeczywiście znakomity zawodnik. Na pewno będę mógł się wiele od niego nauczyć.

Kiedy pierwsza walka?

- Od stycznia zaczynam przygotowania prawdopodobnie w Budapeszcie, bo tam najczęściej trenują bokserzy PBP. Na zawodowym ringu zadebiutuję na przełomie lutego i marca. Nie wiem jeszcze, kto będzie moim trenerem, ale mam do wyboru aż czterech dobrych szkoleniowców: dwóch Anglików, Irlandczyka i Węgra. Chyba zdecyduję się na węgierskiego trenera.

W rozmowie z "Gazetą" stwierdził Pan, że Maciej Zegan i Krzysztof Włodarczyk to bokserzy bez ambicji, bo zamiast walczyć z coraz silniejszymi przeciwnikami, rywalizują z pseudobokserami, którzy dwa tygodnie przed walką rozlewają piwo w knajpie. Czy nie czeka Pana ten sam los?

- Wiadomo, że na początku będę walczył ze słabszymi bokserami, ale nigdy nie będę nabijał sobie bilansu, aby mieć przykładowo 50 zwycięstw i 0 porażek i w tym wygrane z samymi słabeuszami. Moja kariera w amatorstwie szybko się rozwijała i wierzę w to, że nadal tak będzie. Moim celem jest wpierw zdobycie tytułu mistrza Europy i pasa interkontynentalnego. Marzę o tym, aby w przyszłości walczyć o mistrzostwo świata, ale jednej z czterech prestiżowych federacji. Kontrakt z PBP zapewnia mi, że nie będę występował na słabych galach. Dlatego też będę walczył z coraz lepszymi pięściarzami.