Sport.pl

Telokom Bonn - Deichmann Śląsk 97:65

Koszykówka. Nie było dogrywki, nie było zwycięstwa. Koszykarze Deichmanna Śląska po najgorszym meczu w sezonie przegrali na wyjeździe z Telekom Bonn. Najlepszym zawodnikiem meczu był niechciany kiedyś w Śląsku Branko Milisavljević


To było zdecydowanie najsłabsze spotkanie wrocławian nie tylko w Pucharze ULEB, ale w ogóle w tym sezonie. Zawód jest tym większy, że patrząc na problemy i ostatnie wyniki rywali, można było liczyć na korzystny rezultat oraz znakomitą pozycję przed rewanżami. Nic z tego. O wszystkim znowu przesądziła fatalna w wykonaniu wrocławian trzecia kwarta. W ostatniej trener Tomo Mahorić szybko się poddał, a mecz kończyła piątka: Mróz, Skibniewski, Chanas Szlachtowicz, Hajnsz. I doszło do pogromu.

Do przerwy natomiast nic nie wskazywało na taki obrót wydarzeń. Po tym, jak wrocławianie zdobyli osiem kolejnych punktów na początku drugiej kwarty, objęli prowadzenie (26:31) i wydawało się, że panują nad sytuacją. Świetnie grał szczególnie Ryan Randle, niemalże bezbłędny pod koszami. Do przerwy trafił 5 z 6 rzutów za 2 punkty oraz 1 z 3 za 3. Później nie był już tak skuteczny, ale jako jedyny w zespole zakończył spotkanie z ponad 10 punktami. Mało aktywny na początku spotkania był Michael Watson (spudłował wszystkie trzy rzuty za trzy punkty i wszystkie trzy wolne), ale to głównie dzięki jego punktom oraz trójce Roberta Skibniewskiego wrocławianie do przerwy prowadzili. I zaczął się koszmar.

Goście popełniali błąd za błędem, jeden głupszy od drugiego, tracili piłki, ale przede wszystkim fatalnie bronili. Przez pierwszych pięć minut Telekom zdobywał punkty w każdej akcji, a gdy w wreszcie wrocławianom udało się coś obronić (w całym meczu ani jednego przechwytu!), przewaga gospodarzy przekraczała już 10 punktów. Po raz ostatni Śląsk prowadził w 23. minucie 52:51 po rzucie słabo spisującego się Michała Ignerskiego. Później gospodarze zdobyli dziesięć kolejnych punktów i tylko powiększali przewagę. Świetnie grał Branko Milisavljević. Serb o pseudonimie "Zając" przed trzema laty był w Śląsku, ale podziękowano mu, zanim zdążył rozegrać mecz o punkty. Wczoraj zdobył 18 punktów (7/10 z gry) i miał 9 asyst. 20 punktów (w tym dwie trójki) oraz 9 zbiórek dołożył środkowy Aleksandar Djurić, a 17 powracający po kontuzji Altron Jackson. Gospodarze trafili 9 z 13 rzutów z dystansu.

Śląsk niby próbował wrócić do meczu, ale czynił to wyjątkowo bezmyślnie. Wrocławianie chyba liczyli znowu na cud, jak przed tygodniem w spotkaniu z Napoli, gdy rzutami z dystansu odrobili spore straty. Więc teraz też, gdy rywal odjeżdżał, rzucali, choć nie wychodziło im to w ogóle (3/18 za trzy punkty przy skuteczności za 2 momentami przekraczającej 70 procent), a co więcej - decydowali się na to nawet tacy "specjaliści" jak Raitis Grafs czy Radosław Hyży. Nic dziwnego, że Mahorić się wściekał, brał czasy, dokonywał hokejowych zmian. Wszystko na nic. Gdy przewaga rywali przekroczyła 20 punktów, poddał mecz i wpuścił najgłębsze rezerwy.

Śląsk zakończył pierwszą rundę rozgrywek grupowych bolesną porażką, ale w sumie z niezłym bilansem trzech zwycięstw i dwóch porażek. Wszystkie wygrane odniósł po dogrywkach.

Telekom Bonn - Deichmann Śląsk Wrocław 97:65. Kwarty: 24:19, 16:24, 29:13, 28:9

Telekom: Milisavljević 18 (2), Janicenoks 17 (3), Klepac 5, Nnamaka 11, Djurić 20 (2) oraz Jackson.17 (2), Balazs 2, Mihajlović 2, Huber-Saffer 2, Marković 2, Miletić 1,

Śląsk: Watson 8, Kiausas 3 (1), Ignerski 4, Hyży 9, Randle 18 (1) oraz Chanas 6, Grafs 5, Skibniewski 5(1), Zieliński 3(1), Szlachtowicz 2, Mróz 2, Hajnsz 0