Mówi Mirosław Dragan, trener II-ligowego Prokomu Arka Gdynia

- W Gdyni wiele rzeczy stało na głowie, ale teraz staramy się je postawić na nogi. Głównie chodzi mi o dyscyplinę graczy. Jeżeli jest taka konieczność, piłkarzy trzeba nawet zastraszyć i tym samym zmusić do cięższej pracy - mówi trener II-ligowego Prokomu Arka Gdynia Mirosław Dragan
Grzegorz Kubicki: Arka miała w tym sezonie walczyć o utrzymanie, tymczasem po znakomitej rundzie, wiosną zamierza atakować ekstraklasę. Jak Pan to zrobił?

Mirosław Dragan: Nie chcę okrzykiwać się cudotwórcą, bo cudów w piłce nie ma. Po prostu udało mi się zrobić dobry wynik, miałem przy tym odrobinę szczęścia. Choćby w doborze zawodników przed sezonem. Bo z jednej strony, trzeba mieć koncepcję, umieć znaleźć i ocenić piłkarzy, a z drugiej - mieć szczęście, że układ będzie funkcjonował tak, jak planowaliśmy. Część zawodników, jak Pilch czy Griszczenko, ściągnąłem przecież w ostatniej chwili. Ale byli to ludzie, których znałem, z którymi pracowałem. Oni dobrze wprowadzili się do zespołu. I to jest właśnie element szczęścia, bo nawet klasowy zawodnik w jednym zespole się sprawdzi, w innym nie. Przykładów jest mnóstwo. Piłkarz zawodzi, bezmyślnie oddaje się go do innego klubu, a on strzela potem 15 bramek. Dlatego trzeba uważać. Dużym atutem był dla mnie również fakt, że w poprzednim sezonie Arka walczyła zaledwie o utrzymanie. Naszym zadaniem na ten rok było więc uniknięcie podobnego dramatu. Wszystko, co wyżej, miało być naszym sukcesem. I tak się stało, choć drugie miejsce po rundzie jesiennej przerosło nasze oczekiwania. Nie liczyłem na tak wiele. Teraz plan jest prosty - atakujemy ekstraklasę!

Wiele osób powtarza, że to nie piłkarze, ale Pan jest największą gwiazdą Arki.

- Staram się dobrze wykonywać pracę, robię to, czego mnie nauczono. Na tyle, ile potrafię. Uważam, że sukces nigdy nie narodzi się w bałaganie i bylejakości. Pewne rzeczy w Arce musieliśmy więc poukładać, wiele jest jeszcze do zrobienia. Wszystko po to, aby Arka była markowym zespołem. W Gdyni wiele rzeczy stało na głowie, teraz staramy się postawić je na nogi. Chodzi o układ transferowy, ciągłość szkolenia, treningi, system wynagradzania i premiowania graczy, egzekwowanie obowiązków i rozliczanie piłkarzy. Głównie chodzi mi o dyscyplinę graczy. Jeżeli jest taka konieczność, trzeba ich nawet zastraszyć i tym samym zmusić do cięższej pracy.

Żeby nie było tak słodko, zapytam, dlaczego Arka nie jest liderem? Co można było zrobić lepiej, co należy poprawić?

- Rozumiem, że to pytanie to nie jest wyrzut, bo przed nami jest tylko Bełchatów. A jest to drużyna budowana od czterech lat, co roku solidnie wzmacniana. To klub stabilny finansowo, z piękniejszym stadionem. Tylko kibiców ma gorszych od nas. Kibicami w Gdyni jestem zresztą zauroczony, rzadko się takich spotyka. Gdybym w Gdyni zastał zespół gotowy, w takim kształcie, w jakim jest teraz, to być może bylibyśmy nawet przed Bełchatowem. Gdybyśmy pracowali w takich warunkach, jakie ma Bełchatów, to gwarantuje panu, że mielibyśmy ekstraklasę. Bełchatów starannie przygotował sobie awans i pewnie go wywalczy. Ale my też możemy być takim klubem.

Jeżeli chodzi o naszą grę, to najbardziej obawiałem się przygotowania fizycznego. Wielu piłkarzy nie pracowało w okresie przygotowań, bałem się, że sobie nie poradzą. Ale o dziwo, nie było najgorzej. Bardziej widoczny był brak przygotowania taktycznego, choćby przy rozegraniu stałych fragmentów gry. Dopiero w końcówce, kiedy doszedł Bartek Ława, wyglądało to dobrze, strzelaliśmy bramki po rzutach wolnych. Na początku wszystko było toporne. Piłkarze się nie rozumieli, jeden biegł w prawo, a inny w lewo. Ambicja i wola walki były przez całą rundę, od pierwszego meczu z Widzewem do ostatniego z Jagiellonią. Nawet kiedy nie szło, kibice bili nam brawo, bo widzieli, że Arka jest zespołem walczącym. A to jest podstawa. Nawet doskonały zespół, z wielkim piłkarzami, nie osiągnie sukcesu bez serca. Należało się spodziewać, że będziemy grali coraz lepiej.

Zespół powstał właściwie w ostatnim tygodniu przed ligą i początek był najtrudniejszy. Ale potem drużyna nabierała charakteru i kształtu, to był zespół z kręgosłupem. Liczyliśmy się z tym, choć nie wiedziałem, że zrobią się z tego aż 32 punkty i pozycja wicelidera. Teraz trzeba kontynuować dzieło. Nie śpimy. Nie ma nic gorszego niż stanie w miejscu. Chcemy iść do przodu, bo zespół, który nic nie robi, cofa się. Dlatego podjęliśmy już pierwsze ruchy personalne. Jesienią mogliśmy zobaczyć, na kogo możemy liczyć, a kto się nie nadaje.

Jaka jest Pana filozofia gry?

- Liczy się dobry kolektyw i dyscyplina. Do tego walka do upadłego i świetne przygotowanie fizyczne, o którym mówi się na całym świecie. Bo nawet najlepszy piłkarz nie pokaże atutów, kiedy nie będzie miał sił biegać po boisku. Budowanie stylu gry zespołu jest jak gotowanie zupy. Jeżeli zapomnimy o jednym elemencie, nie dodamy pieprzu lub soli, to zupa będzie niedobra. Będzie zjadliwa, ale nie będzie smaczna. Myślę, że mam już na tyle doświadczenia, że potrafię zachować proporcje. Ważna jest również atmosfera w zespole, która u nas jest znakomita. Ale z tym było nam łatwiej, bo były wyniki. Dochodzą również czynniki zewnętrzne, jak stabilność finansowa klubu. Nie płacimy wielkich pieniędzy, jak Bełchatów, Kolporter czy Kujawiak, ale płacimy na czas, a to ważne.

Piłkarze mają swoich idoli, jeden lubi Ronaldo, drugi Rivaldo, ale uważam, że z każdego można coś czerpać. Ja tak robię. Jestem jeszcze młodym trenerem, tak mi się przynajmniej wydaje, i biorę po trochu ze wszystkich wzorców. Mam swój warsztat, własny styl, ale nadal jestem otwarty.

Nowością w Arce będzie choćby wyjazd do Turcji w trakcie zimowych przygotowań. Jak to powiedziałem prezesom, to mówili, że wymyślam, że to jakieś fanaberie. Ale tak się teraz robi, nawet w Polsce. Wyjazd do Turcji nie jest wcale droższy niż dwa obozy w kraju, które Arka dotychczas robiła. A na pewno ma większy sens, przyniesie większy pożytek. Bo lepiej trenować na zielonej trawce, niż taplać się w kałużach, błocie i śniegu. W ubiegłym roku byłem na takim obozie z Górnikiem Polkowice i na początku rundy wiosennej przecierałem oczy ze zdumienia, jak widziałem grę swoich piłkarzy.

Jak się zmieni gra Arki wiosną? Co mają wnieść nowi piłkarze?

- Mają podnieść konkurencję, bo jesienią graliśmy praktycznie 14 piłkarzami. A konkurencja też jest ważna. W niektórych klubach jest tak, że trener na zajęciach może sobie palić fajkę, bo ma w kadrze tylu dobrych piłkarzy, że oni sami konkurują ze sobą. Piłkarz siedzi w szatni i wie, że kolega, który siedzi tuż obok niego, czeka tylko na jego potknięcie i swoją szansę. U nas tego nie było. Piłkarz nie może wiedzieć w poniedziałek, że w sobotę wyjdzie w pierwszym składzie. Nieświadomość musi być ogromna, bo to mobilizuje do pracy. A nie wszyscy pracują równo. Często mówi się, że na sukces pracuje cały zespół. OK, ale wkład każdego piłkarza jest inny. Inne wartości daje Ława, Piskuła, Woroniecki czy Kowalski. Moim zadaniem jest wyjęcie najsłabszego ogniwa i włożenie w to miejsce nowego, lepszego. Nie wykluczam, że wiosną zmienimy również ustawienie. To dlatego, że jesienią ciężko nam się grało z zespołami, które grały w innym ustawieniu niż my. Piłkarze nie wiedzieli, jak się poruszać po boisku. Po pierwsze chcemy zrezygnować z ostatniego obrońcy, stąd decyzja o zwolnieniu Woronieckiego. Będziemy grali w obronie w linii. Trójką, a może czwórką. Na przetestowanie ustawienia będziemy mieli 15 sparingów.

Runda wiosenna będzie dla Was znacznie trudniejsza. Tylko siedem spotkań zagracie u siebie i aż 10 na wyjeździe, gdzie nie gracie najlepiej.

- Do tego dochodzą kontuzje i kartki. A kartek mamy dużo. Już od pierwszej kolejki absencją w kolejnych meczach za żółte kartki będą zagrożeni Pilch i Kowalski. Dlatego kadra musi być szeroka, musi być ktoś, kto w razie potrzeby spokojnie ich zastąpi. Chciałbym mieć w kadrze 26 piłkarzy, co oczywiście jest niemożliwe, bo nas na to nie stać. Ale myślę, że 18 wartościowych graczy też nam wystarczy. Do tej pory tak nie było. Miałem 14 dobrych i czterech, którzy się nie nadają. Oni nawet nie walczyli o miejsce w składzie, bo byli za słabi.

Wiem, że nie zrobimy awansu, jeżeli nie wygramy więcej spotkań na wyjeździe [jesienią tylko jedna wygrana w Mławie - red.]. Dlatego chcę mieć silną obronę, bo na wyjeździe to przeciwnik atakuje, defensywa jest podstawą. Co z tego, że strzelimy dwie czy trzy bramki, jak stracimy przy tym jedną więcej. Podstawa to zagrać na zero z tyłu. A jak coś strzelimy, to mamy trzy punkty.

Kto awansuje do ekstraklasy?

- Bełchatów, Arka i Kolporter. A Widzew zagra w barażu. Kujawiak nie wytrzyma tempa. Chyba że zimą zmieni się 70 proc. zespołu. Jesienią był to najsłabszy zespół z czołówki.