Sport.pl

Krecia robota

Z Todorem Mołłowem, trenerem koszykarek Meblotapu AZS rozmawia Piotr Pawłat
Trener występujących w Torrel Basket Lidze koszykarek Meblotapu AZS Todor Mołłow chce zrezygnować ze swojej funkcji. Głównym powodem tej decyzji jest nieprzychylność chełmskich kibiców, ale są także inne przyczyny.

Piotr Pawłat: Panie trenerze czemu akurat teraz podjął Pan decyzję o podaniu się do dymisji?

Todor Mołłow: - Po prostu teraz przyszedł moment, w którym woda w szklance się przelała. Mimo że od początku zdawałem sobie sprawę, jak trudne zadanie stoi przede mną, chciałem ze swojej roli wywiązywać się jak najlepiej. Mieliśmy problemy organizacyjne, na które składały się istotne zmiany terminarza i regulaminu, a także sprawy kadrowe - nie dostałem żadnej zawodniczki, która znajdowała się na mojej liście życzeń i znane kłopoty z finansami. Gdy zaczęliśmy to wszystko prostować, powstały problemy z tak zwanymi kibicami. Nie chodzi tu o całą chełmską publiczność, bo ta potrafi być naprawdę wspaniała. Chodzi o kilka osób, które za wszelką cenę chcą skłócić zespół i kibiców, obracając ich przeciwko mnie, zarządowi i dotychczasowym sponsorom. Naprawdę na to nie mogę sobie pozwolić. Dlatego nie wiem, czy warto dalej się tak poświęcać. Schudłem osiem kilogramów i śpię po cztery godziny na dobę. Najgorsze jest to, że te wszystkie intrygi wokół mnie, mojego asystenta i zawodniczek zaczęły się w momencie, gdy my musimy ratować zespół, po prostu przetrwać. Teraz gdy zarówno władze Chełma, jak i Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej oraz Meblotapu zapewniły nas o chęci pomocy, która ma dać chełmskiej koszykówce stabilizację i pozwolić na rozwój, pojawiają się ludzie, którzy chcą to rozbić i odwalają krecią robotę.

Kto konkretnie ją odwala?

- Jest część kibiców, którzy uważają, że drużyna jest ich własnością i zabawką. My wiemy, co do nas należy. Mamy zaspokoić potrzeby sportowo-emocjonalne publiczności i, przede wszystkim, promować miasto Chełm oraz naszych sponsorów - Meblotap i PWSZ. Musimy utrzymać kobiecą koszykówkę w elicie, bo to ostatni bastion tej dyscypliny w tym regionie. Pozwolę sobie przypomnieć, że do tego momentu ani razu się nie skarżyłem się na skromny budżet, na to, że nie dostałem żadnej zawodniczki, którą chciałem i nikogo nie oskarżałem o to, że nie wywiązał się z danego słowa. Cały czas wierzę, że te trzy ciała, czyli miasto, Meblotap i PWSZ dotrzymają słowa i będziemy mogli stworzyć naprawdę silną drużynę. Ale ten zespół nic nie osiągnie bez wsparcia tego szóstego zawodnika, jakim jest publiczność.

Dlaczego zdecydował się Pan na pracę w Chełmie?

- Z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na trzy osoby - Witolda Gębskiego, Sławomira Deptę i Roberta Żołnierowicza, które mimo niepowodzeń i wielu trudności cały czas próbują utrzymać żeńską koszykówkę na Lubelszczyźnie. Natomiast drugim jest fakt, że do rozpadu męskiego zespołu AZS, który prowadziłem, przyczyniły się dziewczyny, bo na ich utrzymanie poszło część pieniędzy od naszego sponsora. Po prostu nie chciałem, aby to wszystko teraz zostało zmarnowane.

Czy dysponując siedmioma-ośmioma koszykarkami można się utrzymać w ekstraklasie?

- Jest to możliwe pod warunkiem, że w grudniu dokooptujemy jeszcze dwie zawodniczki. W tej chwili dla nas nie liczy się ilość, tylko jakość. Kibice powinni wiedzieć, że w klubie albo trener ma własną wizję gry, do której dobiera sobie zawodniczki, albo ma zawodniczki, do których dostosowuje taktykę. U nas jak na razie nie ma ani jednego, ani drugiego. Mając pięć dwójek i trójek na parkiecie bardzo trudno dobrać taktykę i można liczyć praktycznie tylko na ich skuteczność, a przecież każdy ma jakiś słabszy dzień i nie zawsze trafia. Kto wtedy będzie zbierał piłki, skoro moje zawodniczki często są o 20 centymetrów niższe od rywalek i mimo pełnego zaangażowania nie są w stanie skutecznie walczyć pod tablicami? Potrzebujemy przede wszystkim wysokiej środkowej, na której oprzemy grę pod koszem. Wiem, że nowo pozyskanym koszykarkom ktoś będzie musiał ustąpić miejsca, ale tak wygląda zawodowstwo i musimy się z tym pogodzić. Obawiam się tylko jednego - kiedy jest czas rozmów i negocjacji wszystko jest w porządku, jednak gdy przychodzi do podpisywania kontraktów i płacenia, wstajemy od stołu.

Czy są szanse, że zostanie Pan w Chełmie?

- Odpowiem tak - człowiek jak pracuje, to robi to dla pieniędzy lub przyjemności, a najlepiej dla jednego i drugiego. A co ja dostaję? Sytuacja finansowa jest dobrze znana, a z przyjemności... Co to za frajda pracować w mękach i intrygach. Pozostaje mi tylko szacunek dla charakteru i zaangażowania dziewczyn oraz kilku ludzi. Powiem jeszcze jedno - wypruwamy sobie żyły i przegrywamy mecz z dobrym zespołem dwoma punktami. Chwalą nas działacze i dziennikarze z zewnątrz, ale cały zespół dostaje baty od środka, od swoich kibiców, a to chyba nie jest normalne. Wracamy do domu i jesteśmy opluwani - to po prostu jest niedopuszczalne.

Rozmawialiśmy wczoraj z sekretarzem klubu i głównym sponsorem, w piątek prawdopodobnie będzie jakaś rozmowa z kibicami. Zobaczę, jak to się wszystko potoczy. Jeśli dostaniemy od kibiców wsparcie i w grudniu wzmocnimy skład, na pewno nie opuszczę Chełma.

A jeśli nie?

- Mam wystarczająco dużo propozycji i dodatkowych zajęć, aby utrzymać rodzinę i zarobić na siebie. Ja naprawdę nie muszę pracować w Chełmie, bo mogę to robić w dużo spokojniejszym klimacie i mniejszym wymiarze czasu.

Natomiast muszę dodać, że jeszcze prowadzę zespół i w tej chwili najważniejszy dla mnie jest niedzielny mecz z CCC Polkowice. Zrobimy wszystko, aby wygrać to spotkanie.