Rozmowa z Bogdanem Ludkowskim, prezesem Polaru

Nie żałuję, że ujawniliśmy korupcję w naszym klubie. Dziś zrobiłbym tak samo, choć dla wielu to my wybiegliśmy przed szereg - mówi Bogdan Ludkowski, prezes Polaru Wrocław.
Dziś w klubie na Zakrzowie walne zebranie członków klubu. Być może rozstrzygną się losy przeżywającego ogromne kłopoty wicelidera III ligi.

Mirosław Maciorowski: Oceniając wyniki głosowania na niedawnym walnym w Polarze [Bogdan Ludkowski otrzymał wotum zaufania stosunkiem głosów 47 za, 2 przeciw - przyp. red.], można stwierdzić, że delegaci w Panu pokładają nadzieje. Ma Pan uratować klub. Takie poparcie to zaskoczenie?

Bogdan Ludkowski: Taka jest mentalność ludzi. Każdy czeka, że ktoś przyjedzie na białym koniu i wszystko załatwi. Patrzcie, oto jest prezesik, on skombinuje pieniądze albo przyniesie swoje i wszystko będzie okej. Cóż, znalazłem się w piłce nożnej, bo kiedyś ujęła mnie idea Partner Klubu przy Śląsku Wrocław. Organizacja zrzeszała ludzi, których oprócz tego, że mieli swoje firmy, to łączyła ich pasja sportowa. Idea zakładała, że pomysły realizujemy razem, wspólnie coś robimy, składamy się na nasze przedsięwzięcie, by osiągnęło ono jakiś sukces. Bardzo żałuję, że ta wizja została zaprzepaszczona. W Polarze sytuacja jest inna. Klub jest biedny, a ja nie jestem nadczłowiekiem czy cudotwórcą. Wydaje mi się jednak, że potrafię zdiagnozować, jaki w takim klubie tkwi potencjał.

A jaki tkwi w Polarze?

- Na razie niewielki. Gadaczy, opowiadaczy, recenzentów jest tam multum. Nic jednak z tego nie wynika. Do wykonania od A do Z jakiejś konkretnej sprawy ludzi nie ma. To się musi zmienić

Odbiło się to na ocenie działalności dwóch pozostałych członków zarządu - Tomasza Szypuły i Alfreda Gerste - którzy nie uzyskali wotum zaufania. Zrecenzowano ich negatywnie.

- Czasem taka weryfikacja jest korzystna dla tych ludzi. Już dawno temu rozmawiałem z Alfredem Gerste, któremu sugerowałem, żeby jego działalność była bardziej transparentna, bo będzie negatywnie postrzegana. On nie wykorzystał tych rad. Tomasza Szypułę jednak oceniam inaczej. To postać wyrazista i ambitna. Na pewno to, co zrobił w Polarze przez minione półtora roku, to absolutnie była działalność na korzyść klubu. Ja się różnię od Tomka tym, że działalność w piłce jest dla mnie dodatkiem, a on postawił na działalność w sporcie. Marzy, by kiedyś zostać wielkim prezesem wielkiego klubu. I może znajdzie się kiedyś taki klub, którego będzie stać na Tomasza Szypułę. Tymczasem w Polarze sytuacja jest taka, że na wydanie każdego tysiąca złotych jest wiele koncepcji, bo potrzeby są duże, a możliwości niewielkie.

Jeśli zdecyduje się Pan nadal działać w Polarze, to jaki ma Pan pomysł na ten klub?

- Na pewno twór pod nazwą Zakładowy Klub Sportowy nie ma obecnie racji bytu. Gdy fuzja ze Śląskiem została storpedowana, pojawiły się sygnały od ludzi z zakładu, że zależy im na piłce. Zapewniano nas, że Polar SA chce dobrego klimatu społecznego wokół zakładu. Obiecywano zapewnić połowę budżetu. Okazało się jednak, że wśród dwuipółtysięcznej załogi tak naprawdę jest może kilkanaście osób, którym zależało na utrzymaniu klubu. Reszty zupełnie ta sprawa nie interesuje. Ani związki zawodowe, które prosiliśmy o wsparcie, ani nikt inny szat za piłką nie rozdarł. Teraz jesteśmy więc na rozdrożu, to okres przejściowy, ale ja uważam, że we Wrocławiu jest miejsce na dwa dobre kluby i zrobimy wszystko, by piłkę na Zakrzowie utrzymać. Ja na pewno nie "wymięknę". Jeśli po walnym okaże się, że zostałem sam, to chcę podkreślić, że stać mnie na utrzymanie klubu w okręgówce czy, przy pomocy jeszcze kilku kolegów - w czwartej lidze. Tylko wówczas musiałbym mieć prawo do nazwy. Może powstałaby drużyna pod nazwą Intakus. To jest możliwe.

A fuzja z Motobi Kąty Wrocławskie też jest możliwa?

- To nigdy nie miało być tak, że kluby miały się połączyć. Idea polegała na współpracy dwóch klubów III-ligowych. Ten lepszy miałby zapewniony godziwy budżet.

Z tego, co się orientuję, to będzie miał Pan opozycję. Na walnym zaatakują ludzie, którzy chcą rządzić klubem.

- To chyba nie jest opozycja. Jest taka grupa i to są bardzo sensowni ludzie z zakładu. Tylko zupełnie nie widzę logiki w ich działaniu. Przez półtora roku siedzieli cicho i patrzyli, jak się szamoczemy. Tłumaczą, że nie chcieli podjąć działań, bo nie podobało im się, że w zarządzie jest Alfred Gerste. To niezrozumiałe, bo na poprzednim walnym w głosowaniu został on wybrany do zarządu, podczas gdy dwóch innych kandydatów - nie. Ci działacze mają tworzyć zarząd młodzieżowego stowarzyszenia. Idziemy bowiem wzorcami Śląska. Chcemy przekazać klub w struktury niezadłużonego tworu, jakim jest właśnie to stowarzyszenie.

Zakład zdecydował się jakoś pomóc?

- Jedyny konkret to tolerowanie nas na obiekcie zakładowym. Sam podjąłem pewne działania, by uwiarygodnić się w oczach ludzi zarządzających zakładem: wyremontowałem hotel, kluborestaurację, myślałem, że to będzie tam dostrzeżone. Ktoś powie: "Przyszedł człowiek i nie tylko mówi proszę mi dać, ale też sam daje".

I nikt tego nie dostrzegł?

- Panu Uve Horlacherowi nawet się nie chciało przyjść do klubu. Tak jakby był zły, że tam się w ogóle coś robi. Trochę się dziwiłem, ale potem zrozumiałem, że pan Horlacher to jest tylko kontraktowy menedżer. 1 czerwca kończy mu się umowa i nie wiadomo, czy zostanie przedłużona. To nie jest więc trwały stan personalny w zakładzie, a nam jest potrzebny gospodarz i partner na lata. Tylko wtedy ma to sens. A pan Horlacher to człowiek, któremu imponuje miejscowy establishment. Lubi spotykać się z prezydentem Dutkiewiczem, politykami. On jest zawsze "po linii i na bazie". A piłkarze Polaru nie są "po linii". Koncern Whirlpool sponsoruje tenis ziemny kobiet i żeglarstwo... To, czego oczekujemy od koncernu, to pomoc rzędu jednego promila jego obrotów.

A czy afera korupcyjna, która ujrzała światło dzienne dzięki bezkompromisowym działaniom m.in. Pana i Tomasza Szypuły, miała wpływ na podejście zakładu do klubu? Czy Wam nie zaszkodziła?

- Od początku, gdy tylko przekonałem się, że w Polarze istnieje coś takiego jak spółdzielnia i niektórzy piłkarze handlują meczami, chciałem ten proceder zwalczyć. To było na długo przed artykułami w "Gazecie". Dziś niczego nie żałuję, jeszcze raz zrobiłbym wszystko, żeby sprawę ujawnić. Ale dla wielu to my wybiegliśmy przed szereg. Odczułem takie sugestie ze strony tak zwanych działaczy piłkarskich. I nie dziwi mnie to. Zobaczyłem podczas wyborów do władz DZPN-u ich styl działania: głosowania pod dyktando, na jedynie słuszną listę kandydatów do władz. A sensowna prośba, by nie zamykać listy tych kandydatów bez wyczerpania propozycji z sali, spotyka się zaraz z kontrreakcją. Nagle znalazł się "żołnierz", który wstał i złożył wniosek, by ją natychmiast zamknąć. Delegaci mieli nawet ściągawki, jak głosować. Prezes Michał Listkiewicz podczas tego walnego nawet ocenzurował nazwę "Polar". Wymienił wszystkie kluby, a o naszym nie wspomniał, tak jakbyśmy byli jakąś czarną owcą. Ale mam to w nosie. Dla mnie ich zdanie nie ma już wielkiego znaczenia. Za punkt honoru postawiłem sobie ujawnienie wszystkich okoliczności korupcji. Najważniejsza jest tu prokuratura. Bardzo ostrożnie formułuję wszelkie oskarżenia, ale jeśli wina zostanie udowodniona, to będą i moje pozwy sądowe. Przecież to było zwykłe oszustwo. Oszukiwanie kolegów i mnie. Wykładałem na tych graczy przecież prywatne pieniądze. Teraz mam świadomość, że ci młodzi chłopcy grają uczciwie. Spadli do III ligi, ale grają czysto. To, czy będę prowadził klub w A klasie czy w okręgówce, ma mniejsze znaczenie - najważniejsze, żeby było uczciwie. Dziś interesuje mnie skupienie w Polarze ludzi wokół jakichś wartości.