Gala bokserska w Strzelcach Opolskich

Maciej Zegan obronił tytuł zawodowego mistrza świata federacji WBF w wadze lekkiej. Bokser grupy Hammer KnockOut znokautował w szóstej rundzie Argentyńczyka Victora Claudio Martineta. Była to kontrowersyjna sytuacja, gdyż na telewizyjnych powtórkach widać było, że Martinet padł nad deski po nieumyślnym ciosie głową zadanym przez Zegana
Faworytem sobotniej walki był Polak, który tytuł mistrzowski wywalczył w tym roku w maju w Dąbrowie Górniczej, pokonując Amerykanina Joe Zeikle'a. Pojedynek w hali w Strzelcach był pierwszym, jaki Zegan stoczył w obronie tytułu. Pierwsza runda potwierdziła przypuszczenia. Wyższy o kilkanaście centymetrów od rywala Zegan kontrolował sytuację w ringu, mając lekką przewagę. Niespodziewanie druga i trzecia runda należała do niskiego, mocno zbudowanego 40-letniego Argentyńczyka. Jego ciosy proste i sierpowe bite z doskoku dochodziły do głowy obrońcy tytułu. W drugiej rundzie sytuacja zrobiła się wręcz dramatyczna, gdyż po jednym z ciosów Zegan zalał się krwią z nosa. - Nie mówiłem o tym przed walką, ale miałem problemy z nosem i krwotokami z niego, dobrze jednak spisywał się w narożniku mój cutman [człowiek odpowiedzialny za szybkie tamowanie krwotoków np. z nosa czy łuku brwiowego - przyp. red.] - mówił po walce polski bokser.

Od czwartej rundy pochodzący z Wrocławia Zegan uzyskiwał przewagę. Czwarte starcie było jeszcze wyrównane, ale już piąta runda należała zdecydowanie do obrońcy tytułu. W szóstej przewaga była jeszcze większa. Jak się okazało, była to ostatnia odsłona tej walki. Po kombinacji ciosu prawego na korpus i lewego haka podbródkowego Martinet mocno się zachwiał. Zegan zszedł do pół dystansu i wówczas głową przypadkowo trafił rywala. Ten padł na deski i nie zdołał się już z nich podnieść. - Nokautujący cios zadałem prawidłowo, a dopiero ułamki sekund później nastąpiło zderzenie głowami - oceniał polski pięściarz. - Zresztą sędziowie uznali mnie za zwycięzcę, co chyba rozwiewa wszystkie wątpliwości - dodawał.

Szczelnie wypełniona kibicami hala (prawie 2 tys. kibiców) szalała. - Dedykuję to zwycięstwo mojemu od dawna nieżyjącemu tacie - mówił do publiczności kilka sekund po ogłoszeniu werdyktu Zegan. - Nie wierzył, że zostanę bokserem, a co dopiero mistrzem świata - dodawał. Do momentu przerwania walki prowadził Argentyńczyk. - To naprawdę nie był żaden frajer, a bokser z najwyższej światowej półki. Walczył z całą czołówką wagi lekkiej: Chaconem, Freitasem, Coralesem, Barriosem i innymi. Potrafił z nimi też wygrywać. Nie nastawiałem się na nokaut, bo do tego potrzeba trochę szczęścia. Byłem przygotowany na dwanaście rund walki i z każdą kolejną minutą się rozkręcałem. Jestem przekonany, że rywal nie wytrzymałby mojego tempa - oceniał zwycięzca i trudno było się z nim nie zgodzić.

- Nie wiem, czy po obejrzeniu zapisu telewizyjnego Martinet nie złoży protestu - oceniał były znakomity polski bokser Jerzy Kulej. Wówczas można byłoby uznać walkę za nieodbytą. Nie zmienia to jednak faktu, że posiadaczem pasa mistrzowskiego federacji WBF jest nadal Maciej Zegan. Była to jego 34. walka na zawodowym ringu i 33. zwycięstwo. Przegrał tylko raz, w walce o tytuł mistrza federacji WBO z Uzbekiem Arturem Grigorjanem. Po kontrowersyjnej decyzji sędziów organizator gali Piotr Werner rozmawiał z Martinetem, który miał stwierdzić, że nie będzie składał protestu, a zderzenie głowami nastąpiło po ciosie.