Śląsk - Benfika 87-85 po dwóch dogrywkach

Zamiast spodziewanego łatwego i efektownego zwycięstwa prawdziwy horror zafundowali swoim kibicom koszykarze Deichmanna Śląska. Uważanych za outsiderów Pucharu ULEB portugalczyków z Benfiki Lizbona w końcu pokonali, ale potrzebowali do tego aż dwóch dogrywek
Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, bo z kim jak z kim, ale z nieznanym w Polsce zespołem z Portugalii wrocławianie powinni wygrać dość pewnie. Nawet biorąc pod uwagę absencję Michaela Watsona (kontuzja) i Macieja Zielińskiego (choroba). Tymczasem były zupełnie niespodziewanie emocje i to nie do końca regulaminowego czasu gry, ale znacznie dłużej.

Już pierwsza połowa to było poważne ostrzeżenie, bo to rywale prowadzi niemal cały czas, już w pierwszej kwarcie dwunastoma punkami. Na dodatek całą przewagę wypracowali i kontrolowali bez swojego najlepszego zawodnika Tyraya Pearsona, który szybko miał problemy z faulami (do przerwy 2 punkty w 6 minut). Potrafili jednak zatrzymać szybki atak Śląska i cała gra wrocławian się posypała. Jakby tego było mało już w pierwszej kwarcie trzy przewinienia na koncie miał Robert Skibniewski, jedyny klasyczny rozgrywający w zespole. Pod koniec pierwszej połowy gospodarze dogonili Benfikę, bo wreszcie zaczęli dogrywać piłki pod kosz, gdzie przewagę wzrostu wykorzystywał Raitis Grafs.

Po przerwie jednak sytuacja się powtórzyła, goście znowu odjechali na kilka punktów i Śląsk znowu powoli odrabiał straty. Gdy znowu wyszedł na prowadzenie wydawało się, że wreszcie odjedzie, a później, że chociaż spokojnie utrzyma kilkupunktowe prowadzenie do końca. Nic z tego, bo zupełnie niespodziewanie w zespole gości zaczął szaleć Michael Nurse. Amerykański rozgrywający wykorzystał fakt, że obrońcy Śląska nie mogli faulować i po trzeciej kwarcie zdobył 19 ze swoich 23 punktów. On też rzutem za trzy punkty doprowadził do pierwszej dogrywki, choć Śląsk mógł i powinien jeszcze odwrócić losy spotkania. Skibniewski przez nikogo nie atakowany wjechał pod kosz, ale nie trafił. Piłkę jeszcze zebrał Radosław Hyży i sekundę przed końcem wszystko pozostawało w jego rękach, bo rzucał dwa wolne. Oba spudłował.

W pierwszej dogrywce Śląsk odrobił pięciopunktową stratę i zwycięstwo mógł w końcu zapewnić Michał Ignerski, któremu w końcu ktoś dograł piłkę. On jednak również spudłował (4/17 z gry) i na całe szczęście rzut Jarretta Stephensa za trzy punkty okazał się minimalnie spóźniony.

W końcówce drugiej dogrywki wydawało się, że wreszcie nie będzie aż takich nerwów, ale po tym Stephens trafił za trzy punkty było 84:83 i znów trzeba było liczyć na rzuty wolne. Kamil Chanas w końcówce regulaminowego czasu gry pudłował średnio co drugi i tę regułę powtórzył (w całym spotkaniu 7/14). Na szczęście rzut rozpaczy Antonio Tavaresa nawet nie trafił w obręcz i Śląsk wygrał pierwszy mecz w ULEB Cup.

DEICHMANN: Raitis Grafs 17, Ryan Randle 14, Robert Skibniewski 13, Kamil Chanas 11, Michał Ignerski 11, Aivaras Kiausas 10, Radosław Hyży 7, Adrian Mroczek 2, Maciej Szlachtowicz 0, Przemysław Hajnsz 0.

BENFICA: Michael Nurse 23, Jarrett Stephens 18, Tyray Pearson 12, Abdel Moussa 12, Rui Mota 10, Luis Silva 6, Nuno Sousa 2, Antonio Tavares 0, Miguel Leite 0, Maleye Ndoye 0.