Sport.pl

Gipsar Ostrów - Deichmann Śląsk75:97

ERA BASKET LIGA. Trzy dni przed debiutem w ULEB Cup koszykarze Deichmanna Śląska wygrali pierwszy mecz w tym sezonie. W Ostrowie w niezłym stylu pokonali beznadziejnie słabego rywala, który wydaje się jednym z kandydatów do spadku
W Ostrowie było niemalże tak jak w ostatnich latach, czyli lekko, łatwo i przyjemnie. W dotychczasowych meczach tych drużyn w ekstraklasie wrocławianie przegrali jedynie dwukrotnie i w sobotę tę passę podtrzymali, jednocześnie wygrywając pierwszy mecz w sezonie. Gospodarze pozostali jedyną drużyną bez zwycięstwa w EBL.

Ewentualne obawy grupki wrocławskich kibiców o końcowy wynik zostały rozwiane błyskawicznie. Już po pięciu minutach goście prowadzili 14:2 głównie dzięki świetnej obronie i przechwytom, ale i kilka ich akcji w ataku było popisowych. Co chwila efektownymi wsadami popisywał się dochodzący do wysokiej formy i grający na olbrzymim luzie Michał Ignerski. Momentami - choć może niektórym trudno w to uwierzyć - niczym profesor spisywał się Radosław Hyży. Trzeba jednak zaznaczyć, że to wszystko na tle beznadziejnie słabego rywala.

Gospodarze po najlepszym swoim okresie zdołali się zbliżyć na 24:29, ale Śląsk odpowiedział dziesięcioma punktami z rzędu i aż do przerwy powiększał przewagę. Nawet w sytuacji, gdy na ławce usiedli z trzema faulami Ryan Randle oraz Michael Watson, wrocławianie nadal odjeżdżali, choć pod koszem grała wówczas dwójka Ignerski - Hyży. Byli oni jednak zbyt szybcy dla rywali, których dodatkowo zupełnie rozłożyła zastosowana przez chwilę strefa Śląska. Gospodarze nie trafiali za trzy punkty (pierwszy raz w 25. minucie, w całym meczu 2/12), więc cała ich gra się posypała. Bezradność Stali idealnie oddaje ostatnia akcja z pierwszej połowy, gdy Srdjan Lalić w zupełnie niegroźnej sytuacji sekundę przed końcem kwarty pchnął niepróbującego nawet rzucać Ignerskiego. Skrzydłowy Śląska dostał za darmo dwa wolne, a dla jedynego środkowego Stali było to trzecie przewinienie.

Wrocławianie spokojnie przetrwali trzecią kwartę, którą dotychczas przegrywali mecze. Ich przewaga momentami zbliżała się nawet do 30 punktów, więc pograli i porzucali sobie wszyscy. Momentami można było odnieść wrażenie, że gdyby Mahorić wpuścił na parkiet któregoś z wrocławskich kibiców, to i ten pewnie też by coś trafił, z taką bowiem łatwością Śląsk dochodził do pozycji rzutowych.

Zgodnie z przewidywaniami najmniej problemów z oddawaniem rzutów miał Michael Watson. Amerykanin po przeciętnym pierwszym występie w sobotę był już najskuteczniejszym zawodnikiem Śląska, ale też już można było zaobserwować, że ma typowe nawyki rzucającego zawodnika zza oceanu. Często wybiera rozwiązania, których nie spodziewają się ani jego koledzy, ani trener, czy też po prostu "się podpala". Co więcej czynił to w sytuacjach, gdy rywal zdobywał kilka punktów z rzędu i należało zagrać na pewne punkty, aby uspokoić sytuację. W Ostrowie dwukrotnie po celnym rzucie z dystansu w kolejnej akcji decydował się również na szybki rzut za trzy punkty w kontrataku i przez ręce rywala. Raz trafił, raz nie, ale generalnie miał o wiele więcej udanych akcji (5/7 za 3 punkty). I dopóki tak będzie dalej, dopóty może poprowadzić zespół do wielu zwycięstw. Jeżeli jednak trafiać nie będzie, to kilka razy taki styl gry drużynę zabije. Ważne jednak, że wreszcie w zespole jest zawodnik, który potrafi sam stworzyć sobie pozycję do rzutu, gdy trzeba zagrać jeden na jednego, i jak ma dzień, seryjnie zdobywać punkty.

- W pierwszym meczu grałem inaczej, bo nie byłem jeszcze dobrze zgrany z zespołem, nie znałem systemu. Teraz już grałem bardziej tak, jak lubię i potrafię - mówił po spotkaniu. - Zawsze jednak będę starał się robić to, czego najbardziej zespół ode mnie oczekuje.

Watson ma na razie jeszcze spore problemy z przestawieniem się na europejską koszykówkę, łącznie ze zrozumieniem zasad. W Ostrowie trenerzy musieli do niego krzyczeć, że na wyprowadzenie piłki z własnej połowy jest osiem sekund, a masażysta wyjaśniał, że można popełnić pięć fauli. Do wtorku ktoś mu zapewne też uświadomi, że Lietuvos Rytas to trochę lepszy zespół od Stali, bo reszta zespołu, a przede wszystkim kibice, powinni zdawać sobie z tego sprawę. Po takim meczu jak w sobotę nadal jednak nie wiadomo, czego można się spodziewać po Śląsku w Wilnie, co paradoksalnie jest wiadomością dobrą. Bo gdyby wrocławianie w Ostrowie przegrali, można by oczekiwać po debiucie w ULEB Cup wszystkiego najgorszego. Teraz już nie, jest odrobina optymizmu na chociażby honorową porażkę, w którą jeszcze tydzień temu trudno byłoby uwierzyć. Zdecydowanym faworytem tego meczu będą jednak gospodarze.

GIPSAR STAL75
DEICHMANN ŚLĄSK97
Kwarty: 16:24, 12:26, 22:24, 25:23.

Gipsar Stal: Rudzitis 24 (1), Karlikanovas 23 (1), Lalić 7, Kazevicius 6, Sola 4 oraz Parzeński 7, Małecki 2, Allen 2, Lewandowski 0, Krajewski 0.

Deichmann Śląsk: Watson 21 (5), Ignerski 20 (1), Hyży 18, Szlachtowicz 6, Randle 4 oraz Zieliński 11 (3), Grafs 6, Chanas 5 (1), Mróz 4, Mroczek 2, Kiausas 2, Skibniewski 0.

Koszykarze meczu: Michał Ignerski - 20 punktów (7/9 za 2 punkty), 9 zbiórek i efektowne wsady.

Zdaniem trenerów

Tomo Mahorić

Cieszę się, że w końcu udało nam się wygrać, tym bardziej że przed tym meczem czuliśmy ogromną presję. Z tego względu bardzo obawiałem się tego spotkania. Do tej pory ciężko pracowaliśmy na treningach, ale nie przynosiło to efektów w postaci zwycięstw. Mam nadzieję, że z meczem w Ostrowie nasze problemy się skończyły i od teraz będzie tylko lepiej. Na pewno nie jesteśmy jeszcze w optymalnej formie. Cieszę się jednak, że wszystko idzie ku dobremu.

Wadim Czeczuro

Pierwsza połowa okazała się decydująca. Nic nam wtedy nie wychodziło. Moi zawodnicy nie wykonywali założeń taktycznych. Bardzo słabo spisywali się w obronie, gdzie nie potrafili ustać na nogach. W Śląsku świetnie zagrali Watson, Ignerski i Hyży, ale moi gracze pozwolili im na zbyt wiele w ataku. Mojemu zespołowi zabrakło koncentracji. Poza tym widać, że zawodnicy wciąż są niezgrani. Niektórzy z graczy oddali ten mecz bez walki, wręcz go odpuścili.