Oliwa: po Coca-Coli mam moralnego kaca

Z graniem w NHL jest jak z pójściem na wojnę. Możesz zginąć w pierwszej bitwie, ale jeżeli twoja armia zwycięży, ty też jesteś wygrany - mówi Krzysztof Oliwa.
Jest jednym z dwóch Polaków w najlepszej lidze hokeja. 31-letni wychowanek GKS Tychy od 1996 roku rozegrał w NHL 407 spotkań. Występował w New Jersey Devils, Columbus Blue Jackets, Pittsburg Penguins, New York Rangers, Boston Briuns, Calgary Flames. Największy sukces odniósł w 2000 r., gdy wywalczył z Devils Puchar Stanleya. Przed rozpoczęciem lokautu w NHL ponownie podpisał kontrakt z "Diabłami". Obecnie z reprezentacją Polski przygotowuje się do turnieju przedolimpijskiego, który 11 listopada rozpocznie się w Nowym Targu. 

Spotkaliśmy się w Tychach. W restauracji Szatnia Oliwa przegląda kartę dań. Jego kanadyjska narzeczona Jennifer odważnie wybiera stek, smażone ziemniaki, sałatkę z majonezem i tatara. - Do tego coca-cola - uśmiecha się do kelnerki. - Dla mnie też cola, ale dietetyczna - decyduje Oliwa. Po chwili okazuje się, że hokeista odżywia się niczym modelka. - Proszę grillowane mięso. Ale bez tłuszczu! Ziemniaki tylko gotowane, żadnego masła. I pomidory jeszcze, takie pocięte - kończy zamówienie.

Wojciech Todur: Nie korci Pana, gdy widzi talerz Jennifer?

Krzysztof Oliwa: Jej posiłek na pewno będzie smakował lepiej niż mój, ale nie zazdroszczę jej. To ona mi będzie zazdrościć, poczekamy parę lat. Będę wyglądał lepiej niż ona (śmiech).

Muszę dbać o wagę. Gdy wrócę do klubu, na pewno będą nas badać, ważyć, a ja nie chcę mieć żadnego tłuszczu na bokach. Gdy się je smażone potrawy, łatwo przybrać kilka kilogramów. Cały czas muszę być w świetnej kondycji, muszę być zdrowy. To gwarancja, że będę miał pracę.

O tej porze roku zawsze grał Pan mecze w NHL i dużo trenował. Teraz głównie Pan podróżuje...

- W Oświęcimiu [na zgrupowaniu kadry - red.] mieliśmy test. Pokonywaliśmy na czas pięć długości lodowiska. Byłem w czołówce, więc chyba nie jest ze mną najgorzej.

Hokeiści nie mogli dogadać się z właścicielami klubów, więc NHL ogłosiła lokaut...

- W NHL dużo się zarabia, ale też dużo wydaje. Zawodnicy często zmieniają kluby, a co za tym idzie - miejsce zamieszkania. Wiem, o czym mówię, bo sam miałem już kilka domów.

Mam nadzieję, że się dogadamy z właścicielami. Mamy specjalną stronę internetową, kodowaną. Mają do niej dostęp tylko ludzie z NHL. Co wieczór czytam, co się dzieje za oceanem, ale nie mam na to żadnego wpływu. To walka prawników. Może wszystko ruszy na początku przyszłego roku.

A jeżeli nie?

- Rozmawiałem już z menedżerem Mariusza Czerkawskiego, szuka mi klubu w Szwajcarii albo

Niemczech. On wie, co ja mogę zaoferować drużynie. Każdy ma swoją rolę do zagrania.

Jest Pan lodowym zabijaką...

Jennifer: Kiedyś bardzo lubiłam oglądać walki na lodzie. Ale odkąd bierze w tym udział mój chłopak, to ich nie znoszę.

Oliwa: Tłumaczę jej, że robię to, bo z tego żyję. Cały czas trenuję, by być jeszcze lepszym.

W ubiegłym roku był Pan o włos od zdobycia po raz drugi w karierze Pucharu Stanleya, ale Calgary Flames przegrali z Tampa Bay Lighting...

- Puchar to świętość. Jeżeli go nie wygrałeś, nie możesz nawet go dotknąć. Stał z boku, zapakowany. To było bardzo podniecające. Wiem, co mówię, bo już raz miałem go w rękach. Nie grałem wtedy w finałach z powodu kontuzji, ale też przyczyniłem się do jego zdobycia. Z graniem w NHL jest jak z pójściem na wojnę. Możesz zginąć w pierwszej bitwie, ale jeżeli twoja armia zwycięży, też jesteś wygrany.

Rygorystyczna dieta to Pana pomysł czy lekarza?

- Do wszystkiego doszedłem sam. Jak jesz, tak wyglądasz!

Śniadania też takie skromne?

- Wystarcza mi banan, białkowa odżywka i kawa.

Z cukrem?

- Pan żartuje?! W ogóle nie używam cukru. W Polsce wychowałem się na cukrze, nie mogłem żyć bez czekolady. Teraz zapomniałem już ten smak.

I nigdy nie ma Pan chwili słabości?

- Od czasu do czasu zjem może dwie frytki. Już nie pamiętam, kiedy jadłem hamburgera. Na odrobinę szaleństwa pozwalam sobie raz w roku. Idę wtedy do Burger Kinga i zamawiam podwójną kanapkę z mięsem, a do tego coca-colę.

Już po wszystkim zawsze mam moralnego kaca. Jaki ja jestem dla siebie okrutny, myślę sobie. Żeby to świństwo spalić, muszę dwa razy iść na siłownię. I to nie tylko dźwigać ciężary, ale jeszcze zapieprzać na rowerku.

A piwo Pan pije?

- W Polsce wypiłem jedno albo dwa. Żeby sobie przypomnieć, jak smakuje prawdziwe piwo. Bo w Ameryce to jak woda, prawie nie ma kalorii. Najbardziej brakuje mi smaku polskiej kiełbasy, takiej podsuszonej. Niestety, to jedna z najgorszych rzeczy, jaką można zjeść...

Poczekajcie kilka lat. Na razie cieszycie się, że na każdym rogu możecie kupić pizzę czy hamburgera, ale to się kiedyś źle skończy. Nadwagą właśnie. Polacy szybko dogonią Amerykanów. Nadwaga to przekleństwo!