Podwójne złamanie nogi Sergiusza Prusaka

Dziesięć minut leżał na murawie stadionu w Kościerzynie bramkarz Floty, czekając ze złamaną nogą na przyjazd karetki
Sergiusz Prusak, bramkarz Floty Świnoujście przez dziesięć minut leżał na polu karnym, wyjąc i zwijając się z bólu. Miał złamaną nogę i czekał na przyjazd karetki.

Jak już wczoraj informowaliśmy w "Gazecie", do tragicznej sytuacji na boisku doszło tuż przed końcem meczu.

- Było 3:2 dla gospodarzy, a my chcieliśmy odrobić straty - relacjonuje Andrzej Miązek, trener Floty. - Prawie całą drużyną ruszyliśmy do przodu. Straciliśmy piłkę w środku pola i ktoś kopnął do przodu. Niedokładnie, ale ich napastnik Paweł Wiśniewski wystartował do piłki, a z drugiej strony biegł "Serek" [Prusak - red]. Wiśniewski wślizgiem, wyprostowaną noga najpierw trafił w piłkę, która wtoczyła się do naszej bramki, a potem trafił w nogę "Serka".

Sytuacja była przypadkowa, wszystko działo się w ferworze walki, niemniej napastnik Kaszubii złamał bramkarzowi nogę w dwóch miejscach. Na stadionie zgodnie z przepisami był lekarz, ale zabrakło karetki. Ta musiała przyjechać z drugiego krańca miasta. Kiedy karetka zabrała bramkarza Floty do szpitala, piłkarze wznowili grę. Wszyscy byli w takim szoku, że zawodnicy Floty podawali piłkę do siebie na własnej połowie boiska, a gospodarze stali jak osłupiali, nie próbując przerwać akcji. Po minucie sędzia odgwizdał koniec meczu.

- Szczęściem w nieszczęściu jest to, że w Kościerzynie jest nowy, duży i dobry szpital o specjalności ortopedycznej - mówi wiceprezes Floty Tadeusz Leszczyński. - Poza tym w pomoc "Serkowi" mocno zaangażował się prezes Kaszubii, z którym mamy stały kontakt.

Prusaka w niedzielę odwiedził w szpitalu Wiśniewski. Mówił, że nie spał całą noc po meczu i nie ma pojęcia, jak doszło do tak tragicznej sytuacji.

Sergiusz Prusak, bramkarz Floty

Te kilka minut, gdy leżałem na boisku, trwało całe wieki. Bolało tak bardzo, że myślałem, że urwało mi nogę. Wołałem: "Ratujcie mnie, ratujcie". Lekarze na miejscu powiedzieli mi, że takie złamania widzieli tylko po wypadkach samochodowych. Wieczorem, gdy byłem już w szpitalu, noga spuchła tak bardzo, że zanikało tętno. Zrobił się wewnętrzny krwiak. Trzeba było naciąć łydkę i wyjąć mięśnie na wierzch, by wróciło krążenie. Jak we wtorek zobaczyłem (podczas zmiany opatrunku), jak wygląda noga, prawie zemdlałem. Mam złamaną kość piszczelową i strzałkową. Operacja składania może się odbyć dopiero po zejściu opuchlizny - za tydzień, może później. Lekarze mówią, że treningi wznowię w czerwcu.

not. mpr