Boks. 30 lat temu odbyła się najsłynniejsza walka bokserska: Foreman - Ali w Kinszasie

- George, nie boisz się, że nabawisz się od boksu urazu mózgu? - zapytano kiedyś Foremana. - Jeśli zacząłeś boksować, to znaczy, że już masz uraz mózgu - odpowiedział. Walki w Kinszasie nie powinien wymyślić nikt zdrowy na umyśle. Może dlatego to szaleństwo przeszło do historii.
Foreman, jeden z dwóch bohaterów pojedynku, który odbył się w stolicy Zairu Kinszasie 30 października 1974 roku, znów wraca na ring. Ma walczyć 10 stycznia, w dzień 56. urodzin. Na razie sprzedaje grille własnej konstrukcji. - Życie jest dla mnie nieskomplikowane. Muszę wybrać, czy iść do McDonalda, Burger Kinga, Wendy's, czy Jack-in-the-Box.

Drugi bohater, człowiek, który jest najbardziej rozpoznawalnym sportowcem, a w wielu badaniach nawet najbardziej znanym człowiekiem na świecie, 62-letni Muhammad Ali wiedzie spokojne życie na farmie. Ciężko chory na Parkinsona, od czasu do czasu leci na jakąś uczelnię albo kongres, pokazując się za 100 tys. dol.

Tam nie ma już nic

Stadion, na którym o 4 rano odbył się pojedynek, jest teraz ruiną. Na murawie przypominającej zaorane pole Czereśniaka odbywają się czasem mecze. Tam, gdzie Foreman miał szatnię, znajduje się gigantyczna kałuża z przeciekającego dachu. Tam, skąd podczas walki patrzył na ring wielki portret dyktatora Mobutu Sese Seko, wisi billboard chińskiego operatora komórek z hasłem: "Służymy ludziom".

Kraj ma inną nazwę, stadion nazwę też ma inną - Tata Raphaela, na pamiątkę belgijskiego księdza, który pomagał najbiedniejszym. Wówczas nazywał się Stadionem 20 Maja. Nazwę nadał Mobutu, na chwałę dnia, kiedy zawiązał ruch, który doprowadził go do objęcia władzy w kraju targanym wojną domową.

Mobutu dał większość z 10 mln dol. przeznaczonych na nagrody dla pięściarzy. Dziś średnia zarobków w Demokratycznej Republice Konga nie przekracza 10 dol. miesięcznie. Wtedy dzięki wspaniałomyślności Mobutu mogła zacząć się największa bokserska przygoda.

Do Kinszasy wyjechało na miesiąc mnóstwo ludzi. Pięściarze zabrali ze sobą rodziny, przyjaciół, kolegów, ich żony. W samolocie Alego znalazło się 35 osób, które zaprosił na pojedynek. Mieszkali w dobrze wyposażonych domkach w wiosce N'Sele na przedmieściach Kinszasy, z widokiem na potężną rzekę Kongo.

Foreman - mieszkający w Grand Hotelu, teraz odrapanym z seledynowej farby - miał mniejszy entourage, ale w sumie do Afryki pojechało grubo ponad 200 osób związanych z walką. Do tego na występy przed pojedynkiem wybierali się rockmani James Brown i B.B. King. Koncerty odbywały się w Kinszasie przez cały miesiąc poprzedzający pierwotną datę pojedynku (25 września, walkę przełożono wskutek kontuzji Foremana) i dalej, aż do 30 października. W sumie 42 dni trwał festiwal Afryki pod hasłem ukutym przez Dona Kinga, słynnego promotora, który tą walką rozpoczął karierę, "Afroamerykanie wracają do krainy przodków". Ale pojedynek przeszedł do historii jako "Rumble in the Jungle", czyli "Bijatyka w dżungli". To hasło także wymyślił King.

Szybkie myśli Alego

Pojedynek zaplanowano na 4 rano, aby satelita przekazał transmisję w najlepszym czasie antenowym do USA. To nie powstrzymało 60 tysięcy Zairczyków od przyjścia na stadion. 11 miesięcy później, kiedy Ali walczył w Manili na Filipinach z Joe Frazierem, walka zaczęła się o 10.40 rano.

Ali już w pierwszej rundzie postanowił zupełnie zmienić taktykę pojedynku. Miał uciekać przed ciosami Foremana, który z 40 wcześniejszych pojedynków nie wygrał przez nokaut tylko trzech, zaś ostatnich osiem zakończył w pierwszej lub drugiej rundzie. Ale nie uciekał. Choć w szkole stwierdzono u niego iloraz inteligencji 78, umiał myśleć szybko. Stwierdził, że ring jest za wolny na taniec. Zaczął więc przyjmować potężne ciosy Foremana, podczas gdy jego trener Angelo Dundee rwał sobie włosy z głowy. - Kiedy zaczął opierać się o liny, zrobiło mi się słabo. Wydawało mi się, że to najgłupsza rzecz, jaką można zrobić. Wszystko, co wymyśliliśmy, opierało się na jednym założeniu - Ali nie może dać się trafić. Miał uciekać, zaskakiwać George'a z różnych kierunków, ruszać się na palcach, tańczyć. Tymczasem patrząc na tę walkę z narożnika czułem się, jakby mnie smażyli w piekle. Bałem się, że Ali nigdy nie wyjdzie z tych lin, że Foreman trafi go w szczękę jednym ze swoich potężnych ciosów. I będzie koniec - mówił w wywiadzie dla "Gazety" Dundee.

Ale w ósmej rundzie przyszła wielka chwila - Foreman otrzymał serię ciosów, po których się nie podniósł.

Po wszystkim nad Kinszasą przetoczyła się potężna burza, która zerwała połączenia komunikacyjne ze stolicą. Pete Bonventre dziennikarz "Newsweeka" koniecznie chciał się więc spotkać z Alim po walce osobiście. Wsiadł w taksówkę i pojechał z Kinszasy do N'Sele. Była 8, może 9 rano. Spotkał Alego na werandzie jego domu pokazującego sztuczkę z monetą grupce dzieci. "I trudno było stwierdzić, kto lepiej się bawił" - wspominał.