Szymon Kołecki dla Gazety: Zdrowy wygram ze wszystkimi

Szymon Kołecki: Jestem pewien, że dziewięciu na dziesięciu zawodników miało do czynienia z dopingiem. Ale ja - czysty sztangista - bez dopingu potrafię wygrywać ze wszystkimi. Jeśli będę zdrowy...


We wtorek Polski Związek Podnoszenia Ciężarów odstąpił od wymierzania kary Szymonowi Kołeckiemu, choć podczas mistrzostw Polski w czerwcu poziom niedozwolonego nandrolonu wynosił 2,68 ng przy limicie 2 ng. Wicemistrz olimpijski z Sydney nie przyznał się do stosowania dopingu i poprosił o ekspertyzę niemieckiego farmakologa, uznany autorytet prof. Wernera Franke. Franke uznał, że nandrolon mógł znaleźć się w organizmie Kołeckiego nie tylko na skutek brania dopingu. To wystarczyło Polskiemu Związkowi Podnoszenia Ciężarów, by uniewinnić 23-letniego ciężarowca.



Radosław Leniarski: Gdy rozmawialiśmy po decyzji PZPC, stwierdził Pan, że chce skonsultować się ze Stefanem Maciejewskim [wiceprezes PZPC i sponsor Kołeckiego - red.], aby uzgodnić, jak zachowywać się w kontaktach z mediami.

Szymon Kołecki: Temat był trudny. Wolałem się poradzić, bo w tych sprawach nie jestem doświadczony, ale w końcu tylko dowiedziałem się od pana Maciejewskiego, jak wyglądało posiedzenie zarządu Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, w którym zadecydowano, że nie zostanę ukarany. Głosowano jednogłośnie [wstrzymał się Waldemar Baszanowski - jak wyjaśniał "Gazecie" szef wyszkolenia PZPC Marek Gołąb, Baszanowski zrobił to, ponieważ jest członkiem Europejskiej Federacji Podnoszenia Ciężarów - red.], nie zostałem ukarany, więc postanowiłem, że skoro nie robi mi się krzywdy, to ja też nie będę nikomu robił krzywdy.

Jak to?

- Obiecałem sobie, że gdyby mnie ukarano, oddam sprawę do sądu i będę walczył do końca. Wiedziałem, że wygram.

Skąd ta pewność?

- Wiedziałem to od pierwszej opinii prof. Wernera Franke, w której stwierdza, że nandrolon mógł znaleźć się w organizmie na skutek przyjmowania odżywek, stosowania diety, leczenia.

Jak Pan trafił do prof. Franke?

- Pewna życzliwa osoba z Łodzi napisała do mnie list, w którym podała, że prof. Franke robił podobne ekspertyzy dla Grega Rusedskiego i bodajże Linforda Christie. Profesor wykłada na uniwersytecie w Heidelbergu. Skontaktowałem się z nim przez internetową stronę uniwersytetu. Szybko odpowiedział. Pierwsze, co mi poradził, to żebym przeprowadził test próbki B, ale na to akurat sam wpadłem wcześniej [w próbce B poziom nandrolonu też przekraczał normę, choć był nieznacznie mniejszy niż w próbce A - red.]. Potem wysłałem mu wyniki badania i opowiedziałem o okolicznościach.

Ekspertyza powstała na podstawie Pańskiego opowiadania?

- Przede wszystkim były wyniki badań, potem lista leków, które brałem podczas leczenia. Do tego okoliczności. Nie opowiadałem mu jakichś niestworzonych historii, aby się wybielić. Przedstawiłem fakty: trzy tygodnie przed badaniami, w których wykryto u mnie nandrolon, ważyłem 105 kg. To jest zapisane w protokołach, bowiem startowałem w lidze. Na mistrzostwach Polski ważyłem już 93,860 kg. Opowiedziałem o kontuzji kręgosłupa, o leczeniu.

Po otrzymaniu ekspertyzy prof. Franke związek chciał ją zweryfikować i oddał do polskiego Instytutu Sportu. Nasi specjaliści potwierdzili opinię Niemca.

Czy to Pan zapłacił za ekspertyzę?

- Profesor wykonał ją nieodpłatnie. Ja zapłaciłem tylko za tłumacza przysięgłego.

Związek zinterpretował opinię na Pana korzyść, choć ona tylko nie wyklucza, że doping dostał się do Pana organizmu podczas leczenia, przez odżywki lub drastyczną dietę. Nie wyklucza też jednak, że mogło być inaczej.

- Zgadza się. Ale są też inne okoliczności i trzeba je wszystkie rozpatrywać razem, a nie osobno.

A więc - przede wszystkim nielogiczne byłoby, że przyszedłem na kontrolę, choć mogłem jej uniknąć. Nie podpisałem przecież protokołu badania podczas mistrzostw Polski. Przyjechałem na badania na prośbę trenera. Mogłem ich uniknąć [laboranci komisji antydopingowej zbierający na zawodach próbki moczu od zawodników jeszcze przed startem dają im do podpisania protokół, który jest zobowiązaniem do poddania się badaniu. Nieobecność traktowana jest jak przyłapanie na dopingu. To, że Kołecki nie podpisał protokołu, formalnie oznaczałoby, że laboranci nie mieli nakazu przebadania sztangisty - red].

To niewątpliwie przemawia na Pana korzyść. Natomiast na niekorzyść przemawia uniknięcie badania w Spale, po tym, jak komisja antydopingowa została wprowadzona w błąd. Pojechała zgodnie ze wskazaniami do Spały, tymczasem dzień wcześniej ciężarowcy, w tym Pan, przenieśli się do Ciechanowa.

- Kiedy powiedział pan o tym w lipcu na konferencji prasowej, byłem kompletnie zaskoczony. Potem drążyłem tę sprawę i okazało się, że rzeczywiście sytuacja taka miała miejsce. Ale nie było w tym mojej winy. Do światowej federacji podnoszenia ciężarów wysłano ze związku dobry program obozów treningowych i nie mam pojęcia, dlaczego polska komisja nie miała aktualnego wykazu zgrupowań.

Na niekorzyść przemawia też to, że jako 15-latek został Pan przyłapany na dopingu...

- Chciałem zrobić z tego wówczas wielką awanturę, bo byłem niewinny. Dałem się ugłaskać, bo związek uniewinnił mnie, tłumacząc, że jako 15-latek nawet nie wiedziałbym, jak używać dopingu, ale sprawy nie wyjaśniono do końca [światowa federacja podnoszenia ciężarów utrzymała dwuletnią dyskwalifikację. Kołecki mógł startować i startował tylko w kraju - red]. Dlatego teraz powiedziałem sobie, że jeśli w sprawie z nandrolonem zostanę ukarany, postaram się wyjaśnić także tamtą aferę.

W tej chwili jestem pewien, że około 90 proc. zawodników miało do czynienia z dopingiem. Ale ja - czysty sztangista - potrafię z nimi wygrywać. Jeśli wezmą silniejszy doping i tak ich pokonam, jeśli będę zdrowy. Bez dopingu potrafię wygrywać ze wszystkimi.

Szkoda Panu startu w igrzyskach?

- Byłem już w dobrej formie. Limit na igrzyska zaliczyłbym łatwo. Byłem bardzo rozczarowany, ale nie myślałem o Atenach, bo najważniejsze było oczyścić się z oskarżenia o doping. Dopiero jak wyjechałam na urlop do Chorwacji i śledziłem wydarzenia na igrzyskach, było mi żal.

Co trzyma Pana przy sporcie tak bardzo zainfekowanym dopingiem. Jak widać, spora część tego wizerunku przenosi się na sportowców. Ciągłe badania, podejrzenia...

- Sport to mój sposób na życie, w dodatku jestem w tym dobry. A teraz dochodzi jeszcze chęć udowodnienia, że jestem czysty. Tylko startami mogę przekonać, że wszystko ze mną OK. Wciąż uważam, że sukcesy są przede mną, że jestem utalentowany.

Przed Panem operacja kręgosłupa. Dlaczego tak długo Pan ją odwlekał?

- Chciałem wystartować w Atenach. Po drugie, wcześniej nie było takiego sprzętu operacyjnego w Polsce. Teraz operacja usunięcia krążka międzykręgowego zostanie przeprowadzona tak, że wszystkie połączenia więzadeł, mięśni, ścięgien sprzed operacji zostaną odtworzone w 100 proc. To dzięki aparaturze do mikrooperacji pod mikroskopem. Gdy powiedziałem panu w wywiadzie, że nie znam ciężarowca, który dźwigałby z sukcesem po takiej operacji, zadzwonił do mnie kolega, który zna takiego zawodnika.

Sam jestem ciekaw, czy będę mógł się po tej operacji rozwijać. Moja ciekawość musi być jednak cierpliwa. Jeśli operacja odbędzie się w listopadzie, do końca roku czekają mnie zabiegi rehabilitacyjne. W kwietniu może zacznę się ruszać, przygotowywać do pierwszych treningów. Moim pierwszym celem będą mistrzostwa Europy w 2006 r. Chciałbym wtedy reprezentować średni, europejski poziom. Jeśli nie, nie będę rozczarowany. Jestem przygotowany na długą walkę.