MKS Mława - Radomiak Radom 2:2 (2:1)

Derby beniaminków i sąsiadów z dolnych rejonów drugoligowej tabeli ani nie zachwyciło kibiców, ani nie poprawiło pozycji żadnej z drużyn. MKS Mława przerwał wprawdzie fatalną serię czterech porażek z rzędu, ale był w stanie wywalczyć zaledwie remis
Przed meczem nastroje w obu zespołach były bardzo bojowe i to wcale nie z żądzy sukcesu, lecz z potrzeby chwili. Bo ani MKS, ani goście właściwie nie mogli sobie pozwolić na porażkę, jeżeli myślą serio o utrzymaniu się w lidze. Drużynom zajmującym w tabeli drugie i trzecie miejsce od końca, utrata punktów odbijałaby się potężną czkawką do końca rozgrywek. - Zdajemy sobie sprawę z wagi spotkania - podkreślał przed meczem Marian Kurowski, szkoleniowiec MKS-u. - Nas może zadowolić tylko komplet punktów. Dlatego od pierwszej minuty zagramy bardzo ofensywnie.

Kurowski dotrzymał słowa i jego podopieczni ostro natarli zaraz po gwizdku rozpoczynającym sobotnie spotkanie. Co najważniejsze, te ataki nie były schematyczne. Na przemian gospodarze przeprowadzali je skrzydłami lub środkiem pola. Często także obrońcy długimi podaniami próbowali uruchomić wychodzących na pozycję napastników.

Pierwszy celny strzał na bramkę gości oddał w 9 min Krzysztof Butryn. Jego uderzenie z rzutu wolnego sprawiło radomskiemu golkiperowi trochę problemów. A to była dopiero skromna próbka możliwości defensywnego pomocnika MKS-u. Butryn, do tej pory znany głównie z dobrej gry w obronie (choć w II lidze strzelił już dwie bramki), w każdym meczu zalicza po kilka przechwytów. Tym razem w 18 min popisał się tak kapitalną asystą, że Maciejowi Rogalskiemu nie pozostało nic innego, jak tylko pokonać Krzysztofa Pyskatego efektownym szczupakiem.

Takie otwarcie to najlepsze, co mogło się zdarzyć biało-zielonym. Od tego momentu na własnej połowie czekali na ataki gości i po przejęciu piłki wyprowadzali szybkie kontrataki. Gdy w 26 min długie podanie Marcina Rogozińskiego minęło całą linię obrony radomian, na prawym skrzydle dopadł do piłki Łukasz Połoszczak. Odważnie ruszył w pole karne i nie zaryzykował zagrania do lepiej ustawionego Maxwella Kalu, bo pewnie się bał, że arbiter odgwiżdże pozycję spaloną Nigeryjczyka. Sam skończył akcję strzałem, ale kropnął dobre piętro nad poprzeczką.

Kolejną kontrę wyprowadził Kalu. Popędził lewą stroną boiska i po chwili był już sam przed Pyskatym. Ale że poprzednio w podobnych sytuacjach niemiłosiernie partolił, teraz chyba zabrakło mu odwagi na strzał. Zupełnie bez potrzeby próbował jeszcze zagrywać futbolówkę do Rogalskiego, na co czujnie zareagowali defensorzy Radomiaka i bez trudu wybili piłkę.

Ta strzelecka indolencja zemściła się w 32 min. Zresztą do gola Krzysztofa Majdy solidarnie przyłożyli się, kompletnie nierozumiejący swoich intencji, Mariusz Mikłowski i Robert Romanowski. Mławski bramkarz niepotrzebnie wypuścił się aż za pole karne, ułatwiając zadanie znajdującemu się tuż przy bramce Majdzie.

- I po co on zmieniał Wiśniewskiego - szemrali kibice, niezadowoleni z absencji między słupkami drugiego z golkiperów MKS-u. Zmiany na tej pozycji Kurowski nie wykluczał jednak zaraz po spotkaniu ze Szczakowianką. Jego zdaniem strata przynajmniej dwóch z czterech bramek w Jaworznie obciąża konto Macieja Wiśniewskiego. Romanowski swojej szansy raczej nie wykorzystał. Pierwszą bramkę po prostu puścił, a do tego widać było, że nie rozumie się z obrońcami, zwłaszcza z dwójką środkowych Mikłowskim i Rogozińskim.

Na szczęście ten w sumie przypadkowy gol dla gości nie odebrał mławianon chęci do ataków. Już w 34 min Rogalski znalazł się sam przed Pyskatym i miał jedną po drugiej szansę na podwyższenie wyniku. Ale bramkarz z obu prób wyszedł zwycięsko. Konsekwencja gospodarzy jednak została nagrodzona. Minutę przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę Maxwell Kalu sprytnym uderzeniem głową zupełnie zaskoczył bramkarza.

Na trybunach odżyły nadzieje na korzystny wynik. Niestety, po zmianie stron miejscowi piłkarze udowodnili, że drugie 45 minut gry to nie jest ich specjalność. Nic dziwnego, że w 50 min Radomiak po raz drugi doprowadził do wyrównania. Piłkę, za krótko wybitą przez Mikłowskiego, przejął Jakub Cieciura i dokładnym podaniem na lewe skrzydło uruchomił Majdę. A ten precyzyjnym strzałem tuż przy słupku pokonał Romanowskiego.

Przy remisie 2:2 pojedynek zaczął się od nowa. Gospodarze dostali nawet dodatkową szansę, bo od 57 min grali przeciwko dziesiątce rywali. Drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną, obejrzał Jacek Wysocki. Ale liczebna przewaga to było jeszcze za mało dla mławian. Brakowało im piłkarza, który wziąłby na siebie ciężar rozgrywania piłki. W efekcie zamiast rozciągać grę maksymalnie na skrzydła, gospodarze pod bramkę Radomia pchali się środkiem. To dlatego Pyskaty gorące chwile przeżywał tylko po stałych fragmentach. Najbliższy szczęścia był w 85 min Rogalski, gdy po centrze z rzutu rożnego Rafała Wodnioka strzelał głową z kilku metrów. Futbolówka poszybowała jednak tuż nad poprzeczką.

Goście po stracie Wysockiego głównie bronili dostępu do własnej bramki. Kiedy jednak nadarzała się okazja do wyprowadzenia szybkiego ataku, to skwapliwie z niej korzystali. W 88 min szybki Daniel Barzyński (wszedł na boisko po przerwie) bez problemu uciekł Rafałowi Brzozowskiemu i w tempo podał do wbiegającego w pole karne Macieja Lesicza. Chyba tylko bramkarski instynkt pozwolił Romanowskiemu uratować punkt.