Sport.pl

Hokeista GKS-u Katowice Bartłomiej Kowalski trenował z Chicago Blackhawks

Zawodnik GKS-u Katowice podczas prywatnego pobytu w USA wziął udział w treningu Chicago Blackhawks. - Widziałem, jak jeden z zawodników wybranych w drafcie tak przyłożył krążkiem w osłonę z pleksi, że ta rozsypała się w drobny mak... - mówi z uznaniem
21-letni hokeista GKS-u już po raz drugi spędził wakacje za oceanem. W Chicago ma rodzinę: kuzynów, wujków i ciotki. - Górali zza oceanem jest mnóstwo. Człowiek czuje się tam jak u siebie - opowiada pochodzący z Nowego Targu hokeista.

Kowalski, który od trzech lat występuje w GKS-ie, jest studentem katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego. Do Chicago poleciał w czerwcu po zaliczeniu drugiego semestru. Podczas czterech miesięcy pobytu w USA występował w czterech drużynach. - Czasami w ciągu jednego dnia grałem cztery spotkania. Nie pracowałem, więc mogłem od rana do wieczora myśleć o hokeju. Później przyszły czasy, że grałem tylko raz w tygodniu, w jednej drużynie - wspomina.

Drużyna Road 128, w której występował, rozgrywała mecze w hali treningowej Chicago Blackhawks. - To lodowisko podobne do katowickiego małego ronda. Na nasze spotkania przychodziło nawet po 500 osób - opowiada Kowalski. EliteCup, w którym występowała drużyna Kowalskiego, to letnia liga hokeja, w której grają zawodnicy NHL, AHL, UHL, a także zawodnicy z lig szkolnych. - Większość w ten sposób rozpoczyna przygotowania do nowego sezonu. Zdarza się też, że grają hokeiści, którzy właśnie przyjechali z Europy na wakacje. Ta liga to zabawa - dodaje Kowalski.

W Road 128 Kowalski spotkał gwiazdy najwyższego formatu, m.in. srebrnego medalistę z 1992 r. IO w Albertville, Rosjanina Borysa Mironowa, zawodnika Chicago Blackhawks, a wcześniej New York Rangers i Edmonton Oilers. - Zapytałem go, czy byłaby szansa przyjrzeć się treningowi Blackhawks, a on na to: "Czemu nie". Szkoleniowiec drużyny pozwolił mi trochę z nimi potrenować. Może to za duże słowo, pół godziny pojeździłem między nimi i wziąłem udział w zajęciach strzeleckich. Kiedy zaczęły się ćwiczenia taktyczne, musiałem zjechać z lodu. Przeżycie i tak było wielkie. Widziałem, jak jeden z zawodników wybranych w drafcie tak przyłożył krążkiem w osłonę z pleksi, że ta rozsypała się w drobny mak... - kręci głową z niedowierzaniem Kowalski.

Według niego nawet poziom letniej ligi w USA jest o wiele wyższy niż polskiej ekstraligi. - W Ameryce gra się zupełnie inny hokej. Tam już dziewięcioletnie dzieci podczas treningu rzucają się na siebie z kijami. Co się dopiero dzieje w dorosłym hokeju. Jeśli jesteś miękki, nie masz żadnych szans - opowiada.

Kowalskiemu parę razy przeszło przez głowę, aby zostać w USA. - Tam ludzie są jacyś pogodniejsi, częściej się uśmiechają i już dzięki temu żyje się łatwiej. Musiałem jednak wrócić, bo chcę skończyć studia. Jeszcze przyjdzie czas na odważne decyzje. Wiem tylko, że jeśli wyjadę, to będę musiał zapomnieć o hokeju. Jestem realistą. Aby w USA zaistnieć w tym sporcie, trzeba być naprawdę rewelacyjnym zawodnikiem. Na zapleczu NHL obrońcy mają co najmniej po 190 cm wzrostu, każdy rękę ma tak grubą jak moje udo. Wyglądają, jakby trenowali futbol amerykański - śmieje się Kowalski.

Jego teorię potwierdzają przypadki polskich hokeistów, którzy wyjechali do USA. - Zagrałem w meczu charytatywnym na rzecz chorego na stwardnienie rozsiane byłego hokeisty Podhala Nowy Targ Roberta Bieli. Spotkanie zorganizowała Polonia z Chicago. Przy tej okazji spotkałem się z kilkoma kolegami z Polski - z Mariuszem Trzópkiem, Dariuszem Zabawą, Adamem Bombą i Sebastianem Pajerskim. W kraju byli reprezentantami Polski, a tam żaden z nich nie gra już w hokeja - podkreśla Kowalski.