Sport.pl

Po-ligon Roberta Błońskiego: Frankowski, a sprawa Polski

Dwanaście bramek w siedmiu meczach rundy jesiennej ekstraklasy (jeszcze jedna i będzie ich równe sto!); sześć w dwóch występach w Pucharze UEFA. Paweł Janas wreszcie powinien przeprosić się z Tomaszem Frankowskim i powołać go do reprezentacji Polski na październikowe mecze eliminacyjne z Austrią i Walią.
Więcej - najlepszy strzelec polskiej ligi powinien zagrać w nich od pierwszej minuty. Bo ani mecze w polskiej lidze (Wisła jest o pięć długości przed innymi zespołami, jeśli chodzi o efektowność i skuteczność gry), ani te z Realem (Frankowski kompletnie zawiódł) nie będą i nie są miernikiem przydatności tego zawodnika w kadrze.

Dyskusja na temat gry Frankowskiego w reprezentacji toczy się od kilku miesięcy. Powód? Fenomenalna wręcz skuteczność mierzącego 172 cm wzrostu napastnika Wisły Kraków. Wiosną to jego bramki (w sumie 11, skuteczniejszy był tylko Saganowski - 14; Włodarczyk zdobył ich - 10, a Żurawski - dziewięć) dały krakowianom kluczowe punkty z Legią (1:0), Amicą (na 1:1 w 89. min, potem Kłos na 2:1), Wisłą Płock (dwie bramki i uratowany remis w Płocku). Słowem - bez goli "Franka" Wisła nie byłaby mistrzem.

Ale to było za mało dla Pawła Janasa. Reprezentacja grała od kwietnia jednym napastnikiem ("Franek" nie pasował do koncepcji). Trener stawiał na Rasiaka z Niedzielanem, próbował Olisadebe, a bezgranicznym wręcz zaufaniem obdarzył innego wiślaka - Macieja Żurawskiego (grał, mimo że nie strzelał goli w kadrze i dopiero teraz spłaca ten kredyt z nawiązką - trzy bramki w trzech ostatnich występach). Tego zaufania nie starczyło dla Frankowskiego.

Co ciekawe, jeszcze pół roku temu na wychowanka Jagiellonii nie stawiał też Henryk Kasperczak. Chciał sprowadzić do Krakowa Piotra Reissa. Ale runda wiosenna na tyle przekonała szkoleniowca, że nie chciał słyszeć o wyjeździe "Franka" na Cypr, gdzie do Apollonu Limassoll chciał go sprowadzić Franciszek Smuda.

Frankowski to chłopak po przejściach - jako młodzieniec wyjechał do Strasburga, potem był nawet w dalekiej Japonii (pierwszy Polak w Kraju Kwitnącej Wiśni, grał tam pod okiem Arsene'a Wengera), wrócił i tułał się po II lidze francuskiej. W 1999 roku wrócił do Polski. Został królem strzelców. W reprezentacji zagrał cztery razy (po dwa razy w 1999 i 2000 roku, jeden gol).

- Nigdy nie dostałem prawdziwej szansy - narzeka w wywiadach. I ma rację. Bo jest jednym z najskuteczniejszych napastników (99 goli zdobył w 159 meczach, czyli 0,62 bramki na mecz, dla porównania - Maciej Żurawski 105 bramek w 212 występach, czyli 0,49 bramki na spotkanie).

Ale to są tylko liczby. Wisła gra zupełnie inaczej niż reprezentacja. Prowadzi grę, atakuje non stop, stwarza dziesiątki okazji, napastnicy mają wiele szans. A kadra kontratakuje, gra z pominięciem środkowych pomocników, bardziej licząc na skrzydłowych.

Frankowski to bardzo skuteczny piłkarz. Ale czy tak samo będzie w reprezentacji? Dopóki nie dostanie szansy, nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Trzeba mieć nadzieję, że po meczach z Austrią i Walią będziemy mądrzejsi. A panowie Janas i Frankowski przestaną wymieniać "uprzejmości" na łamach gazet.

Janas: "Gdybym ja grał w Wiśle, też strzeliłbym tyle goli".

Frankowski: "A jaki styl ma reprezentacja?"

Tyle że powołanie napastnika Wisły nie może się odbyć na zasadzie: "Biorę Frankowskiego, byle tylko się ode mnie odczepili dziennikarze, a i tak postawię na kogo innego".

A i zawodnik musi schować osobisty żal do kieszeni. I w Wiedniu wyjść na boisko, walczyć i strzelać gole tak, jak to robi w Krakowie.

Bo tak naprawdę Janas nie ma wyjścia. Powołany Niedzielan jest bez formy. Rasiak właśnie zaczął grać w klubie (kontrakt z Derby podpisał w nocy z piątku na sobotę, kiedy powołania były już wysłane), więc na razie odpocznie od reprezentacji. Włodarczyk jest ukarany za czerwoną kartkę w Belfaście. A Kryszałowicz i Olisadebe leczą kontuzje. Janas nie ma więc wyjścia: Frankowski do kadry.

Komisja ds. Orlenu?

Chyba wzorem wielkiej polityki i PZPN powinien powołać specjalną komisję do zbadania sprawy Orlenu. A właściwie zachowania sędziów na meczach w Płocku.

Dwa tygodnie temu arbiter Cwalina z Gdańska wypaczył wynik meczu z Polonią Warszawa (Wisła wygrała 4:1 po kontrowersyjnym karnym, niesłusznym nieuznaniu gola dla Polonii, czerwonej kartce dla jednego z zawodników z Konwiktorskiej). Arbiter został oceniony na 6 (nota skandalicznie niska, będzie musiał zdawać egzamin komisyjny) i zdyskwalifikowany.

W sobotę w Płocku "popisywał" się arbiter Marczyk z Piły. Słabiutkiej Wiśle (grała z najgorszym zespołem ekstraklasy Górnikiem Łęczna) podarował karnego przy stanie 0:0 (Sobczak absolutnie nie był faulowany, upadł jak znakomity aktor). Przy stanie 1:0, zamiast podyktować jedenastkę dla gości za faul Janusa na Wolańskim (obrońca Wisły nastąpił na nogę pomocnika Górnika), Marczyk wyrzucił tego drugiego z boiska - druga żółta kartka, za symulowanie. Efekt? 3:0 dla płocczan. Za tydzień do Płocka przyjeżdża Pogoń.

Cytat kolejki

"A co mi wolno powiedzieć o pracy sędziego? Nic. Bo ja już tyle razy byłem na Wydziale Dyscypliny, że więcej nie chce mi się tam jeździć i się tłumaczyć. Wiem, że Górnik wystosuje oficjalny protest w sprawie sędziowania tego meczu. Wisła była w sobotę cienka jak alabaster" - trener Górnika Łęczna Bogusław Kaczmarek o meczu w Płocku.

Niesłychana cierpliwość

Działacze Lecha przedłużyli właśnie kontrakt z trenerem Czesławem Michniewiczem. Mają niesłychaną - jak na polskie warunki - cierpliwość. Odpłacają tym samym szkoleniowcowi za sukcesy z poprzedniego sezonu. Jednak siedem kolejnych porażek (pięć w lidze, dwie w Pucharze UEFA) nie może przejść bez echa... Decyzja Zarządu to po prostu sygnał do piłkarzy: bierzcie się do roboty.