Tragedia antyczna Grzegorza Sposoba

Czuł, że jest w znakomitej formie, warunki rozgrywania konkursu były wręcz wymarzone, a jednak jeden z faworytów Igrzysk Olimpijskich w Atenach lubelski skoczek wzwyż Grzegorz Sposób wrócił z Grecji bez medalu. Zamiast w finale, znalazł się w szpitalu, a wszystko przez... but
Zawodnik lubelskiego Startu legitymuje się trzecim w tym sezonie wynikiem na świecie. Skoczył 234 cm. Dwa centymetry więcej uzyskał w Atenach mistrz olimpijski Szwed Stefan Holm. Jednak biorąc pod uwagę jego staż zawodniczy, to mimo 28 lat jest jeszcze bardzo niedoświadczonym skoczkiem. Można powiedzieć... juniorem, którym nigdy nie był. Jest inteligentny, szalenie szybko nawiązuje kontakt z mediami i ma jedną, dość rzadko spotykaną w światku sportowym cechę - duży dystans do własnej osoby.

Siatkówka to jest gra

Konia z rzędem temu, kto przed sześciu laty słyszał o takim zawodniku, jak Grzegorz Sposób. Jego droga do lekkiej atletyki była zupełnie nietypowa. W wieku 22 lat zaczął się w to bawić i traktował skakanie na całkowitym luzie. - Zupełnie nie byłem przekonany, czy coś z tego będzie. Pracowałem wtedy w lubelskiej hurtowni, i to fizycznie. Może głupio zrobiłem, że rzuciłem tę robotę i zająłem się skakaniem. Mogłem zrobić karierę - kroił mi się awans na kierownika zmiany i moje odejście wzbudziło sensację, bo z pracą wtedy było krucho - wspomina z humorem zawodnik. - Spędzałem w hurtowni 230 godzin i zarabiałem 700 zł. - Ojciec, kiedy dowiedział się o mojej decyzji, stwierdził ze stoickim spokojem - no to poskaczesz z miesiąc i zaczniesz szukać roboty. Na szczęście wytrwałem. Teraz żyję ze skakania i studiuję na Politechnice Lubelskiej, choć na czas przygotowań do igrzysk musiałem wziąć urlop dziekański. Nie ukrywam jednak, że początkowo trudno było z tego się utrzymać. Nawet jak już byłem mistrzem Polski, to nie otrzymywałem stypendium, choć na papierze, owszem było.

Nie można jednak powiedzieć, że Grzegorz wcześniej nie miał kontaktu ze sportem. Chodził do klasy sportowej SP nr 3 w Świdniku. Grał w siatkówkę w Avii, pływał, był też piłkarskim bramkarzem. - Najbardziej kocham siatkówkę - twierdzi. - To wspaniała gra. Do dziś z rozrzewnieniem wspominam, jak przed 15 laty występowałem w mistrzostwach Polski. Szczerze mówiąc, skoczkiem zostałem przypadkowo i do dziś się dziwię, jak do tego doszło.

Dynamit w nogach

Tak więc trochę kuchennymi schodami Grzegorz Sposób wdarł się na lekkoatletyczne salony. Zaczął startować na największych światowych imprezach. Podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata w Paryżu był szósty. Oswoił się z wielkimi stadionami. Apogeum miało przyjść w Atenach. Było tam wszystko, czego zawodnikowi trzeba - pełne trybuny, najsilniejsza na świecie konkurencja i miliony widzów przed telewizorami. - Kocham taką atmosferę, tłumy ludzi, specyficzny pomruk stadionu i to uderzenie adrenaliny, bez którego trudno o dobry wynik - zwierza się skoczek. - Poza tym uwielbiam Grecję i klimat tam panujący. To wszystko było. Bzdurą jest, że nie byłem skoncentrowany. Podczas konkursu widziałem tylko rozbieg, poprzeczkę i trenera, który gdzieś tam z trybun próbował mi pomóc.

Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Pierwsze wysokości pokonywał bez najmniejszego problemu. - Gdy wisiałem nad poprzeczką umieszczoną na wysokości 220 cm, spojrzałem na nią z góry, Boże, i to jakiej..., a to oznacza, że byłem w "gazie" - dzieli się wrażeniami Grzegorz.

Rzeczywiście tak było. Na treningach już w Grecji zawodnik trenera Andrzeja Kleczka prezentował się znakomicie. Wszyscy byli pod wrażeniem, kiedy z trzech kroków minimalnie strącał poprzeczkę na wysokości 231 cm. Kciuk szkoleniowców innych skoczków oglądających wyczyny naszego reprezentanta nieustannie wędrował do góry. Będzie medal, twierdzili. Wyglądało na to, że ma dynamit w nogach. - Przed olimpiadą było ciężko i miałem chwile zwątpienia - tłumaczy skoczek. - Trenowałem mocno, ale skakałem nisko. Trener ze stoickim spokojem powtarzał, że kiedy przyjdzie pora, będzie dobrze. W zasadzie nie miałem powodu, aby mu nie wierzyć, bo słowa pana Kleczka zawsze się sprawdzały, ale gdzieś tam w podświadomości mnie to męczyło. Podnosił mnie także na duchu znakomity przed laty skoczek, wicemistrz olimpijski Artur Partyka. Wreszcie pojechałem na mityng przedolimpijski do Szwecji, gdzie zaprosił mnie Stefan Holm. Było zimno i lało jak z cebra, ale 230 cm skoczyłem. Wygrał Holm z takim samym wynikiem jak mój, lecz on w tym sezonie ani razu nie przegrał. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że jest dobrze.

Trzecią wysokością, z którą miał się zmierzyć w ateńskich eliminacjach Grzegorz Sposób było 225 cm. Nikt nie przewidywał, że mogą być jakieś trudności. - Byłem spokojny - opowiada zawodnik. - Stanąłem na rozbiegu, zmierzyłem poprzeczkę wzrokiem i ruszyłem do przodu, by po chwili ze zdumieniem stwierdzić, że już leży ona na zeskoku. Zupełnie nie wiedziałem, co się dzieje. Wracałem na swoje miejsce, a trener z daleka pokazywał mi, że nie doszedłem podczas skoku do pionu. Nie rozumiałem, dlaczego. Po chwili patrzę, a noga wyszła mi przez piętę buta, który pękł na połowie swojej długości. Poza tym już nie mogłem stanąć na pięcie, a stopa zaczęła puchnąć. Zmieniłem obuwie, ale w tej sytuacji niewiele mogłem już zdziałać. Nawet gdybym awansował do finału, to i tak nie mógłbym w nim wystąpić. Prosto z rozbiegu udałem się do ambulatorium, a potem do szpitala. Dla mnie już się ten sezon skończył. Boli mnie tylko, że niektórzy dziennikarze uznali mój wyjazd ze stadionu za rejteradę, a ja przecież nigdy nie unikałem z nimi kontaktu.

Mądry Polak po szkodzie

Niektórzy twierdzili, że buty, w których skakał nasz reprezentant, były po prostu stare. - Nic podobnego - twierdzi skoczek. - Obuwie, zresztą renomowanej firmy, włożyłem w czerwcu. W tych butach uzyskałem najlepszy wynik w karierze. Podpisałem z tą firmą kontrakt na dwa lata i buty powinny być odpowiedniej jakości. Już wysłałem do producenta pełną dokumentację i mój menedżer będzie się starał o jakieś zadośćuczynienie. Przecież ja przegrałem nie tylko olimpijski medal, ale także możliwość startu w mityngach, które po powrocie z Aten miałem w planie. Z drugiej strony, jak ulał pasuje tu stare przysłowie "mądry Polak po szkodzie". Swego czasu mój kolega ze skoczni Aleksander Waleriańczyk ostrzegał mnie przed tymi butami. Twierdził, że widział, jak jednemu z zawodników podczas konkursu rozpadł się but właśnie tej marki. Cóż.... wówczas puściłem to mimo uszu. Nie jestem jednak załamany. Już się z tym pogodziłem. Przecież na początku mojej sportowej drogi nawet nie przypuszczałem, że mogę wystartować w igrzyskach olimpijskich. A ja tam byłem i będę miał o czym opowiadać wnukom. Nie oznacza to jednak wcale, że jestem minimalistą. Przede mną wiele innych ważnych zawodów. Poza tym już myślę o olimpiadzie w Pekinie. W stolicy Chin skakało mi się dobrze. Byłem tam czwarty na Uniwersjadzie. A tak naprawdę, to mi najbardziej żal trenera, który zrobił dla mnie bardzo dużo.