El. MŚ: Polska - Anglia 1:2

Dziesięć minut przed przerwą, kwadrans po. Tyle czasu Polacy dotrzymywali kroku Anglikom. Ale, o dziwo, i tak mogli wygrać, gdyby nie koszmarne kiksy Arkadiusza Głowackiego
Podniośle i miło było przed meczem - kiedy na płycie głównej fetowano legendy polskiej piłki z lat 50. Gerarda Cieślika i Lucjana Brychczego, bohaterów niezapomnianego zwycięstwa nad Związkiem Radzieckim w październiku 1957 roku.

Wczoraj za taki wynik dalibyśmy wszystko. Ale nie ma w naszej reprezentacji kogoś tak świetnie wyszkolonego technicznie jak Brychczy i tak skutecznego jak Cieślik. A przynajmniej nie było we wczorajszym meczu z Anglikami - których pokonać teraz znaczy dla kibica tyle, co kiedyś zwycięstwo z sąsiadami ze Wschodu.

Po pierwszej połowie wydawało się, że nadzieja trwała 35 minut. Mecz nie przypominał zaciętej walki o punkty. Tak jak w grach towarzyskich w pierwszym kwadransie były tylko trzy faule.

Anglicy nie rzucili się na Polaków, jedyne okazje jakie mieli to rzuty rożne. Ale widać było różnicę w rozgrywaniu piłki. Podania drużyny Pawła Janasa, jeśli były niecelne, to o kilka metrów. Anglika - o kilkadziesiąt centymetrów.

Najbardziej denerwowało jak łatwo Polacy tracili to co sobie zorganizowali wielkim wysiłkiem. W pierwszej połowie mieli trzy akcje, w których - po kilku celnych podaniach - zyskali kilkadziesiąt metrów. Jeszcze jedno, no dwa i byliby pod bramką Paula Robinsona (zastąpił krytykowanego za mecz z Austrią Davida Jamesa).

Kiedy zobaczyliśmy baloniaste dośrodkowania i anemiczne podania (a raczej dotknięcia) Kamila Kosowskiego zrozumieliśmy, dlaczego skarży się, że w Kaiserslautern koledzy mu nie ufali i rzadko oddawali piłkę (teraz w ogóle nie gra).

Kiedy zobaczyliśmy jak Sebastian Mila - słynący przecież ze strzału z dystansu - stojąc dziesięć metrów od bramki traci głowę niczym junior i nie trafia nawet w piłkę, zrozumieliśmy dlaczego broni się przed nakłanianiem go do roli lidera. W środę grał raczej jak antylider, który akcji nie przyśpiesza, lecz je opóźnia, i przez 45 minut potrafi zdobyć się na jedno błyskotliwe zagranie (do Żurawskiego). W dodatku zablokowane przez Ledleya Kinga.

Kiedy zobaczyliśmy jak bezmyślnie w polu karnym zachowuje Grzegorz Rasiak, zrozumieliśmy dlaczego Włosi powątpiewają, by w przewidywalnej przyszłości zadebiutował we włoskiej Sienie.

Kiedy zobaczyliśmy jak Krzynówek zmienia flankę z prawej na lewą i w mgnieniu oka z gracza bezużytecznego przeistacza się w groźnego, wywołującego zawroty głowy Jamiego Carraghera skrzydłowego, zrozumieliśmy jedno. Tylko trenerowi Pawłowi Janasowi starcza wyobraźni, by ustawiać go na prawej stronie. W Leverkusen próbowali. Po dwóch meczach dali sobie spokój. Niestety, Janas jak rzadko kiedy jest konsekwentny.

Kiedy zobaczyliśmy dojrzałość rozdzielającego piłki w środku pola Żurawskiego żałowaliśmy, że obok nie ma drugiego Żurawskiego. I trzeciego, czwartego... Kiedy wreszcie dostał dobre podanie, strzelił mocno z 10 m, ale pechowo zablokował go obrońca.

Kiedy w 35. min zobaczyliśmy, jak Jermaine Defoe ośmiesza Arkadiusza Głowackiego, jak przyjmuje piłkę, piętą ogrywa obrońcę Wisły i strzela nie do obrony - spuściliśmy głowy. Było 0:1.

Po przerwie przecieraliśmy oczy! Tylko przez kwadrans.

Nie minęły trzy minuty, a Kosowski (zaczął z prawej strony) zagrał do Żurawskiego, ten wpadł w pole karne i strzelił w okienko. Stadion eksplodował. Wróciła wiara. Wróciła nadzieja. Odżyły wspomnienia - tak Wisła podbijała Europę! Kosowski przeprowadził rajd, ograł z prawej strony Ashley Cole'a, ale sytuację uratował King. Za chwilę - po strzale Jacka Bąka - rozpaczliwie interweniowali obrońcy gości.

Polacy znów byli jednak mistrzami marnowania własnego wysiłku. W 58. min pozwolili Anglikom - jak na podwórku - rozgrywać piłkę pod swoim polem karnym i dośrodkować wzdłuż bramki. Piłka minęła Bąka. Interwencja Głowackiego była dopełnieniem nieszczęścia jego i drużyny. Obrońca Wisły wbił piłkę do własnej bramki. Gol padł w momemencie, kiedy remis był na wyciągnięcie ręki, a pomału zaczynała świtać nadzieja nawet na coś więcej.

W polskim zespole za bardzo widoczna była różnica między dobrymi zawodnikami (Dudek, Bąk, Żurawski, Krzynówek i Kosowski przez kwadrans drugiej połowy) a beznadziejnymi (Mila, Lewandowski, Głowacki, Kosowski przed przerwą i od 60. minuty).

Kiedy Anglicy prowadzili, Polacy zapomnieli, czego dokonała Austria w sobotę (od 0:2 do 2:2). Zapomnieli także kibice - przez dziesięć minut siedzieli cicho. Z rzadka żałośnie pobrzmiewały trąby, wsparcia piłkarze nie mieli. Trybuny odezwały się w 80. min. Za późno.

Żal ścisnął serca. Anglicy to po raz kolejny był zespół, z którym można było nie przegrać. Co z tego, że podjęli walkę, że zostawili na boisku wszystkie siły. Ale znowu nie było zespołu. Kiedy trzeba było ruszyć, rozegrać piłkę, zagrozić Anglikom - nie było komu.

W 90. min po strzale Gorawskiego z pola karnego wydawało się, że Cole zatrzymał piłkę ręką. Nie zatrzymał. Chwilę potem sędzia skończył mecz. Angielski kompleks trwa... I końca nie widać.

Polska - Anglia 1:2 (0:1)

Bramki

Żurawski (47.) - Defoe (36.), Głowacki (58., samobójcza)

Polska:

Dudek - Żewłakow, Bąk, Głowacki, Rząsa - Kosowski (79. Gorawski), Lewandowski, Mila (62. Kukiełka Ż), Krzynówek - Żurawski, Rasiak (68.Niedzielan Ż).

Anglia:

Robinson - Neville (30. Carragher), Terry, King, Cole - Beckham (88. Hargreaves), Gerrard, Lampard, Bridge - Owen Ż, Defoe (86. Dyer).

Sędziował: Stefano Farina (Włochy).

Polska - Anglia



9strzały12
5celne8
8faule10
1spalone4
1rożne6
Inne mecze grupy 6:

Austria - Azerbejdżan 2:0 (2:0): Stranzl (23.), Kollmann (44.);

Walia - Irlandia Płn. 2:2 (1:2): Hartson (32.), Earnshaw (75.) - Whitley (10.), Healy (21.). Czerwone kartki: Savage (9.) - Hughes (9.), Healy (21.).



1. Austria244:2
2. Anglia244:3
3. Polska234:2
4. Walia223:3
5. Azerbejdżan211:3
6. Irlandia Płn.212:5
Czy uda się nam pokonać Anglików w rewanżu?