Nad czym pracują teraz piłkarze Lecha Poznań?

Poznańscy piłkarze intensywnie trenują - po dwa razy dziennie
Wszyscy mają taką nadzieję. A piłkarze trenują po dwa razy dziennie. - To musi dać efekt. Zbyt ciężko pracujemy, aby nie dało - mówią. Trener jest przekonany, że "Kolejorza" stać na dobrą grę. - Tyle tylko, że w tej chwili możemy tylko nieco połatać swoje braki - mówi. - Trening ma swoją specyfikę i nie da się natrenować na zapas.

Kibicom marzy się, aby Lech grał tak jak wiosną. Na razie są zrozpaczeni, bo załamanie formy ich ukochanego klubu nastąpiło chyba zbyt gwałtownie jak na nerwy zwykłego kibica. Na dodatek nastąpiło pod wodzą trenera, który stał się w Poznaniu synonimem sukcesu. Niepokój jest zatem ogromny, ale ci fani, którzy przyszli w piątkowy wieczór na spotkanie z trenerem Czesławem Michniewiczem w Café Pyra (a było to ponad 30 ludzi), wyszli chyba nieco uspokojeni. Michniewiczowi trzeba bowiem oddać to, że słucha się go znakomicie. To człowiek, który potrafi przejrzyście i bez owijania w bawełnę wyłożyć swoje koncepcje i to, jak zamierza je realizować.

Trener Michniewicz może nie uspokoił słuchających go kibiców, ale na pewno zaprowadził pewien porządek w rozgrzanych głowach zmartwionych sympatyków "Kolejorza".

Stowarzyszenie Wiara Lecha, które to spotkanie zorganizowało, chce je zwoływać cyklicznie. - Przypadek sprawił, że spotkaliśmy się teraz, gdy Lech jest w dołku - mówił Jarosław Kiliński ze stowarzyszenia. Może i dobrze, bo rozmowa była przez to ciekawsza. Zamiast słodkiej celebry, mieliśmy konstruktywną dyskusję. Oto jej najważniejsze wątki.

Dlaczego do tego doszło?

- Bez solidnego fundamentu pękają ściany - twierdzi trener Michniewicz. - A nam nie udało się latem zbudować solidnego fundamentu i ściany popękały podczas trudnego wyjazdu do Moskwy.

Poznański szkoleniowiec jednak mówi tak: - Niedorzecznością byłoby twierdzenie, że mamy teraz kłopoty, bo były w zespole kontuzje. Albo, że źle przepracowaliśmy okres przygotowawczy. Nie ma bowiem jednej przyczyny. Jest ich wiele, cały splot. A jedne wynikają z drugich.

Z pewnością widoczny jest brak dwóch ważnych graczy - Bartosza Bosackiego i Piotra Świerczewskiego. To dzięki nim Lech nabierał kiedyś pewności siebie. Bosacki - był tak szybki, że doganiał większość rywali - mówi Michniewicz. - Nasza obrona mogła łapać rywala daleko od własnej bramki. Nie bała się prostopadłych piłek. Miała bowiem pewność, że albo dogoni ją Bartek, albo złapie ją Waldek Piątek, gdy będzie za silna. Teraz obrońcy takiego komfortu psychicznego nie mają. Linia obrony przesunęła się bliżej pola karnego i to bez względu na to, gdzie jest piłka. To ważne w naszej koncepcji gry, w której wszyscy bronimy, ale nie wszyscy atakujemy. Teraz jest niebezpieczniej, pada więcej goli.

Świerczewski - to był wojownik - wzdycha Michniewicz. - Tworzył atmosferę walki na boisku i poza nim. Wszystkich mobilizował, prowokował, wymyślał jakieś na pozór tylko bezsensowne rywalizacje, zawody i zakłady. Pamiętam, jak kiedyś zdziwiłem się, że koledzy z zespołu noszą go na ramionach wokół boiska, krzycząc na cały głos, że to najlepszy piłkarz świata. Okazało się, że przegrali ze "Świrem" jakieś zawody. On był jak starszy brat, z którym nie boimy się wyjść w nocy na miasto. Zawsze w pobliżu, gdy na boisku robiło się gorąco.

Jak poprawić psychikę?

Dobre pytanie! Jesteśmy przecież w Poznaniu, a tu presja jest duża. Kibiców nie interesują kłopoty zespołu, interesuje ich wynik. Trudno się dziwić, bo przecież Lech w ostatniej dekadzie cały czas ma ogromny potencjał i możliwości, a jednak odnosi - z drobnymi wyjątkami - zaskakująco mierne wyniki.

Piłkarze narzekają, że teraz boją się wyjść do sklepu. Nie, nie chodzi o zagrożenie. Raczej o wstyd. Może to i dobrze, bo w takiej sytuacji ambicja zawodników prowadzi do zaangażowania.

Pozostaje tylko zapomnieć o dotychczasowych wpadkach. - Przygnębienie jest normalne, gdy komuś w czymś nie idzie. Trudno go uniknąć - mówi Michniewicz. - Mówi się jednak, że zdrada odświeża związek, a porażka wzbogaca zespół. Ja nie mam zamiaru stawiać szubienic dla zawodników, bo to do niczego nie prowadzi. Taki Real Madryt musiałby szubienicami zastawić całe Santiago Bernabeu. Człowiek jest tak skonstruowany, że krytykę znosi i przyjmuje tylko po wcześniejszym sukcesie. Dlatego aby skrytykować, trzeba najpierw pochwalić. Wtedy krytyka jest strawna.

Lech nie planuje zatrudnienia psychologa. - Myślałem o pewnym kandydacie, a właściwie kandydatce. To Joanna Bodak, nasza znakomita niegdyś gimnastyczka i na dodatek piękna kobieta. Zajmuje się teraz psychologią sportową i pewnie każdy piłkarz chętnie by z nią porozmawiał - przyznaje Michniewicz. - Nie wystarczy jednak zrobić jednego spotkania terapeutycznego. To musiałaby być współpraca kompleksowa.

Co trzeba zmienić?

- Naszym celem jest poprawa szybkości - mówi trener Michniewicz. Sytuacje, w których przeciwnik łatwo zdobywał teren czy gole, bo Lech był za wolny, trzeba zmienić. "Kolejorz" zatem pracuje nad... wytrzymałością! Paradoks to tylko pozorny, bowiem droga do poprawy szybkości musi prowadzić przez wytrzymałość. - Myślę, że wielu kibiców byłoby w stanie wyprzedzić naszych piłkarzy w sprincie. Tyle że zaledwie przez pierwsze 10 minut meczu - twierdzi Michniewicz. - Nam chodzi o to, aby zachować szybkość do końca.

Lech musi także popracować nad taktyką. - Chcemy poprawić grę w defensywie - mówi Michniewicz. - Proszę jednak nie odczytywać tego w ten sposób, że oto teraz Lech będzie grał defensywnie, na 0:0 i murował bramkę. Ba, nawet sytuacja, w której wystawiamy jednego napastnika nie świadczy o defensywnym ustawieniu. Nie ilość napastników o tym stanowi. A ja kieruję się zasadą - nie wystawię gorzej dysponowanego piłkarza tylko dlatego, że jest napastnikiem. Powstała sytuacja, gdy muszę przetasować skład, wtedy powstanie problem jak zbyt krótką kołdrą. Zakryjesz głowę, nogi wystają i odwrotnie.

Kłopotów z napastnikami nie brakuje. Krzysztof Gajtkowski w ostatnich meczach grał z konieczności, bo nadal ma kontuzję przywiezioną jeszcze z Katowic. Piotr Reiss teraz dopiero zaczął normalnie trenować. Miał bowiem uraz łydki, potem krwiak i wreszcie infekcję - prawdopodobnie z powodu stosowanych maści. Kontuzję miał też Zbigniew Zakrzewski. Zostaje jeszcze jeden napastnik po kontuzji - Damian Nawrocik. To osobny temat...

- Wszyscy szalenie lubimy Damiana, bo to przesympatyczny chłopak. I pupil widowni - mówi Michniewicz. - W sporcie jednak nie oceniamy go jako człowieka, lecz jako piłkarza. A tu trzeba sobie powiedzieć szczerze - Damian nie będzie grał regularnie, dopóki nie zrzuci 5 kg nadwagi.

Michniewicz mówi obrazowo: - Gracz podczas meczu przebiega na boisku kilka kilometrów. Przemnóżmy to przez 5 kg nadwagi i wyjdzie nam, jakim obciążeniom poddawane są stawy Damiana. Dlatego musi pracować na rowerze stacjonarnym.

Lech wrócił do współpracy z Bogdanem Głuszkowskim, specjalistą od przygotowania lekkoatletycznego. - Zawodnicy mają do niego ogromne zaufanie. Chodzą na indywidualne treningi, nawet po radę - przyznaje Michniewicz.

Lech zatem trenuje i szuka formy. Prasa na razie daje mu spokój. Wszyscy w napięciu czekają na kolejny mecz. Do meczu z Zagłębiem Lubin wszyscy zawodnicy - poza oczywiście Arielem Jakubowskim - powinni być już w pełni sił. Lech nie będzie na siłę szukał świeżości przed tym spotkaniem. Poznaniacy jeszcze dziś trenować będą dwa razy dziennie, a od środy - raz dziennie.