Mam mieszane uczucia

Z Bogusławem Trojanem, prezesem Lubelskiej Unii Sportu rozmawia Wiesław Pawłat
Polscy sportowcy zanotowali na igrzyskach olimpijskich w Grecji najsłabszy start od blisko pół wieku. Zawodnicy z Lubelszczyzny także wrócili bez medalu. Najlepiej wypadli ci, na których najmniej liczono - pływaczka Paulina Barzycka i zapaśnik Krystian Brzozowski. Oboje zajęli czwarte miejsca.

Wiesław Pawłat: Jak odniesie się Pan do występu naszych reprezentantów na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach?

- Bogusław Trojan: Mam mieszane uczucia. Myślę, że wyniki nie zakłamują ogólnego obrazu sytuacji gospodarczej w naszym kraju. Oficjalnie przeznaczamy na sport 0,07 proc. PKB. Przy takich nakładach trudno, aby nastąpiła na igrzyskach progresja wyników. To najniższy wskaźnik od wielu lat i najgorsze wyniki.

Inni nie mieli więcej, ale potrafili się zmobilizować...

- Dlatego widzę również drugą stronę medalu. Wydaje się, że brak było pomysłu organizacyjnego. Dublowano kompetencje Polskiej Konfederacji Sportu i departamentów zajmujących się sportem w MENiS. To musi się zmienić. Trzeba wyraźnie określić, kto za co odpowiada, bo bez tego wiecznie będziemy szukali winnych.

Może słabość naszego sportu wynika ze złego systemu szkolenia?

- Strukturalnie zakłada się u nas, że szkolenie powinno odbywać się w klubach. Jednak kluby nie mają na to środków - są totalnie niedoinwestowane. Poza tym w moim przekonaniu dzieje się rzecz straszna - następuje deprecjacja zawodu trenera. Nie ma pieniędzy na płace, a przecież szkoleniowcy z czegoś żyć muszą, więc zmieniają zajęcie. Nie ma się co łudzić, że bez dobrych trenerów będziemy mieli wyniki. Wiadomo, że aby wychować jednego olimpijczyka, trzeba objąć szkoleniem od 1 tys. do 10 tys. młodzików. Kto to ma robić?

Czyli sytuacja jest bez wyjścia...

- Myślę, że nie. Z pewnością w jakimś stopniu lukę tę wypełnia szkolenie prowadzone przez Lubelską Unię Sportu w ramach kadr wojewódzkich młodzików i kadetów. Środki pochodzące z Totalizatora Sportowego przekazywane są poprzez MENiS, a w przypadku naszego regionu przez LUS na organizację zgrupowań i konsultacji dla najzdolniejszych młodych sportowców Lubelszczyzny. Poza tym my jesteśmy jedynym województwem w Polsce, które decyzją władz samorządowych prowadzi także szkolenie w kategorii juniorów starszych. Na ten system szkolenia dostajemy pół miliona złotych, więc nie są to małe pieniądze. Mam nadzieję, że nie zostaną one zmarnowane.

Mimo wszystko, to chyba tylko półśrodek...

- Zgadzam się. Uważam, że najwłaściwszą i najtańszą formą szkolenia są Szkoły Mistrzostwa Sportowego, a przynajmniej tworzenie klas sportowych. Mojego zdania nie zmienia nawet osiągnięcie Pauliny Barzyckiej, która była na igrzyskach czwarta na 200 m kraulem, nie będąc uczennicą SMS - zresztą jako jedyna pływaczka. Dlatego należy dążyć do zwiększenia ilości tych szkół.

Generalnie młodzież coraz mniej garnie się do sportu - dlaczego?

- Nie bez wpływu na taki stan rzeczy są rodzice. Zaobserwowałem pewną dwoistość ich działań. Z jednej strony robią oni wszystko, aby ich pociecha została zwolniona z zajęć wf., a potem przez 17 godzin oglądają z dzieckiem transmisję z igrzysk olimpijskich, dziwiąc się przy tym, że nie mamy medali. To smutne, ale prawdziwe.

Czy do Pekinu pojedzie liczniejsza ekipa zawodników z Lubelszczyzny niż do Grecji?

- Mam taką nadzieję. Poza tym marzy mi się, aby w stolicy Chin wystąpił... pięcioboista wychowany w Lublinie. Jeśli mówię o tej dyscyplinie sportu, mam również na myśli powrót na Lubelszczyznę szermierki. Poza tym nie wyobrażam sobie, aby zabrakło tam naszych przedstawicieli królowej sportu i zapaśników. I liczę na to, że z Pekinu nie wrócimy bez medalu. Już zapaśnik Andrzej Głąb, który w Seulu zdobył srebro, pokazał, że w Azji dobrze nam idzie.