Igrzyska w telewizji, czyli szkoda, że państwo to widzieli

Niefachowi komentatorzy, nudne studio, brak transmisji na żywo i ciągłe skakanie z kanału na kanał - igrzysk olimpijskich w Atenach w TVP nie dało się komfortowo oglądać. Bodaj najlepiej spuentował sposób pokazywania igrzysk przez TVP jeden z dziennikarzy "Gazety": - Oni to robią tak, że jeśli ktoś do tej pory nie kochał sportu, to w żaden sposób go nie polubi.
Ale rwanie czy podrzut?

TVP, choć chełpiąca się 17 godzinami relacji dziennie, podeszła do olimpiady chyba dokładnie tak jak nasi sportowcy - celem było dostanie się na igrzyska, a nie zwycięstwo. TVP po prostu przeszła obok tych zawodów, wzięła, co spływało po łączach, i nie włożyła w pokazywanie tej fascynującej imprezy żadnego wysiłku. Co więcej - było na pewno gorzej niż cztery lata temu w Sydney.

Przeniesienie studia z Warszawy do Aten mogło być epokowym osiągnięciem TVP. Po co jednak nam studio w Atenach, skoro nikt do niego nie przychodził? Polska ekipa olimpijska to chyba nie tylko sportowcy, ale także działacze, trenerzy, kibice. Czemu oni nie pojawiali się w studiu już 10-15 minut po wydarzeniu? Czemu tak długo trwało, zanim nasi medaliści dotarli do studia?

Dobrze więc chociaż, że przynajmniej od czasu do czasu w studiu pojawiali się komentatorzy TVP opowiadający raz jeszcze o tym, co widzieli i o czym opowiadali podczas transmisji. Kuriozalne były jednak pojawiające się dwie-trzy godziny po wydarzeniu albo nawet następnego dnia wywiady Roberta Sitnickiego i Rafała Darżynkiewicza z ledwie dyszącymi minutę po wysiłku polskimi zawodnikami. Dlaczego tak późno? 30 minut po finiszu Korzeniowskiego telewizja włoska pokazała trzyminutową rozmowę z nim nagraną - jak wynikało z zegara za plecami chodziarza - 15 minut po zakończeniu rywalizacji. Na pierwszy wywiad z Korzeniowskim w TVP poczekaliśmy jeszcze godzinę.

Do historii telewizji przejdzie rozmowa Sitnickiego z Aleksandrą Klejnowską, która po porażce w ciężarach straszliwie płakała i otwarcie mówiła, że świat się dla niej skończył. Na co dziennikarz-twardziel beznamiętnie odparł: "Pani Olu, ale czy lepiej ocenia Pani rwanie, czy podrzut?".

Kaseta jedzie na żywo!

Studio to połowa nieszczęścia. Co się jednak stało z transmisjami na żywo? Wiele ciekawych wydarzeń z udziałem Polaków oglądaliśmy z odtworzenia i naprawdę nie były to przypadki jednostkowe. W kilku przypadkach najwyraźniej nie było przekazu telewizyjnego na żywo (dlaczego?), co doprowadziło do kuriozalnej sytuacji choćby podczas oczekiwanego w napięciu startu Sylwii Gruchały. - Sylwia wygrała, a kaseta z tą walką już do nas jedzie! - oznajmiła Paulina Chylewska w studiu. Jechała jeszcze godzinę...

Nie widzieliśmy także historycznego pierwszego meczu przegranego przez zawodowych koszykarzy USA z Portoryko ani ich odpadnięcia z walki o złoto w rywalizacji z Argentyną. Co więcej - z TVP nie można się było nawet dowiedzieć o wynikach tych spotkań. Nie zaistniała w naszej telewizji także żadna afera dopingowa, robiąca karierę iracka drużyna piłkarska, skandale z ocenami na gimnastycznych przyrządach albo dwaj zapaśnicy, którzy pobili się po zejściu z maty.

Może skoro nie dało się części zawodów pokazać, można było o nich chociaż informować? TVP nie wpadła nie tylko na pomysł dzielenia ekranu na dwie części (stosowały to z powodzeniem inne telewizje krajowe, a także Eurosport), ale także na oddanie głosu (nawet bez obrazu) swoim komentatorom, kiedy coś ciekawego działo się w innym miejscu niż pokazywane. W TVP udawano na ogół, że nic się nie stało, a my - dzięki agencjom lub radiu - wiedzieliśmy już, jaki jest wynik.

Co najbardziej zastanawiające - z TVP nie sposób się było dowiedzieć na bieżąco o wynikach konkurencji medalowych, nawet tych najciekawszych. Nie było niczego w stylu "dziennika olimpijskiego" - w skrócie co dwie godziny na przykład pokazującego wydarzenia dnia. Zarzucony został (dlaczego?) zwyczaj pokazywania na koniec dnia medalistów wszystkich konkurencji i klasyfikacji medalowej. Czemu nie można było zastosować najprostszej metody - czyli podawania nazwisk złotych medalistów i wyników Polaków na pasku u dołu ekranu?

Co wy tak skaczecie, towarzysze?

A co się stało ze sztuką reportażu, dzięki której w dawnych latach powstał niejeden mit i utrwaliła się niejedna historia? Czemu tylko postać Roberta Korzeniowskiego potrafiła zmusić dziennikarzy TVP do nakręcenia reportażu o sobie? Chętnie obejrzałbym takie materiały - przygotowane przed igrzyskami - o następnym tuzinie czy dwóch naszych sportowców. Przecież podczas tych 16 dni 202 ciekawe ludzkie historie chodziły po Atenach i chciały o tym opowiadać! Czemu zarzucono zwyczaj sympatycznego pokazywania polskich herosów "od kuchni"? Podczas poprzednich igrzysk wiedzieliśmy, jak reaguje rodzina boksera w wiosce koło Tarnowa na jego walkę...

Nie zobaczyliśmy też, jak reagują na igrzyska Grecy, co dzieje się na trybunach i na ulicach. Jedynym żywym reportażem była relacja z gospodarskiej wizyty prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego u polskich żołnierzy pilnujących w Atenach porządku. Prezydent zresztą nie odwdzięczył się TVP za entuzjastyczne odnotowywanie każdego jego wejścia na halę sportową przez komentatorów. - Co wy tak skaczecie z programu na program, ludzi to denerwuje - stwierdził, stawiając na baczność Paulinę Chylewską.

Jesteśmy świetnie oceniani!

Żeby nie było, że się czepiamy - oglądaliśmy te igrzyska także w telewizjach włoskiej i niemieckiej. Tam wywiad na żywo kilka minut po starcie i wizyta w studiu kilka godzin później to była oczywistość. Były także reportaże z miasta, z obiektów, opowieści o ludziach, którzy wygrywali i którzy przegrywali. I jakoś nie dyszeli oni ciężko do kamery. Co więcej - publiczne telewizje niemiecka i włoska potrafiły poświęcić na igrzyska w całości jeden ze swoich programów (u Niemców były to na zmianę ARD lub ZDF, u Włochów RaiDue), dodatkowo otwierając kanały tematyczne dostępne dla posiadaczy anten satelitarnych. Tam igrzyska to była dynamiczna impreza pełna plenerów i uśmiechniętych lub zezłoszczonych twarzy.

Zupełnie inaczej niż TVP podszedł też do sprawy polski Eurosport. Tam jakoś można było dynamicznie przenosić się z jednej areny na drugą (choćby po to, żeby przekazać wynik finału). Tam też wszystko, co najciekawsze tego dnia na igrzyskach, można było zobaczyć codziennie po godz. 23 w świetnie robionym i fachowo obrobionym magazynie. W tym czasie w TVP igrzyska już znikały z anteny. Albo informowała ona, że "zostaliśmy świetnie ocenieni za sposób pokazywania walk judo, które realizowała nasza ekipa".

A ja chcę czerwony rower!

Kibiców podczas igrzysk najbardziej interesują oczywiście wpadki i przejęzyczenia komentatorów. Są już całe armie kibiców, którzy tylko po to oglądają igrzyska czy piłkarskie mistrzostwa. To tylko fajna zabawa, bo wpadki zawsze być muszą, ale pod tym względem TVP akurat nie zawiodła. Wysyłała choćby do Aten plotącego androny Jerzego Górę. Szczyt osiągnął podczas zawodów kolarstwa górskiego, objawiając m.in., że w dzieciństwie bardzo chciał mieć czerwony rower. Ale cóż - Góra wywodzi się z radia, gdzie ośmieszanie się na antenie ostatnio weszło w modę.

Gorzej, że większość pozostałych komentatorów zawodowych (czyli na stałe zatrudnionych w TVP) była do zajęć kompletnie nieprzygotowana. Nie potrafili nas zainteresować ani swoją dyscypliną, ani bogactwem osobowości pojawiających się na igrzyskach. Ograniczali się do ubierania w słowa tego, co i tak widać na ekranie. Albo do wywoływania autów bądź netów.

Tymczasem podobali się ludzie na co dzień nie związani z TVP. Bezapelacyjnie najlepszy był Kajetan Broniewski, który do wioślarstwa i kajakarstwa podchodzi z entuzjazmem, a wie o nich wszystko. Dyskretne towarzystwo Marka Kaczmarczyka dobrze go uzupełniało. Nawet beznadziejną telewizyjnie szermierkę dało się oglądać z równie dobrym jak Broniewski Adamem Krzesińskim. Marek Tronina i Janusz Pindera mieli coś do powiedzenia o judo, zapasach i boksie, choć mogliby włożyć w komentarz więcej werwy.

Z "zawodowców mikrofonu" poziom trzymali Włodzimierz Szaranowicz i Marek Jóźwik na lekkoatletyce, Ryszard Łabędź na łucznictwie i koszykówce oraz Krzysztof Miklas, ze swadą i bez napuszenia opowiadający o podnoszeniu ciężarów i pięcioboju. Niezły był Przemysław Babiarz na pływaniu, choć przydałoby mu się towarzystwo fachowca mniej mrukliwego niż Jan Wiaderek.

Przepraszam, że zanudzam

Trzeci gatunek sprawozdawców to pasjonaci, czyli hobbiści dyscyplin trudnych. Marek Szewczyk - choć nigdy nie porwie "ocenami za ruchomość zadu" - jednak umie mówić o jeździectwie. Chyba także zdaje sobie sprawę z beznadziejności swojego położenia, czego dowodem jeden z najlepszych cytatów igrzysk: "Przepraszam, że zanudzam państwa tymi liczbami, ale to takie ciekawe...". Natomiast żeglarskie egzaltacje Waldemara Heflicha, który bodaj sto razy wykrzyknął przez te dwa tygodnie, że "Mateusz to wielki sportowiec", były ciężkostrawne. Tym bardziej w towarzystwie Dominika Życkiego, który wpadał w entuzjazm, gdy łodzie rywali naszych żeglarzy wpadały na siebie i najchętniej by ich wszystkich potopił. No i wreszcie Ireneusz Nawara od gimnastyki, który umie nazwać każdego fiflaka, ale nie umie o tym opowiadać.

Słowem, szefowi ekipy TVP Januszowi Basałajowi nie udało się powtórzyć sukcesów z Canal+, gdzie stworzył od zera ciekawą grupę rozważnych, dowcipnych, inteligentnych i wykazujących entuzjazm do sportu komentatorów.

W TVP liczy się od kilku lat głównie oglądalność i ta na pewno podczas igrzysk była fantastyczna. Jednak szansa na pokazanie sportu jako fascynującego wydarzenia przepadła. A przecież były to pierwsze od 12 lat igrzyska odbywające się w dzień, nie w nocy - jak Sydney, Atlanta czy Pekin za cztery lata. Zamiast promocji było nudziarstwo.