Władysław Frasyniuk o porażce Andrzeja Rżanego: Jestem załamany

Władysław Frasyniuk, szef Unii Wolności, wielki miłośnik boksu i pięściarz amator, uważa, że Andrzej Rżany padł ofiarą sędziego ringowego i "maszynkowego" sposobu liczenia punktów. Jego zdaniem na ringu w Atenach wygrał gorszy
Andrzej Rżany przegrał w środę z Azerem Fuadem Asłanowem w ćwierćfinale kategorii 51 kg turnieju olimpijskiego. Był ostatnią nadzieją na medal olimpijski dla Dolnego Ślaska.

Mirosław Maciorowski: Obejrzał Pan walkę Rżanego z Fuadem Asłanowem?

Władysław Frasyniuk: Tak. Muszę przyznać, że jestem załamany. Stała się wielka krzywda. W tej minimalnej porażce Andrzeja najwięcej było winy rosyjskiego sędziego. Był nieobiektywny. Przecież wyliczył Andrzeja w pierwszej rundzie w sytuacji, gdy to on zadał cios, a przeciwnik nadepnął mu na stopę i Rżany się przewrócił. Potem nieustannie robił mu uwagi w momentach, w których Andrzej na nie nie zasłużył. Strofował go, a to w walce na takim poziomie ma wielkie znaczenie psychologiczne. Andrzej się zablokował.

Ale cały czas prowadził.

- Oczywiście i także po czwartej rundzie powinien prowadzić. Nie miał prawa przegrać ostatniego starcia. Był po prostu lepszy. Ale ta walka pokazała, jak niezwykle trudno się walczy w warunkach punktowania przez te maszynki. W tradycyjnym, dawnym liczeniu Rżany wygrałby wyraźnie każdą z rund. Był pięściarzem aktywniejszym. Oglądaliśmy ten pojedynek w klubie, w gronie przyjaciół Andrzeja, ludzi, którzy znają się na boksie - nikt nie miał wątpliwości, że nasz pięściarz był lepszy, zadał więcej ciosów.

Zresztą w końcówce był przekonany, że wygrywa. Unikał walki, bo był przekonany, że wystarczy "dowieźć" zwycięstwo do końca pojedynku. Nie sądzi Pan, że zawiodła logistyka, że ekipa powinna być tak zorganizowana, aby wiedzieć, jaki jest aktualny wynik, wystarczyło oglądać walkę w telewizji i zorganizować przekazywanie informacji?

- Być może rzeczywiście zawiodła logistyka. Faktem jest, że to kibice Andrzejowi krzyczeli z trybun, że przegrywa, a w narożniku nikt tego nie wiedział. Nie będę tego komentował. Powiem tylko, że bokser w takiej sytuacji jest w stresie, raczej nie zwraca uwagi na to, co krzyczy się z trybun. Andrzej po prostu na to nie zareagował.

To była dla niego ostatnia szansa na wielki sukces.

- Znam tego chłopaka od lat. To wspaniały sportowiec i człowiek. Pochodzi z Dębicy, ale od ponad 10 lat związany jest z Wrocławiem. Prawdziwy profesjonalista. Zawsze na czas przyjeżdżał, zawsze znakomicie przygotowany i tak naprawdę nigdy nie potrzebował żadnego trenera. Do wielkich sukcesów doszedł sam uporem i ciężką pracą. Bardzo mi go żal. Trzeba pamiętać, że ten "mały-wielki" sportowiec od dziesięciu lat reprezentuje Wrocław na najważniejszych imprezach. Zasłużył, by go uhonorować nawet bez medalu olimpijskiego. Wystąpię do prezydenta miasta, by nadał mu tytuł honorowego obywatela miasta. Zasłużył na to z całą pewnością.