Rozmowa z Ryszardem Stadniukiem, szefem polskiej misji olimpijskiej

Po Sydney nie wiadomo było, kto zostanie szefem misji w Atenach. Natomiast spodziewałem się, że mogę to być ja, bo znalazłem się w gronie osób, które są przygotowywane do tej funkcji. Nominację oficjalnie ogłoszono dopiero w lipcu
Kiedy zakończył bogatą w sukcesy karierę wioślarską, sportowy strój zamienił na garnitur działacza. Teraz jest szefem polskiej misji w Atenach.

Aleksandra Warska: Czy kiedy po raz pierwszy zobaczył Pan wielki plac budowy, jakim jeszcze kilka tygodni temu były Ateny, wierzył Pan, że Grecy zdążą ze wszystkim na czas?

Ryszard Stadniuk, szef misji olimpijskiej: Do Aten jeździłem już od ponad roku. Ostatni mój wyjazd tydzień temu (rozmawiamy 6 sierpnia, na dzień przed wylotem Stadniuka na olimpiadę) był chyba moją 11. wizytą. Miałem więc okazję obserwować postęp prac, choć mnie zawsze przerażało, że ten postęp był raczej mały, a Grecy ciągle powtarzali, że za miesiąc to i to będzie już skończone. Ilekroć przyjeżdżałem, te rzeczy nie były zrealizowane. Często rozmawiałem z obcokrajowcami, którzy na co dzień mieszkają w Grecji, m.in. z naszym attaché Jackiem Gmochem, i wszyscy mi mówili, że Grecy naprawdę potrafią się mobilizować na ostatnią chwilę. Podczas mojej ostatniej wizyty w Atenach muszę przyznać, że te słowa znalazły potwierdzenie. Najbardziej przerażał mnie stan trasy, na której ma odbyć się maraton. Jest to po prostu droga szybkiego ruchu, łącząca Maraton z Atenami. Jeździłem nią wielokrotnie, bo prowadzi m.in. na tor wioślarski, i za każdym razem nie widziałem tam żadnego robotnika. Tymczasem w ciągu zaledwie miesiąca ta droga została ukończona. Jechałem nią teraz i nie mogłem się nadziwić.

A czy są rzeczy, którym Grekom nie udało się dokończyć?

- Nie ma obiektów, których by nie wybudowano. Owszem, brakuje wykończenia np. zieleni, bo w niektórych miejscach trawa nie wyrośnie nagle szybciej. Zrezygnowano też z dachu nad pływalnią. Natomiast jest wiele rzeczy komunikacyjnych, z którymi sobie nie poradzili. Metro nie ma tylu stacji, ile początkowo planowano, również nowoczesny tramwaj nie będzie jeździł na ustalonej wcześniej trasie.

Kiedy Polski Komitet Olimpijski spełnił wszelkie formalności odnośnie do zgłoszenia naszej reprezentacji i załatwienia wszelkich spraw związanych z jej pobytem w Atenach?

- Praktycznie na tydzień przed olimpiadą wszystko już było załatwione. Pozostawała tylko kwestia ślubowania olimpijczyków i wysyłania ich w określonych terminach do Grecji. Podczas lipcowej wizyty w Atenach dokonaliśmy ostatecznego zgłoszenia całej ekipy. Każdego zawodnika po kolei weryfikuje się i sprawdza, czy ma spełnione minima olimpijskie, czy jest zatwierdzony przez swoją federację. Wstępnie potwierdza się jego start, załatwia przepustki umożliwiające poruszanie się po wiosce olimpijskiej i obiektach. Takie spotkanie w wiosce olimpijskiej trwało dziewięć godzin.

Dopiero po nim ustala się liczbę osób, które zamieszkają w wiosce oraz liczbę osób im towarzyszących, a zgodnie z regułą może to być do 50 proc. liczby sportowców. Ustala się nawet sprawy związane z liczbą faksów, telefonów i dodatkowych samochodów. Polska misja otrzymała siedem samochodów, z których będą mogli korzystać sportowcy. Są to cztery minibusy i trzy limuzyny.

Na szczęście załatwianie tych spraw poszło bardzo sprawnie, bo dobrze współpracowało nam się z komitetem organizacyjnym i jego departamentami.

Tematem numer jeden związanym z igrzyskami w Atenach jest sprawa bezpieczeństwa. Czy to faktycznie będą bezpieczne igrzyska?

- Wierzę, że tak, że terroryzm nie dotknie igrzysk olimpijskich, choć mam świadomość zagrożenia. Teraz musimy zdać się na to, co zapewniają organizatorzy. Departament bezpieczeństwa komitetu organizacyjnego włożył dużo pracy w to, aby igrzyska były bezpieczne, m.in. są podpisane odpowiednie porozumienia z NATO.

Przede wszystkim widać to w kwotach, jakie wydano na sprawy z tym związane. W Australii było to kilkaset milionów dolarów, tu już niektóre źródła podają, że przekroczono miliard. Taka suma to wynik bardzo drogich urządzeń zabezpieczających, takich jak monitoring, czujniki, wykrywacze metali, które są na każdym obiekcie. Przez cały czas nad Atenami będzie latał sterowiec, który będzie monitorował cały obszar.

Sprawa bezpieczeństwa podczas igrzysk zawsze była istotna, szczególnie po pierwszym akcie terrorystycznym w Monachium. Sam jako zawodnik pamiętam swoją pierwszą olimpiadę w Montrealu, która odbyła się cztery lata po wydarzeniach z Niemiec. Było to nawet dla nas trochę przygnębiające, kiedy byliśmy eskortowani przez ochroniarzy z długą bronią, a nad autokarem latał helikopter. Nikt już nie robi problemów z małymi niedogodnościami, jakie wiążą się ze sprawami bezpieczeństwa, jak np. ze szczegółową kontrolą wchodzących na obiekty sportowe.

Czy nasi zawodnicy odczują te niedogodności? Czy będą mieli np. ograniczoną możliwość swobodnego poruszania się po Atenach w wolnym czasie?

- Organizatorzy przede wszystkim biorą na siebie obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa zawodnikom w wiosce olimpijskiej i na obiektach sportowych. My oczywiście będziemy się starali podporządkowywać się wszelkim zaleceniom z ich strony. Mamy przydzielonego oficera łącznikowego, który w razie jakiegokolwiek zagrożenia będzie nas o tym informować.

PKOl nie wydał żadnych zakazów, np. związanych z tym, że nie będzie im wolno opuszczać wioski. Ale proszę mi wierzyć, że na zwiedzanie Aten nie będą mieli za dużo czasu. Mają tak zorganizowany czas, że obok treningów i startów praktycznie nie mają wolnej chwili. Z założenia zawodnicy przylatują do Aten na dwa - trzy dni przed swoim startem. Chodzi tu głównie o to, aby nie "zagotowali się" psychicznie przed startem i przyzwyczaili do panujących tam upałów. Siedzenie tam przez dłuższy czas nie ma sensu. Także zaraz po starcie będą wracali do domu.

Nasza reprezentacja liczy 201 osób (w niedzielę jako ostatni dołączył do niej lekkoatleta Marek Plawgo). Czy z tej liczby zadowolony jest PKOl?

- Jeszcze na początku roku przewidywaliśmy że nasza reprezentacja będzie liczyła około 150 osób. Ostatnie miesiące były jednak okresem wyraźnej mobilizacji i ekipa się nam rozrosła.

Jest to duża i mocna reprezentacja, o czym świadczy fakt, że kryteria postawione przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski i Polski Komitet Olimpijski były bardzo wysokie. Czasem nawet nasze były wyższe.

Podczas ubiegłorocznych igrzysk był Pan zastępcą szefa misji. Teraz jedzie Pan w roli szefa misji. Czy ta nominacja była dla Pana zaskoczeniem?

- Po Sydney nie wiadomo było, kto zostanie szefem misji w Atenach. Natomiast spodziewałem się, że mogę to być ja, bo znalazłem się w gronie osób, które są przygotowywane do tej funkcji. Nominację oficjalnie ogłoszono dopiero w lipcu.

Jakie Pan ma wspomnienia ze swoich udziałów w olimpiadzie w roli zawodnika?

- Bardzo miło wspominam moje pierwsze igrzyska w Montrealu. Na otwarciu szedłem w pierwszej szóstce obok siatkarzy. To było dla mnie ogromne przeżycie. Tego momentu się nie zapomina. Na tę olimpiadę jechałem jako faworyt nawet do złotego medalu, bo rok wcześniej zdobyłem wicemistrzostwo świata. Natomiast tuż po mistrzostwach mój partner z dwójki Grzegorz Stellak zachorował na żółtaczkę i w zasadzie nasz występ na olimpiadzie stał pod znakiem zapytania. Treningi rozpoczęliśmy dopiero w marcu. Dano nam warunek, że jeśli chcemy pojechać na olimpiadę, to przed igrzyskami chociaż raz musimy się pokazać w międzynarodowych zawodach. I wystartowaliśmy w Niemczech. Wygraliśmy i byliśmy w naprawdę dobrej formie. Natomiast na olimpiadzie zabrakło nam trochę tego przygotowania i ostatecznie zajęliśmy w finale szóste miejsce, choć sam finał olimpijski to już duże osiągniecie.

Cztery lata później w Moskwie było już zupełnie inaczej. Byłem zawodnikiem bardziej doświadczonym i skoncentrowanym na wyniku. Wtedy startowałem w osadzie czwórki ze sternikiem. Zdobyliśmy brązowy medal.

Kibicuje Pan wszystkim dyscyplinom, ale sentyment do wioślarstwa pozostał. Tor regatowy w Atenach jest trudny, co pokazały mistrzostwa świata juniorów. Wiało tam na tyle mocno, że przerwano regaty. Mocnego wiatru obawia się też szczecinianin Marek Kolbowicz, nasz kandydat do medalu.

- To jest naprawdę piękny obiekt i na pewno będzie się tam pływało z wiatrem, więc warunki będą raczej osadzie Marka sprzyjające. Problem jest jeden, aby ten wiatr nie był na tyle silny, by tworzyła się duża fala, bo wtedy istnieje po prostu ryzyko zatopienia łodzi. Mam nadzieje, że takiego silnego wiatru nie będzie, choć Międzynarodowa Federacja przygotowała się na wypadek bardzo złych warunków. Można przekładać starty, jest dodatkowy dzień na rozegranie konkurencji. W ostateczności konkurencje wioślarskie zostaną skrócone do tysiąca metrów, tak jak to było podczas zeszłorocznych mistrzostw świata juniorów, ale w tym momencie to już się robi zupełnie inna dyscyplina.

Ile medali zdobędziemy w Atenach?

- Wynik na poziomie Sydney byłby bardzo satysfakcjonujący (14 medali, w tym aż sześć złotych). W Grecji mamy przynajmniej 30 szans medalowych. Mam na myśli zawodników, którzy w ostatnim czasie zdobywali już tytuły mistrzów olimpijskich, świata czy Europy. Najmocniejsze wydają się być dyscypliny wodne: kajaki, wiosła, pływanie i żeglarstwo.

Jeśli chodzi o zawodników z naszego województwa, to największe nadzieje wiążę z Markiem Kolbowiczem, jednym z najbardziej doświadczonych i utytułowanych zawodników w naszej ekipie. Myślę, że sporą szansę mają kolarze, czyli Damian Zieliński, który miał rewelacyjny sezon. Jest też Monika Pyrek, która ma ogromną konkurencję, ale na olimpiadzie wszystko się może zdarzyć.





Ryszard Stadniuk

Urodził się 27 października 1951 w Szczecinie. Wioślarz Czarnych Szczecin, dziewięciokrotny mistrz Polski, srebrny medalista mistrzostw świata w dwójce ze sternikiem i brązowy medalista IO w Moskwie (1980) w osadzie czwórki ze sternikiem. Wychowanek trenerów: Ryszarda Kobendzy i Ryszarda Kędzierskiego. Szef polskiej misji olimpijskiej, wiceprezes PKOl i prezes Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich.

Z wykształcenia inżynier mechanik. Właściciel prywatnej firmy.