Maciej Kalkowski z zawodowej lidze halowej w USA

Maciej Kalkowski będzie grał w amerykańskiej zawodowej lidze halowej Major Indoor Soccer League w zespole Chicago Storm. Czy stanie się za oceanem taką gwiazdą jak w latach 80-tych Kazimierz Deyna i Stanisław Terlecki?
Kalkowski (30 lat) był w poprzednim sezonie najlepszym piłkarzem Lechii Gdańsk, z którą wywalczył awans do III ligi. Latem zdecydował się jednak na wyjazd do Niemiec i grę w lidze regionalnej. Trenował, wystąpił w kilku sparingach, ale w IV lidze niemieckiej nie zagra, gdyż dostał znacznie ciekawszą propozycję z USA. Kalkowski, który jest reprezentantem Polski w futsalu, będzie grał w amerykańskiej zawodowej lidze halowej, w drużynie Chicago Storm. Transfer pilotuje Bogdan Duraj, właściciel halowej drużyny Holiday Życie Chojnic, w której grał Kalkowski. - Chicago Storm to drużyna polonijna, ale nie ma w niej żadnego Polaka. Dlatego poproszono mnie, żebym wybrał klasowego piłkarza do tej drużyny. Zdecydowałem się na Kalkowskiego, bo w ten sposób będę także promował swoją drużynę. Z działaczami z Chicago zawarłem umowę, że w ramach zapłaty za "Kalkę" zaproszą do USA halową reprezentację Polski - tłumaczy Duraj.

Kalkowski wczoraj wrócił z Niemiec do Polski, gdzie czeka już na niego amerykańska wiza. W poniedziałek ma wylecieć na testy do Chicago, podczas których będzie negocjował wysokość kontraktu. Kalkowski ma zarabiać w Chicago ok. 5-7 tys. dolarów miesięcznie. - Propozycja wyjazdu przyszła znienacka, ale już po dwóch dniach, po rozmowie z rodziną, zdecydowałem się ją przyjąć - mówi Kalkowski, dla którego będzie to już druga przygoda z amerykańską piłką. - Osiem lat temu byłem już w USA i grałem w polonijnej drużynie Cracovia Chicago. Zimą grałem na hali i nasze mecze cieszyły się dużym zainteresowaniem. Na derby z zespołem Eagles przychodziło pięć tysięcy kibiców. Będę musiał się znowu przyzwyczaić do nieco innych przepisów, bo wokół boiska są np. bandy, od których można odbijać futbolówkę. Myślę, że nie będzie z tym kłopotu - tłumaczy Kalkowski.

W amerykańskiej lidze wielkimi gwiazdami byli Kazimierz Deyna i Stanisław Terlecki. - Nie mogę się z nimi równać, ale będę się starał, aby nie popsuć polskim piłkarzom dobrej opinii - dodaje Kalkowski.

Drużyna Chicago Storm, która założona została niedawno (3 czerwca 2004), po raz pierwszy wystąpi w reaktywowanej trzy lata temu lidze. W sezonie 2004/05 zagra w niej 10 drużyn, a inauguracja rozgrywek nastąpi 23 października.



HALÓWKA W USA

Major Indoor Soccer League (MISL) powstała w 2001 roku. To kontynuacja pierwszej zawodowej ligi halowej w USA, która utworzona została w 1978 roku i działała do 1992. Mecze soccera cieszyły się dużym zainteresowaniem, na początku lat 80. do hal przychodziło średnio osiem tys. widzów. W 1988 roku wprowadzony został nowy przepis rodem z koszykówki - za gola przyznawano jeden, dwa lub trzy punkty, w zależności od odległości, z jakiej został zdobyty. Nie spodobało się to fanom soccera i piłkarzom. W 1994 roku Stany Zjednoczone były organizatorem piłkarskich mistrzostw świata - nastąpił wielki boom na grę na powietrzu i zainteresowanie piłką halową osłabło. Toczone były jednak lokalne rozgrywki halowe, ich uczestnicy w 2001 roku stworzyli ponownie zawodową ligę.



DLA GAZETY

Stanisław Terlecki

piłkarz sezonu MISL w 1982 roku

- Piłka halowa w USA jest zupełnie inna niż w Polsce. Jest podobna do hokeja, nie tylko ze względu na to, że mecze rozgrywane są w halach hokejowych, gdzie na lodzie rozkładana jest sztuczna trawa. Gra się ostro, momentami nawet brutalnie, zawodnicy często wędrują na ławkę kar, ale kibicom to się podoba. Nie wszyscy piłkarze potrafią się do tego przyzwyczaić, tempo jest niesamowite. Gra się inaczej także przez to, że boisko podzielone jest na różne strefy. Pamiętam, że Kaziu Deyna wymyślił kiedyś fortel i wchodził po zmianie w strefie tuż przy bramkarzu gości, od razu w sytuacji sam na sam. Rywale połapali się dopiero po roku. Na nasz mecze [Terlecki grał w Pittsburghu - red.] przychodziło więcej widzów niż na hokej. Zmieniło się to, dopiero kiedy przyszedł słynny Mario Lemieux. Atmosfera meczów była niepowtarzalna. Gdy wychodziliśmy na parkiet, gasło światło, migały lampki, a z głośników dobiegała przeszywająca muzyka. Gdy spiker czytał nazwiska, pojawiały się kłęby dymu.