Jak w Anglii poradzili sobie z chuliganami

Chuligaństwo futbolowe to angielski wynalazek, ale też to my najlepiej sobie z nim poradziliśmy. Teraz naszym obowiązkiem jest dzielenie się rozwiązaniami z tymi, którzy mają podobne problemy - mówili angielscy specjaliści podczas odbywającego się w Warszawie seminarium Bezpieczeństwo i ochrona stadionu
Jak dobry pastor dziś mówimy, na czym polega piekło, a jutro opowiemy, co robić, by go uniknąć - mówił Walley wczoraj w Warszawie - w pierwszym dniu seminarium "Bezpieczeństwo i ochrona stadionu" zorganizowanego przez PZPN i ambasadę brytyjską. "Piekło" okazało się historią wieloletnich chuligańskich wybryków angielskich pseudokibiców, które doprowadziły do tragedii na stadionie w Hillsbrough (96 ofiar śmiertelnych), Heysel (37 zabitych) czy Bradford (56 zabitych).

- Nie istnieje wzór standardowego chuligana piłkarskiego. Ludziom się wydaje, że to osoba z nizin, słabo wykształcona i uboga. Nieprawda! Na Wyspach wielu to ludzie zamożni, z dobrymi posadami. Zdarzają się też kryminaliści, w których środowisku chodzenie na mecze stało się modne jako sposób manifestacji władzy i siły. Najwięcej kłopotów sprawiają nam jednak kibice, którzy normalnie są spokojnymi ludźmi, ale stają się agresywni po alkoholu. Nie wiadomo czego się po nich spodziewać - mówił Tony Conniford, szef departamentu futbolu National Criminal Inteligence Service (wywiad kryminalny), który zatrzymał się w Warszawie w drodze do Katowic, gdzie będzie przygotowywał wizytę fanów z Wysp na Stadionie Śląskim 8 września z okazji meczu Polska - Anglia w eliminacjach mistrzostw świata.

Część jego wystąpienia została utajniona dla mediów. Poproszono o wyłączenie kamer i dyktafonów, a Conniford opowiedział o metodach infiltracji grup pseudokibiców, w tym także skrajnej prawicy przez agentów NCIS. Mówił o powstrzymywaniu potencjalnych awanturników przed dotarciem do stadionu czy wręcz kraju, w którym odbywa się mecz. Pokazał też fragmenty filmów policyjnych, m.in. kręconych ręczną kamerą przez wywiadowców podczas olbrzymich zamieszek wznieconych przez fanów Millwall w 2002.

- Wierzymy w to, że nasze doświadczenia i rozwiązania pomogą wam uporać się z problemami. Bo różnica w podejściu chuliganów w naszych krajach jest spora. Na Wyspach nie do pomyślenia byłaby sytuacja, w której władze klubu, starałyby się z jakichś względów, np. ze strachu, obłaskawiać pseudokibiców, czynić wobec nich jakiekolwiek gesty - opowiadał Walley. - Władze angielskich klubów w ogóle nie utrzymują żadnych relacji z tymi grupami. Starają się za wszelką cenę wymienić chuliganów na kibiców "normalnych". Dlatego że bezpieczniejsze stadiony to więcej ludzi na trybunach. W 1985 roku, w dobie największej dominacji chuliganów, przez których angielskie kluby zostały wykluczone z europejskich pucharów, w sezonie zasiadało 16 mln widzów na trybunach. W ostatnich rozgrywkach było ich 40 mln - dodał.