Wisła Płock - Górnik Zabrze 0:0

Czy bezbramkowy remis z Górnikiem rozczarował? Jeżeli chodzi o sam wynik - na pewno tak. Jeżeli zaś wziąć pod uwagę grę nafciarzy, to jak na pierwszy mecz nie było źle
A jednak nafciarze mają kompleks inauguracji. Tym razem nie przegrali, ale i nie strzelili bramki, pomimo kilku dogodnych, a jednej wprost wymarzonej okazji. Już to, co w 24 min zrobił Ireneusz Jeleń, było piękne. Jak torpeda ruszył lewą stroną, przy linii wbiegł w pole karne, kiwnął jeszcze obrońcę, rozejrzał się. I nikt nie był w stanie go powstrzymać. Nasz "Jelonek" skupił na sobie uwagę wszystkich zabrzan. Dlatego dość spokojnie mógł wyłożyć piłkę nadbiegającemu Arkadiuszowi Klimkowi. Kibice z głośnym "JEST" poderwali się z miejsc. Po chwili z jękiem zawodu usiedli z powrotem na ławkach. Bo nowy snajper nafciarzy przestrzelił. - Chyba nie będę mógł spokojnie spać - mówił Klimek po meczu. - Nie wiem, dlaczego nie strzeliłem. Chyba zabrakło koncentracji. Szkoda, bo w konsekwencji zremisowaliśmy zamiast wygrać.

Tak klarownych sytuacji płocczanie już nie mieli. Pozostałe strzały były albo niecelne, albo padały łupem pewnie interweniującego Piotra Lecha. Szkoda, bo gra gospodarzy długo mogła się podobać. Choć przytrafiały się też wpadki. Te największe po naszej lewej stronie. Brak klasycznego skrzydłowego, którego pozycję dublował obrońca Krzysztof Kazimierczak, stwarzał dosyć dużą dziurę między właśnie lewym bokiem a operującym bliżej środka Mikołajem Branfiłowem. M.in. w 12 min próbował to wykorzystać Michał Chałbiński, który z dziecinną łatwością przedarł się przez tę lukę. Potem podał piłkę wzdłuż bramki. Jak Piotr Brożek nie wpakował jej do siatki? Pewnie sam będzie się nad tym długo zastanawiał.

Co w Wiśle mogło się nie podobać? Kilkanaście minut gry, gdy boisko musiał opuścić kontuzjowany Wahan Geworgian. Zupełnie jakby życie uszło z naszej drużyny. Na szczęście w końcówce nafciarze się pozbierali, bo Górnik stawał się coraz groźniejszy. A co nie podobało się w Górniku? Chwilami nie tyle męska, co bardzo brutalna gra. Uraz Geworgiana był przypadkowy, ale po chwili na murawę padł Sławomir Peszko. Jakby tego było mało, Górnik chcąc to szybko wykorzystać, wyprowadził atak, w trakcie którego Rafał Andraszak staranował Jakuba Wierzchowskiego. Przez kilkadziesiąt sekund wyglądało to tak, jakby płocczanom miały być zaraz potrzebne trzy karetki. I już całkowicie niezrozumiała jest obojętność "kadry medycznej" z Zabrza, gdy przy ich ławce zwijał się z bólu Peszko, a nafciarze opatrywali akurat Wanika i po chwili musieli jeszcze biec do poturbowanego bramkarza.

Dlatego trudno nazwać ten pojedynek meczem przyjaźni, jak chciałoby wielu. Podopieczni Mirosława Jabłońskiego walczyli, starali się, ale brakowało przysłowiowej kropki nad "i". Może na gorącym terenie w Poznaniu się uda? Mało prawdopodobne, ale w końcu to tylko piłka. Tu się wszystko może zdarzyć.