Opozycja mówi: Biesiada, odejdź!

Najlepiej, gdyby sam prezes Biesiada zrozumiał, że poniósł porażkę, i zrezygnował. Może wtedy polska siatkówka wróciłaby do normalności - mówi Bogusław Adamski, członek zarządu Polskiego Związku Piłki Siatkowej.
Przemysław Iwańczyk: Sąd zawiesił zarząd i komisję rewizyjną Polskiego Związku Piłki Siatkowej, bo prezes Biesiada nie rozliczył się z ośmiu milionów państwowych pieniędzy, a Wy składacie apelację?

Bogusław Adamski, członek zarządu PZPS: Na razie apelację zapowiedział pan Biesiada, ale my też powinniśmy ją złożyć, bo uprawomocnienie się wyroku spowoduje, że możemy ponieść odpowiedzialność karną za niepopełnione przez nas grzechy.

Ale odwołując się, popieracie Biesiadę.

- Popełniliśmy błąd, bo gdy PKS wskazywał na nieprawidłowości w PZPS, jako zarząd powinniśmy wskazać, kto jest temu winien, i pomóc w rozwiązaniu sprawy. Gdy PKS składał wniosek do sądu, kilku działaczy, w tym ja, prosiło prezesa, by zrezygnował. Prosiliśmy też o wcześniejsze wybory, chcąc uprzedzić decyzję sądu. Oba wnioski nie znalazły poparcia, bo większość zawsze była za Biesiadą.

Czyli polska siatkówka to Biesiada i jego ludzie...

- Po odejściu trzech członków we wrześniu opozycja w zarządzie jest symboliczna.

Pan też jest w opozycji, a jednak pozostał w zarządzie.

- Tak ustaliliśmy z ludźmi, którzy ustąpili. Gdybym postąpił tak samo, już nikt nie wiedziałby, co się naprawdę dzieje w związku. Biesiada i jego zwolennicy robiliby, co chcieli.

Oni naprawdę nie widzą, że Biesiada wydaje pieniądze w niewłaściwy sposób?

- Trudno mi za nich odpowiadać, ale jeśli według większości członków zarządu wszystko jest OK, to chyba tego nie zauważają. Wychodzą z założenia, że ich ten problem nie dotyczy, bo nierozliczone dotacje były sprawą poprzedniego zarządu. Ja też w nim byłem i nie wiedziałem, co się stało z pieniędzmi. Wszystkim rządzili były prezes [Eryk Lenkiewicz - red.] i sekretarz generalny [Biesiada - red.]. Doszło nawet do tego, że zlikwidowali funkcję skarbnika.

Poniedziałkowa decyzja sądu nie przemówi do popleczników Biesiady?

- Najlepiej, gdyby sam Biesiada zrozumiał, że poniósł porażkę, i zrezygnował. Byłaby wówczas szansa negocjacji z PKS, większość wniosków zostałaby wycofana z sądu, a polska siatkówka wróciłaby do normalności. Jeśli prezesowi naprawdę zależy na siatkówce, powinien odejść. Gdyby takie zarzuty dotyczyły mnie, nie zastanawiałbym się ani chwili i dałbym szansę innym.

Nie sądzi Pan chyba, że Biesiada sam zrezygnuje?

- Ja w każdym razie będę do tego namawiał. Niech da odetchnąć siatkówce. Przynajmniej na razie.

W październiku wybory nowych władz związku. Faworytem jest Biesiada.

- Reprezentuję województwo łódzkie i za tych delegatów i za siebie mogę powiedzieć, że nie poprzemy prezesa. Wiem, że niektórzy w innych regionach wstrzymywali się z decyzją do poniedziałkowego wyroku sądu, a są i tacy, którzy mają radykalniejsze poglądy niż ja. Nie przesądzałbym więc zwycięstwa Biesiady.