Aleksander Waleriańczyk nie pojedzie na olimpiadę

Przez kilka dni próbowaliśmy wyjaśnić tajemnicę krakowskiego skoczka. Pojechał do Salonik, by zdobyć minimum olimpijskie, ale w ogóle nie wystartował! Dlaczego? Nie wiedział tego ani jego menedżer, ani trener, a sam zawodnik odebrał telefon dopiero dwa dni później... I też niewiele powiedział.
Po fantastycznym skoku w zeszłorocznych Młodzieżowych Mistrzostwach Europy (18 lipca) na wysokość 236 cm Waleriańczyk stał się poważnym kandydatem do olimpijskiego startu. Zainteresowała się nim zawodowa grupa lekkoatletyczna Elite Café. Sam zawodnik wielokrotnie powtarzał, że wszystko podporządkował startowi w Atenach.

W tym roku Waleriańczyk skakał jednak słabiej. Dwukrotnie uzyskał 227 cm, ale minimum wynosiło 230 cm. Nie pomagało mu zimne lato: wiatr, zimno i deszcz. Dwa ostatnie starty menedżer Waleriańczyka Andrzej Kulikowski załatwił w słonecznych miejscach: hiszpańskiej Salamance i greckich Salonikach. Te drugie zawody (Grand Prix II kategorii) zaplanowano na 19 lipca. Władze PKOl. zapowiedziały, że będzie to ostatni termin zdobywania minimów olimpijskich.

Oprócz Waleriańczyka czekali na te zawody m.in. płotkarze Marek Plawgo i Paweł Januszewski. Pierwszemu udało się zresztą świetnie pobiec na 400 m ppł i osiągnąć czas 49,22 sek. Tylko 0,02 gorzej od minimum - być może Plawgo znajdzie się w Atenach.

Waleriańczyk w Salonikach był, ale nie wystartował. Co się stało? Gdy pytaliśmy o to trenera Piotra Borę (przebywał w tym czasie w Polsce) - był zupełnie zaskoczony. Menedżer Kulikowski nie wiedział, co się dzieje z jego zawodnikiem. Waleriańczyk nie odbierał telefonów ani po zawodach w poniedziałek, ani we wtorek. Dopiero wczoraj udało się nam zamienić z nim kilka słów.

- Co się stało?

- Miałem mały problem zdrowotny, ale już go wyleczyłem - tajemniczo wyjaśnił lekkoatleta. I na głębsze wyjaśnienia absolutnie nie dał się namówić. Koniec, kropka, nie ma tematu.

- Zrobiłem, co mogłem, ale rozumiem jego frustrację - przyznaje Kulikowski, który był menedżerem kilku gwiazd, m.in. Siergieja Bubki, Marlene Ottey czy Artura Partyki. - Na igrzyskach w Barcelonie Bubka przegrał, choć był murowanym faworytem do złotego medalu. Później był trzykrotnym mistrzem świata - przypomina Kulikowski. - Tak się w sporcie zdarza.

- Sami sobie przeszkadzamy i działamy wbrew przepisom IAAF. Alek powinien jechać na igrzyska, bo minimum olimpijskie wywalczył przed rokiem - wyjaśnia Edward Stawiarz, wiceprezes PZLA. IAAF honoruje rezultaty kwalifikujące do igrzysk uzyskane po 1 lipca 2003 r. - Będąc zawodnikiem Niemiec czy Czech, pojechałby na igrzyska bez przeszkód. Tylko my wyśrubowaliśmy sobie minimum olimpijskie, które trzeba uzyskać w sześć tygodni - dodał Stawiarz. I zaczął się martwić, jak na taką sytuację zareaguje młody zawodnik... Zdarzały się nawet przedwczesne rezygnacje z uprawiania sportu.

Waleriańczyk powiedział nam, że nie przestanie skakać i w najbliższym czasie wybiera się na obóz sportowy do Spały. Na ateńskiej olimpiadzie świat się nie kończy. - Nie jestem zadowolony z pierwszej części sezonu, teraz chcę mocniej potrenować - mówi.

Dla Gazety

Artur Partyka

rzecznik grupy Elite Café

- Nic się nie stało. Alek dopiero kształtuje swoje umiejętności, zdobywa doświadczenie. Ma dopiero 22 lata i wielkie skakanie jest jeszcze przed nim, z tej próby wyjdzie wzmocniony. Do 24. roku życia tak naprawdę trwa nauka, trzeba go zrozumieć. On lubi skakanie, robi to z takim zapałem i taką motywacją, że nie wierzę, aby się zniechęcił.