Donald Tusk: Gra na obcym boisku

Jestem w stanie opowiedzieć niektóre mecze z początku lat 70. minuta po minucie, pamiętam składy z tamtych lat. Lechia Gdańsk była jednym z pierwszych klubów, które w elementarny sposób chciał ucywilizować kibiców - mówi Donald Tusk, polityk Platformy Obywatelskiej.
Adam Mauks, Michał Sielski: Skończył Pan historię. Studenci humaniści raczej siedzą w bibliotekach niż na boiskach.

Donald Tusk: Najpierw była piłka. Większość chłopców w tym czasie, a ja jestem z rocznika 1957, grała w piłkę na podwórkach. O ile pamiętam dokładnie ten moment, w którym zrozumiałem, że chcę być historykiem - właściwie pierwsze marzenie to było zostać archeologiem śródziemnomorskim - o tyle nie pamiętam, kiedy pierwszy raz kopnąłem piłkę. Na pewno dużo wcześniej, dlatego pytanie powinno brzmieć odwrotnie: "Skąd u... - piłkarza to może za dużo powiedziane, ale - skąd u pasjonata piłki zainteresowanie historią?".

Pamięta Pan te gdańskie podwórka, na których Pan grał?

- Do dzisiaj mam sporadyczny kontakt z większością kolegów. Stanowiliśmy nie tylko drużynę, ale zgraną pakę. Miałem szczęście, bo moje podwórko było kwintesencją podwórka. Musiały tam się dziać ciekawe rzeczy, bo było nas kilkudziesięciu. Byliśmy ze sobą bardzo solidarni i wszyscy kochaliśmy piłkę. Choć nie tylko piłkę - byliśmy bardzo usportowionym rocznikiem. Stanowiliśmy element kibicowskiego "młyna" Lechii. Sto metrów od nas była hala Startu, gdzie grało w koszykówkę Wybrzeże. Ze starszych zawodników pamiętam: Jurkiewicza, Lecyka, trenera Jargiełłę, Nowickiego, Ceglińskiego. To oni byli naszymi partnerami do gry w piłkę. Dla 18-latka grającego przeciwko Lecykowi czy Jurkiewiczowi na asfaltowym boisku przy hali Startu było to niezwykłe doświadczenie. Czuliśmy się dobrymi piłkarzami, ale w pierwszym meczu wrzucili nam 11:1. Wtedy zrozumieliśmy, co to znaczy prawdziwy wyczyn.

Wasi ówcześni idole światowego futbolu

- Wtedy rządziła legenda lokalna i oczywiście największym bohaterem był przez długie lata Zdzisław Puszkarz. Pamiętam pochody po meczach Lechii pod jego mieszkanie na ulicę Ogarną. Z Wrzeszcza na Ogarną potrafiły przejść wielotysięczne tłumy, aby zaśpiewać mu "Sto lat". To na pewno był bezkonkurencyjny, największy bohater czasów dziecięco-młodzieżowych. Może też dlatego, że nigdy nie opuścił Pomorza. Był prawie cały czas wierny Lechii, dopiero w końcówce odwiedził Niemcy i Bałtyk Gdynia.

No i oczywiście polscy piłkarze, bo to był ten czas, kiedy wszyscy faceci zakochiwali się w Andrzeju Szarmachu, w Deynie mniej, bo on nigdy nie był ludowym bohaterem. Pamiętam mecz Lechii z Legią, w którym doszło do bardzo twardego starcia pomiędzy "Bobo" Kaczmarkiem i Deyną. Omal nie skończyło się bójką. Gdyby 30 tys. osób na stadionie Lechii mogło pomóc Kaczmarkowi, zrobiłoby to z wielką przyjemnością.

Wspomniał pan o fanklubie Lechii. Zakładaliście go razem z Tomaszem Wołkiem, redaktorem naczelnym "Życia", i Grzegorzem Popielarzem, byłym prezesem Polonii Warszawa. Kto jeszcze był w tej grupie?

- Bracia Zbierscy. Tomek jest teraz dyrektorem szkoły i Paweł - dziennikarz Telewizji Gdańsk, były redaktor naczelny "Gazety Morskiej".

Był kiedyś wyjazd wielotysięcznej grupy na mecz ze Stomilem, a kibice Lechii cieszyli się sławą dwuznaczną, chociaż brutalności i przemocy było nieporównywalnie mniej niż teraz - mówię o roku 1971. Milicja nie była przyzwyczajona, aby bez oficjalnego powodu kilka tysięcy ludzi przemieszczało się, śpiewając, łamiąc przyzwyczajenia i zasady milicyjnej rzeczywistości. Jednym z zatrzymanych był Tomek Zbierski, a ja byłem świadkiem na jego rozprawie.

Świadkiem, który zeznawał...

- Zeznawał przeciwko milicji na rzecz obwinianego, zresztą spokojnego ucznia liceum, który w życiu nie pozwoliłby sobie na akt przemocy. Była to nauka, na co stać organy ścigania w PRL-u. Pierwszy raz - poza wydarzeniami grudniowymi, ale to było inna skala zdarzeń - miałem kontakt z władzą w taki oficjalny sposób. To była taśma - żeby skazać jak najwięcej ludzi, żeby spacyfikować Lechię. Pamiętam jak dziś - jednym z głównych haseł wykrzykiwanych na meczach było: "Powtórzymy Grudzień!", więc trudno, żeby się to podobało władzy. W czasie tych rozpraw dwóch dyżurnych ubeków zeznawało, czytając z kartki. Ich zeznania były nieporównywalnie ważniejsze dla kolegium niż to, co mówili uczestnicy i świadkowie.

Jakie kary zapadły?

- Dotkliwe było określenie ich chuliganami, bo kibicami byli wtedy przyzwoici ludzie, często studenci, nie jakaś chuliganka. Były też kary finansowe i w kilku wypadkach kary więzienia.

Jak fanklub zaczął funkcjonować?

- Jestem w stanie opowiedzieć niektóre mecze z początku lat 70. minuta po minucie, pamiętam składy z tamtych lat, ale forma organizacyjna była bardzo luźna. To było o tyle istotne, że Lechia była jednym z pierwszych klubów, które w elementarny sposób chciał ucywilizować kibiców. To był czas, kiedy na stadion przychodziło po 20-30 tys. osób. Naszym marzeniem było to, żeby flaga kibica Lechii nie była biało-zielona, tylko zielono-biało-zielona, bo takie są barwy klubu. Pisaliśmy piosenki. Ja na przykład jestem autorem tekstu pod melodię "Międzynarodówki". To największa w moim życiu satysfakcja autorska, kiedy 20 tys. ludzi śpiewało to, co wtedy napisał kilkunastoletni. Śpiewanie kibicowskiej piosenki na melodię "Międzynarodówki" władza też uważała za prowokację. Nas to rajcowało.

Moim zdaniem decydowały o tym wydarzenia grudniowe. Mniej więcej ci sami ludzi chodzili wtedy na mecze Lechii. Od początku lat 70. towarzyszył nastrój kontestacji. Zebrania klubu kibica były organizowane przede wszystkim przed wyjazdami, bo tak naprawdę to fanklub powstał głównie po to, aby uzyskać pewne ułatwienia w wyjazdach. Na mecze jeździły nie setki, ale tysiące ludzi i był problem, aby uzyskać - mając opinię ludzi niepokornych - specjalne pociągi. Nie chodzi o specjalny nadzór milicji, tylko o to, żeby były tańsze. Firmy budowlane, które wspierały Lechię, udostępniały jakieś upiorne osinobusy, w których byliśmy pakowani jak śledzie w beczce, ale na mecz jechaliśmy z radością.

Sejm uchwalił preferencyjną stawkę VAT dla klubów sportowych. Właściciele klubów twierdzą, że dzięki temu przetrwają. Czy można zrobić coś jeszcze, żeby uzdrowić polską piłkę?

- Piłka nożna jest doskonałą ilustracją generalnego upadku polskiego sportu. Dzisiaj widać, że w tych dyscyplinach, w których w miejsce tzw. działaczy - a więc grupy ludzi często niewykwalifikowanych, o dwuznacznej opinii, z pogranicza świata szarego i czarnego, wśród których byli też pasjonaci i uczciwi ludzie - weszli menedżerowie, jest lepiej. W piłce jest to jeszcze rzadki przypadek. Wisła, Groclin, Legia to nieliczne przykłady zmiany na lepsze. Wcale nie tak duże pieniądze jak w klubach europejskich, ale profesjonalne podejście kilku ludzi, dały natychmiastowe wyniki. Widać to ewidentnie w koszykówce. Liga uzyskała status absolutnie równorzędny z ligami europejskimi. Przykładem może być mój przyjaciel Grzegorz Schetyna, który pokazał, że można uratować symboliczny szyld klubu, ale wyjąć go z klubowej struktury i uczynić prawdziwie nowoczesnym. W sporcie przede wszystkim brakuje sensownych ludzi. Każdy, kto zna realia polskich klubów piłkarskich od wewnątrz, wie, że bardzo często jest to towarzystwo, z którym na obiedzie by się człowiek nie pokazał. Jak długo nie będzie ludzi, tak długo nie będzie dobrze zarządzanej piłki. A talenty będą rodziły się zawsze.

Drugą rzeczą jest to, że - niestety - polski sport, a szczególnie piłka nożna, demoralizuje młodych ludzi. Napakowani wiarą, że mogą zdobyć świat, trafiają do klubu, który ich demoralizuje - alkoholem albo pieniędzmi. To utrudnia, tak jak w każdym innym zawodzie, uzyskanie wysokiego poziomu.

Kiedy ostatnio był Pan na meczu?

- (długa cisza)... Na ligowym?

Jakimkolwiek.

- (cisza) Boże, ale mi pan ćwieka zabił!

A był Pan na meczu reprezentacji Polski?

- Raz byłem i oczywiście był to mecz na Lechii. Polska - Cypr.

Pamięta Pan jakiś szczególny sukces, jaki osiągnął na boisku? Czy coś utkwiło w Pana pamięci?

- Jestem zażenowany i zawstydzony tym pytaniem, bo ja oczywiście jestem piłkarzem całkowicie podwórkowym. Moja kariera trwała rekordowo krótko. Trafiłem do Lechii tego samego dnia, kiedy zawitał też Leszek Kwaśniewicz. Na podwórku byłem bramkarzem lub prawoskrzydłowym, więc chcieli ze mnie zrobić bramkarza na serio. Kiedy trener Sztuka porównywał umiejętności moje i późniejszego bramkarza Lechii, ŁKS-u i przez moment reprezentacji, to po pierwszym dniu już wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Zobaczyłem, jak można się rzucać na twardym, nieprzyjemnym klepichu Lechii. Kładąc się na nim, można było pozdzierać łokcie, a Kwaśniewicz rzucał się, jakby to była gąbka. Zresztą był znany z niezwykłej sprawności. Ja nadal chodziłem na treningi, ale już bez przekonania. Próbowałem jeszcze biegać, ale poza tym, że utrzymywałem dzięki temu kontakt ze sportem, wyczyn nigdy nie był moim powołaniem. Nie urodziłem się szczególnie utalentowany. Wszędzie było średnio.

Jak często gra Pan w piłkę?

- Mam coraz mniej czasu. Powiem szczerze, że nawet zastanawiałem się, czy zgodzić się na rozmowę z panami, bo wielu ludzi mówi mi, że to nie może być tak, że z jednej strony poważna polityka, a z drugiej strony ciągle ta piłka. Ta opinia narasta, ale myślę, że to lepsze niż główna dyscyplina sportowa polskich polityków - gadanie o niczym przy wódce do godz. 2 w nocy, sądząc, że w ten sposób uprawia się politykę. Wolę boisko, ale sądzę, że przynajmniej część ludzi ma wobec mnie inne oczekiwania niż gra w piłkę, więc sprowadzam to do wymiaru czysto prywatnego. Jeśli mam szansę, to grywam z przyjaciółmi w Gdańsku. To ludzie niezwiązani z polityką, absolutnie normalni. Kiedyś z podwórka, dzisiaj bardzo różnych profesji. Teraz mam kontuzję i dłuższą przerwę. Kiedy jestem zdrowy, staram się grać dwa razy w tygodniu. Oprócz tego staram się biegać. Gdy czasem biegam po plaży w Sopocie, jestem w szoku, bo pada śnieg z deszczem, jest 7 rano, ciemno, zimno, a nie jestem sam! Jest wielu ludzi gotowych do wysiłku i zmagania się ze sobą i to jest też nadzieja. Jak ktoś biega w śniegu parę kilometrów po plaży, to znaczy, że da sobie radę w życiu.

Jakimi dyscyplinami interesuje się Pan jako kibic?

- Oglądam wszystkie duże imprezy. Na przykład nie jest widowiskiem wyścig finnistów, ale jak Kusznierewicz jest na igrzyskach i ma szansę na złoto, to nawet tych finnistów oglądam. Będę też pewnie oglądał zapasy kobiet, licząc na to, że Polsce jakiś medal się trafi. Ale takim wydarzeniem, żebym się na nie cieszył, jest piłka i boks zawodowy. Boks mimo brutalności zachował ten archaiczny, wyniesiony ze starożytności sport na serio.

A co uważa Pan za swoją największą porażkę?

- Chyba to, że sport wyczynowy w moim życiu nie wypalił. Kiedyś grałem w meczu przy pełnych trybunach. Gdy pracowałem w "Gazecie Gdańskiej", 10 tys. osób oglądało spotkanie trójmiejskich dziennikarzy z księżmi. Większą część publiczności stanowili sympatycy księży i gwizdali, kiedy byliśmy przy piłce. Zazdroszczę zawodnikom, którzy występują przy wypełnionych po brzegi stadionach. Zazdroszczę im poczucia, że kibice przyszli na stadion tylko dla nich, i tego, że gdy strzelą bramkę, to wszyscy ich podziwiają i są im wdzięczni.

Ale na polityków ludzie też czasami gwiżdżą.

- Tak, ale tylko gwiżdżą. Niestety, polityk zawsze gra na obcym boisku.