Przedolimpijska rozmowa z Moniką Pyrek

LEKKA ATLETYKA. - Dla mnie miejsce poza pierwszą piątką będzie porażką, a wynik 4,50 - tak jak to było na tegorocznych halowych mistrzostwach świata - mocno zaboli. Mam zamiar skakać wyżej i walczyć o medal - mówi kandydatka do medalu w skoku o tyczce
24-letnia Monika Pyrek, która od roku reprezentuje MKL Szczecin (wcześniej KL Gdynia), ma już medale mistrzostw świata i Europy. Brakuje tylko olimpijskiego krążka. Jako jedna z pierwszych z grona lekkoatletów uzyskała olimpijską przepustkę. Na pierwszych zawodach sezonu letniego w Białej Podlaskiej skoczyła 4,60. Później nie skakała już tak wysoko. W kraju doścignęła ją Anna Rogowska (SKLA Sopot), bijąc rekord Polski na otwartym stadionie - 4,65 m (tyle samo Pyrek skoczyła zimą w hali), a Rosjanki: Swietłana Fieofanowa i Jelena Isinbajewa, oraz Amerykanka Stecy Dragila zbliżają się do wysokości 4,90 m.

W sobotę Pyrek wystartowała w przedostatnim przed olimpiadą międzynarodowym konkursie. Podczas mityngu Super Grand Prix w Madrycie skoczyła 4,60 m, zajmując trzecie miejsce. Na treningach często pokonywała już 4,70 m, a taka wysokość może dać w Atenach medal. Aby doszlifować olimpijską formę, wraz z trenerem Wiaczesławem Kaliniczenką rozpoczęła obóz we włoskiej Formii, gdzie będzie słuchać rad Witalija Pietrowa, twórcy sukcesów Siergieja Bubki.

Kwalifikacje olimpijskiego konkurs rozpoczną się w sobotę 21 sierpnia o godz. 18.35. Trzy dni później zaplanowano finał.

Aleksandra Warska: W czerwcowym konkursie w Gateshead Rogowska skoczyła 4,60 i wygrała z Tobą. Tydzień później wyrównała Twój rekord Polski. W mistrzostwach kraju byłaś lepsza, ale było widać, że rywalce bardzo zależy na pokonaniu Ciebie.

Monika Pyrek (MKL Szczecin): Mamy z Anią inne cele. Jej głównym celem jest pokonanie mnie, a dla mnie ważne są coraz wyższe skoki. Dotychczas Ania była dla mnie rywalką tylko na krajowych mityngach i dosyć łatwo wygrywałam. Teraz jest inaczej: ona skacze coraz lepiej, a ja jeszcze nie ustabilizowałam formy. Ostatnio sama zaczęłam się mobilizować, aby z nią nie przegrać, ale podobno nasz umysł nie przyswaja słowa "nie" i przegrywałam z nią.

Czy rozpoczęłaś współpracę z psychologiem, przed czym się broniłaś?

- Tak, od niedawna. Nie na stałe. Chodzi o to, bym nauczyła się koncentracji przed skokiem, bo ostatnio wiele rzeczy rozprasza mnie na stadionie. Z reguły długo czekam na oddanie skoku i obserwując rywalki, zaczynam się denerwować. Pani psycholog uczy mnie ćwiczeń oddechowych: kiedy powinnam się wyciszyć, kiedy pobudzić, sposobów relaksu.

Jelena Isinbajewa przed każdym skokiem wygłasza szeptem tajemniczy monolog.

- Ja też mam się czegoś takiego nauczyć, jakiejś śmiesznej rymowanki, która mnie rozluźni przed skokiem. To właśnie jest jedna z metod ćwiczeń oddechowych. Każdy ma inne sposoby koncentracji. Koszykarz Karl Malone przed oddaniem rzutów osobistych zawsze wymieniał imiona swoich dzieci.

W tym sezonie na zagraniczne zawody często jeździsz bez trenera Kaliniczenki. Ma to jakieś znaczenie?

- Na pewno z trenerem jest mi zdecydowanie łatwiej, bo wiem, że ogląda moje skoki i w razie czego może mi pomóc coś zmienić. A tak jest się zdanym na samego siebie albo na sympatię innych szkoleniowców czy zawodniczek. A gdy brakuje trenera? Zdarza się, że jeździ ze mną menedżer, który sam przez kilka lat trenował Tima Lobingera. Ostatnio jednak nie widział mnie zbyt często, więc niewiele może mi pomóc. Poza tym nie mam ustabilizowanej formy, z powodu zmiennej pogody skaczę w zawodach na różnych tyczkach. Często mam do siebie pretensje, że albo źle je zmieniłam, albo nie zmieniłam.

Słabe skoki tłumaczysz złym doborem tyczki. Kto je wybiera?

- Ostateczna decyzja należy do mnie. Z reguły jest tak, że pierwsze wrażenie zawodnika jest najlepsze. Czasami jednak czekam, aż ktoś mi doradzi. Trener widzi te skoki z zewnątrz i wie lepiej, czy zmienić. Zasada jest niby prosta: im wyższa wysokość, tym twardsza tyczka, ale czasami zdarza się, że jeśli pierwsze skoki są dobre, to nic się nie zmienia. A potem, gdy wysokość zwiększa się i trzeba się mocniej odbić, to okazuje się, że jednak tyczka była zła i trzeba było ją zmienić. Nie ma jasnych zasad.

Cztery lata temu w Sydney zajęłaś siódme miejsce. Jak wspominasz tamten występ?

- Pamiętam eliminacje. Ustalono, że wejście do finału da wynik 4,45, a ja wtedy miałam chyba rekord życiowy 4,35. Jechałam tam bez obciążenia, bo myślałam tylko o tym, aby oddać dobre skoki. Było zimno i wietrznie. Eliminacje zupełnie nie wyszły np. Rosjankom i Amerykankom. Wiele faworytek odpadło i w finale znalazło się miejsce dla słabszych, ale systematycznie skaczących dziewczyn. Pewna zawodniczka z Danii miała zawody życia. Nigdy wcześniej nie była w finale dużej imprezy, a skończyła olimpiadę na ósmym miejscu.

Pamiętam jeszcze wstrętne wielkie ćmy, które latały i przyczepiały się do ciała, i to, że podczas konkursu nie było trenera Edwarda Szymczaka, który nie miał załatwionych biletów na trybunę dla opiekunów. Próbował się tam wcisnąć i jeszcze na rozgrzewce machał parasolką, dając umówione znaki, ale co chwilę wyrzucali go stamtąd ochroniarze [śmiech]. Wreszcie zrezygnował, bo nie chciał mnie rozpraszać i w finale byłam już zdana sama na siebie. Żałuję, że nie byłam ani na otwarciu, ani na zakończeniu olimpiady. Dwa dni po konkursie wsadzono mnie w samolot i poleciałam do domu. Tym razem będę na zakończeniu, bo bilety mamy zarezerwowane dopiero na 30 sierpnia.

A Ateny? Jak Twoim zdaniem będzie wyglądał tam konkurs? Czy złoty medal ozdobiony zostanie np. skokiem na wysokość 5 m?

- Myślę, że minimum kwalifikacyjne będzie wysokie, np. 4,50, ale wejście da niższa wysokość. To będą specyficzne zawody: będą bardzo dobre warunki pogodowe, bardzo dużo zawodniczek w eliminacjach ze sporą różnicą w umiejętnościach. W niektórych państwach minima kwalifikacyjne są bardzo wysokie, a w innych wystarczy, że ktoś tylko raz skoczy minimum IAAF B [4,25 m - red.] i jedzie na olimpiadę. W innych krajach trzeba kilkakrotnie potwierdzać znacznie wyżej ustalone minimum i wiele zawodniczek nie ma szans na udział w igrzyskach. Olimpiada jest dla wybranych i dziewczyny powinny skakać przynajmniej 4,40.

Sam finał? Wynik 4,70 w pierwszej próbie powinien dać brązowy medal. A jeśli już będzie wiadomo, kto zdobędzie złoto, to taka zawodniczka zawiesi poprzeczkę na jakiejś imponującej wysokości, aby zarobić dodatkowe pieniądze i pobawić się z publicznością. Konkurs raczej będzie się toczył w granicach 4,80 niż 5 m. Dla mnie miejsce poza pierwszą piątką będzie porażką, a wynik 4,50 - tak jak to było na tegorocznych halowych mistrzostwach świata - mocno zaboli. Mam zamiar skakać wyżej i walczyć o medal.

Ostatnio zrobiło się trochę zamieszania w sprawie nominacji trenerskich na olimpiadę. Trener kadry Edward Szymczak nie pojedzie. Tyczkarzami będzie się opiekował twój obecny szkoleniowiec. Szymczak był zaskoczony i skwitował to trochę złośliwie, że wybrano... ładnego i młodego.

- Nie rozumiem tego zamieszania. Trener Szymczak już nie jest takim trenerem kadry, jak kiedyś. Ani ja, ani Ania Rogowska nie mamy z nim teraz najmniejszego kontaktu. Nie trenuje nas na obozach. Nie wie - tak naprawdę - jak skaczemy i raczej niewiele byłby w stanie nam pomóc. Poza tym ja i Ania byłyśmy z nim skonfliktowane. W moim przypadku to już przeszłość, ale z Anią nie. W PZLA poproszono trenera Ani, aby wskazał opiekuna tyczkarzy i wybór padł na Kaliniczenkę. Nie ma znaczenia, czy jest to Ukrainiec, czy Polak. Ważne, że jedzie dobry trener, który umie pomagać wszystkim bezinteresownie.

W pewnym sensie poszkodowanym może czuć się Adam Kolasa, którego Szymczak na co dzień trenuje, ale z nim Kaliniczenko też ma dobry kontakt. A gdyby PZLA wybrało Szymczaka, to ja i tak zrobiłabym wszystko, by mój szkoleniowiec pojechał jako tzw. personal coach. Z takiej możliwości nie chce skorzystać Szymczak, bo czuje się urażony.

Czy jesteś przesądna? Masz jakiś talizman, który zawsze ze sobą wozisz na zawody?

- Mam osiołka, który jest bardzo chudy i nazywa się Bida. Jeździ za mną na zawody, ale tylko do hotelu. Na stadion go nie zabieram, bo boję się, że go zgubię.

Ostatnio zadebiutowałaś jako modelka.

- I to dwa razy. Przed wyjazdem do Hiszpanii pozowałam w Wałczu dla jednego z kolorowych pism kobiecych, które przygotowuje materiał o olimpijczykach. Wcześniej - w marcu - miałam sesję dla odzieżowej firmy Pabia, której jestem tzw. twarzą firmową.

Jak się czułaś w roli modelki?

- Nie za dobrze. Ciągle zmieniali mi makijaż, fryzury. Poza tym kiedy odbywała się sesja dla Pabii, było strasznie zimno, a ja musiałam pozować w letnich sukienkach. Część zdjęć odbywała się nawet na szczecińskim stadionie przy ul. Litewskiej.