Różne wersje wypadku Grega Hancocka

- Doznałem kontuzji barku podczas zabawy w paintball - tak Amerykanin Greg Hancock swoją absencję w Lesznie tłumaczył prezesowi Andrzejowi Rusce. Tymczasem jednemu z leszczyńskich działaczy powiedział, że urazu barku nabawił się... podczas gry w squasha.
W niedzielę Atlas wygrał arcyważny mecz z Unią Leszno (46:44). Po tym zwycięstwie ma jeszcze szanse na tytuł drużynowego mistrza Polski. Sukces na torze "Byków" jest tym cenniejszy, że odniesiony został w osłabionym składzie. W Atlasie zabrakło bowiem kontuzjowanego od dłuższego czasu Sławomira Drabika (uraz kręgosłupa) i dość nieoczekiwanie Amerykanina Grega Hancocka. "Herbie" trzy dni przed meczem zadzwonił do prezesa WTS-u Andrzeja Ruski i powiedział, że do Leszna nie przyjedzie. - Doznałem kontuzji barku podczas zabawy w paintball - usłyszał w słuchawce Rusko.

Tymczasem nie od wczoraj wiadomo, że w minioną sobotę w Szwecji Hancocka czekała uroczystość weselna. Jeden z leszczyńskich działaczy, który doskonale zna żużlowca [jako pierwszy sprowadził go do Polski w 1992 roku - red.] w ostatnich dniach dzwonił do Amerykanina, chcąc złożyć mu życzenia. Hancock miał mu powiedzieć, że urazu barku nabawił się... podczas gry w squasha. - A nam mówił, że podczas zabawy w paintball - mówi Andrzej Rusko. - Ja daleki jestem jednak od doraźnych sądów kapturowych. Zobaczymy, na ile ta kontuzja będzie poważna, bo jeśli rozbrat z żużlem Amerykanina będzie trwał tylko parę dni, to wtedy ja będę bardzo rozczarowany.

Co ciekawe, cały krajowy skład Atlasu ma bardzo restrykcyjne zapisy w kontraktach. Dotyczą one m.in. zakazu uprawiania sportów ekstremalnych. Chodzi głównie o jazdę motocyklem szosowym, skoki na bungee, wyścigi na skuterach wodnych itp. - Te kontrakty są bardzo rozbudowane, ale dyscypliny sportu nie są w nich jakoś wyszczególnione - zdradza Rusko. - Jest tylko wyraźny zapis o zakazie uprawiania sportów o podwyższonym ryzyku kontuzji. A co do Hancocka, to rzeczywiście jego kontrakt jest ubogi, jeśli chodzi o tego typu zapisy. To jednak doświadczony zawodnik, trudno, byśmy traktowali go jak 18- czy 19-latka.

W Lesznie żużlowcy Atlasu korzystali ze sprzętu podstawionego przez Hancocka, jeździł na nim Krzysztof Słaboń. Dobry wynik Nielsa Kristiana Iversena to również zasługa Amerykanina, który instruował Duńczyka, jak najlepiej przygotować silniki na "leszczyńskie lotnisko". - Greg zawsze służył nam pomocą. Wiedzieliśmy, że w sobotę ma uroczystość ślubną. On jednak zapewniał mnie, że do Leszna przyjedzie, bo wie, jak ważne jest dla nas to spotkanie - mówi Rusko. - Trudno, byśmy teraz wydali na niego wyrok. Poczekajmy kilka dni, w sumie czasem urazu można się nabawić, schodząc po schodach, i nie pomogą tu żadne zapisy w kontrakcie - kończy prezes WTS-u.

W przeszłości Hancocka już dwukrotnie zabrakło w ważnych meczach Atlasu. Jesienią 1999 roku nie mógł przyjechać na rewanżowy mecz finału mistrzostw Polski w Pile. - Wtedy wyeliminował go poważny uraz [złamana ręka i wybity bark - red.], był usprawiedliwiony - zaznacza Rusko. Później, na wiosnę 2001 roku, Amerykanina znów nie przyleciał na spotkanie z Polonią w Pile. Atlas wystawił do składu Roberta Dadosa i przegrał minimalnie 44:46. - Nie pamiętam już teraz, czemu go wtedy zabrakło - zastanawia się Rusko. My odnaleźliśmy archiwalną wypowiedź na ten temat ówczesnego prezesa WTS-u Ryszarda Czarneckiego. "Rano o 7 Hancock zadzwonił do nas, że jest bardzo chory. Dotychczas Hancock był bardzo solidnym zawodnikiem, nigdy nas nie zawiódł, dlatego nie mamy powodu, by mu nie wierzyć. Nieraz startował bardzo osłabiony. Jestem pewien, że gdyby mógł, na pewno by przyjechał" - mówił wówczas Czarnecki.