Janusz Filipiak - portret prezesa ComArchu

Tysiące gardeł szalikowców na stadionie Cracovii potrafią krzyczeć w amoku: "Pan profesor!!! Pan profesor!!!" Janusz Filipiak, twórca i prezes ComArchu, to pierwszy profesor wśród kibiców i pierwszy kibic wśród profesorów. Kim jest człowiek, który w dziesięć lat z firmy mieszczącej się w ciasnym pokoiku zbudował informatycznego potentata?
Gdy w czerwcu, w pierwszym barażowym meczu z Górnikiem Polkowice o awans do ekstraklasy, przy prowadzeniu 3:0 dla Cracovii, kibice w Krakowie skandowali: "Janusz Filipiak!", 52-letni profesor wstał z ławki, odwrócił się do trybun i uniósł ręce. Stadion zawył z radości.

Gdyby na początku lat 90. nie wynajął 16-metrowego pokoju w budynku Akademii Górniczo-Hutniczej (AGH) w Krakowie, pewnie siedziałby tego lata przed telewizorem z piwem w ręku i emocjonował się meczami Mistrzostw Europy w Portugalii, Cracovia grałaby najwyżej w II lidze, a na giełdzie nie byłoby spółki wartej blisko 400 mln zł. Na tyle właśnie inwestorzy wyceniają ComArch SA, który Janusz Filipiak z żoną Elżbietą i kilkoma współpracownikami powołał w 1994 r.

Włoski dziennik "Corriere della Sera" napisał o nim ostatnio jako o polskim Billu Gatesie, legendarnym twórcy potęgi Microsoftu. Był w elitarnym gronie osób nominowanych w Polsce w konkursie "Przedsiębiorca Roku 2003" organizowanym przez firmę doradczą Ernst & Young.

Asystent i dozorca

Filipiak pewnie nawet o tym nie śnił, kiedy na początku lat 80. przez pół roku, dzień w dzień jako młody naukowiec AGH po nocnym stróżowaniu na budowie jednego z krakowskich osiedli wsiadał o 6. rano do pociągu, aby jechać do kolejnej pracy, tym razem w odległej o 70 km Hucie Katowice.

Doktorowi mieszkającemu na 18 metrach w asystenckim akademiku z żoną i dwójką małych dzieci nie przelewało się. Na własne życzenie pracował w hucie. Miała pieniądze na zlecenia, a stał tam nieużywany, a markowy, sprzęt komputerowy. Dorabiał i nie brakowało mu "do pierwszego".

Rektor AGH prof. Ryszard Tadeusiewicz zna Filipiaka od ponad 20 lat: zaczynali razem karierę naukową jako asystenci w Instytucie Informatyki i Automatyki AGH. - Niesłychanie kompetentny i oczytany - wspomina prof. Tadeusiewicz. Co widzieli w nim studenci? - Byli zafascynowani jego wizjami. Był fanatykiem zbierania najnowszych informacji z wydawnictw zagranicznych.

Filipiak przyjechał na studia do Krakowa aż z rodzinnej Bydgoszczy. W ogólniaku był uczniem średnim, nie za pilnym. Ale z matematyki i fizyki miał piątki. Jego pasją była fizyka teoretyczna. Zanim skończył 19 lat, znał równanie Schroedingera, zasadę Heisenberga, rachunek różniczkowy. Do Krakowa ściągnął, bo tutaj fizyka była wówczas na bardzo wysokim poziomie. Egzamin wstępny zdał w cuglach. Czemu nie został wybitnym fizykiem? Decyzją dziekana został przymusowo skierowany na elektrotechnikę, bo wówczas nie było chętnych na ten kierunek.

W 1976 r. z wyróżnieniem obronił pracę magisterską. Praca na uczelni pociągała go, bo była ciekawa, dawała perspektywę wyjazdów za granicę, no i dorabianie na pracach zleconych. W siermiężnych latach 80. często wyjeżdżał na Zachód (Francja, Australia). Dlaczego nie uciekł z kraju? Mówi: "Na to byłem zbyt mądry". Pieniądze zarobione za granicą były finansową trampoliną. W kraju miał miesięcznie równowartość 20 dol., a w Paryżu w 1984 r. (pracował dla France Telecom) dostawał 1000.

Na początku studiów w 1972 r. wstąpił do PZPR. - Byłem szeregowym członkiem. Wierzyłem, że to ma sens. To był ten etap, gdy wiwatowano na cześć Gierka. Czy przynależność pomagała? Zaprzecza: "AGH była antykomunistyczna. Nie powinienem tego robić, myśląc o karierze naukowej".

- Nie znam nikogo, komu Filipiak zaszkodziłby jako członek PZPR. Zawsze był człowiekiem prawym. Ale nie ma wątpliwości, że dzięki partii miał łatwiej z wyjazdami zagranicznymi - uważa prof. Tadeusiewicz. Partia w życiorysie zaczęła przeszkadzać po 1989 r., kiedy Filipiak z rodziną wrócił do kraju z trzyletniego pobytu w Australii (dwa lata później został profesorem AGH). Gdy odnawiano jego nominację na kierownika katedry telekomunikacji, wygrał głosowanie w radzie wydziału przewagą zaledwie czterech głosów (52-48). Był rozgoryczony.

Pokój 415

Tym, czym dla amerykańskiego Hewlett-Packarda był legendarny garaż, gdzie powstawały pierwsze urządzenia elektroniczne tej firmy, tym dla ComArchu był pokój 415 na AGH. Filipiak mocno podkreśla, że wziął się za biznes, gdy odniósł już sukces naukowy: był dyrektorem centrum badawczego, publikował książki, wygłaszał wykłady na renomowanych uczelniach. Kierował pracami zleconymi uczelni z dziedziny informatyki i telekomunikacji. Do ComArchu lgnęli studenci, którzy na tym samym korytarzu mieli drzwi prowadzące do spółki i na zajęcia. Wykonywane projekty były często pracami magisterskimi - uczyli się, jednocześnie zarabiając pieniądze. - Zaangażowanie studentów w pracę było korzystne, bo wcześnie konfrontowali teorię z rzeczywistością i potrzebami rynku pracy. Ale na uczelni pojawiały się też opinie, że praca w ComArchu rozprasza studentów drugiego czy trzeciego roku, że zamiast koncentrować się na nauce robią fuchy - mówi prof. Tadeusiewicz.

Młodzi ludzie, studenci lub świeżo upieczeni absolwenci, byli i są kołem zamachowym spółki. W tym roku ComArch bierze 136 studentów III roku na wakacyjny staż. Większość z nich ma szansę na pracę.

Związki z AGH nie zawsze usłane były różami. - Niektóre wystąpienia Filipiaka były krzywdzące dla uczelni - mówi z żalem prof. Tadeusiewicz. Kością niezgody było to, w jakim stopniu wykształcenie na AGH powinno odpowiadać interesom ComArchu. Filipiak jako pracodawca oczekiwał, aby kształcono absolwentów według bieżących potrzeb jego spółki. Tymczasem, jak chce tego prof. Tadeusiewicz, uczelnia powinna kształcić szerzej niż tylko pod kątem jednej firmy. I tak robi.

Relacja profesor - uczeń jest wpisana w filozofię spółki. Gdy przyjechałem na rozmowę z Filipiakiem do siedziby ComArchu w krakowskim Parku Technologicznym, na recepcji powiedziałem: "Jestem umówiony z profesorem". Pracownik nie zawahał się nawet przez sekundę, do kogo zadzwonić, bo w ten sposób w ComArchu można mówić tylko o jednym człowieku.

Zresztą łatwo tam poczuć się jak na AGH: korytarze czy stołówkę w porze lunchu wypełnia tłum ludzi w wieku studenckim. Średnia wieku w zatrudniającej ponad tysiąc osób firmie to 27 lat.

Sam Filipiak lubi, gdy zwraca się do niego "profesorze", a nie "prezesie". Będąc jednocześnie prezesem i posiadając (razem z żoną) blisko 70 proc. głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy, ma dominującą pozycję w firmie. W kluczowych sprawach decyduje jego głos.

Szampan na stoku

Jak z firmy o rocznym obrocie rzędu kilkunastu milionów złotych uczynić potentata wymienianego jednym tchem razem z Prokomem czy ComputerLandem? To proste: wprowadzić na giełdę. - Potrzebowaliśmy giełdy, aby się uwiarygodnić. Mniej potrzebne były pieniądze - mówi Filipiak.

ComArch chciał zdobyć 14 mln zł, a inwestorzy zapisali się na papiery warte 310 mln zł. Debiut na giełdzie w marcu 1999 r. wywołał euforię. Akcje weszły ze 102-proc. przebiciem. Grupa pracowników ComArchu, razem z Flipiakiem i jego żoną, przebywała wówczas na nartach we francuskim Chamonix. O cenie debiutu dowiedzieli się, szusując na stoku. Na śniegu strzelały korki od szampanów.

Krótko po tym spółka sprzedała kolejne akcje, tym razem warte już 70 mln zł. Pęknięcie bańki internetowej nie przeszkodziło wprowadzić na giełdę wspólnego dziecka ComArchu i Radia RMF FM - portalu internetowego Interia.pl. W marcu 2001 r. ComArch wszedł na blisko trzy lata do indeksu WIG20 - prestiżowej grupy 20 największych spółek warszawskiej giełdy.

Upadły anioł w tle

I właśnie gdy ComArch i Filipiak byli u szczytu sukcesu, pojawiły się pierwsze rysy. Spółka straciła kluczowy kontrakt u głównego klienta TP SA, co mocno uderzyło w przychody. Operator używał wtedy dwóch systemów billingowych: Tytan (ComArchu) i Serat (spółki Spin należącej obecnie do Prokomu) i postanowił z jednego zrezygnować m.in. ze względu na obniżkę kosztów. Piotr Kostrzewski, szef biura prasowego TP SA wyjaśnia, że Tytan przegrał z Seratem, bo ten ostatni obsługiwał większość klientów (65 proc.) i był przygotowany do obsługi wszystkich. Z kalendarza wynika, że ComArch wypadł z łask TP SA krótko po prywatyzacji operatora w 2000 r.

Pod bokiem wypączkowały firmy internetowe, których oferty dla najlepszych pracowników ComArchu wywróciły do góry nogami system płac. Firma musiała podnieść skokowo pensje o 20-30 proc., kupić 120 samochodów służbowych i modlić się, aby utrzymać specjalistów będących najcenniejszym kapitałem każdej firmy informatycznej. Giełdowy wskaźnik Cena/Wartość Księgowa wynosi blisko cztery, czyli za złotówkę majątku spółki inwestorzy gotowi są płacić cztery złote. Gdyby wykasować umysły Filipiaka i jego pracowników, to spółka byłaby z grubsza warta cztery razy mniej.

Analitycy przebąkiwali, że ComArch stanie się "upadłym aniołem", z firmy godnej zaufania zmieni się w symbol klęski. Filipiak przyznaje, że był to krytyczny moment - firma mogła nawet upaść. Zaczęli odchodzić ludzie, z którymi tworzył ComArch. Ci, którzy zajmowali się kluczowymi projektami, zawdzięczali mu powodzenie i pieniądze. Szczególnie mocno zabolało go odejście w 2000 r. wiceprezesa Rafała Stycznia, który powołał Internet Investment Fund (IIF). Styczeń był jednym z pięciu założycieli ComArchu, cieszył się prestiżem wśród pracowników.

- Janusz mógł mieć żal do mnie, nauczył mnie wielu rzeczy, a ja postanowiłem działać na własną rękę - mówi Rafał Styczeń. Po odejściu, na walnym zgromadzeniu Styczeń nie dostał zgody na zamianę części swoich akcji na okaziciela, co pozwalałoby je sprzedać na giełdzie. Decydujący głos mieli od zawsze Filipiakowie. - To było emocjonalne zagranie. Mimo to nie czuję żalu - deklaruje Styczeń. Po walnym sięgnął za telefon i zapytał Elżbietę: "Dlaczego?". Nie usłyszał merytorycznego uzasadnienia.

Filipiak lubi podkreślać, że zarządza przez delegację zaufania, choć wiele razy zawiódł się na ludziach. Styczeń to potwierdza. I osobiście ma poczucie, że to zaufanie zawiódł. - Mam wrażenie, że Janusz po moim odejściu przestał ufać ludziom i coraz bardziej centralizował władzę - dodaje. W okresie gdy pracował w ComArchu, Filipiak dawał się przekonać na zarządzie. W połowie lat 90. rozważał sprzedanie firmy Prokomowi, ale wysłuchał przeciwnych głosów członków zarządu. Ostatnio kontakty obydwu menedżerów się ociepliły: Filipiak kilkakrotnie proponował Styczniowi powrót. Bezskutecznie. Styczeń ma swój dobrze rokujący biznes: jest prezesem IIF oraz BillBird - Moje Rachunki - firmy pośredniczącej w płatnościach np. za energię w kasach supermarketów.

Go west!

ComArch, w przeciwieństwie do wielu dotcomów, przetrwał na rynku i po otrząśnięciu się z kryzysu ponownie zaczął zaskakiwać. Filipiak ruszył za granicę. To była jego osobista idée fixe od startu firmy.

- Jest chęć, aby zrobić polską firmę, która zaistnieje na rynkach światowych na przekór reputacji Polaków, którzy tam nic nie potrafią zrobić - przekonuje Filipiak. Udało się. Na liście klientów pojawiły się: Nokia, Enitel (narodowy operator Nikaragui), Departament Komunikacji i Informatyki Stanu Waszyngton, 02 Germany (operator komórkowy). Sztandarowym produktem eksportowym jest system billingowy Tytan oraz InsightNet (zarządza siecią telekomunikacyjną, zapewniając np. odpowiednią przepustowość łączy).

- Ma ogromnie silną wolę i jest odważny biznesowo. Bez tego nie zbudowałby takiej firmy. Nie ma kompleksów wobec nikogo za granicą. Trzymam kciuki za jego działalność eksportową. Jeśli odnosi tam sukcesy, to pomaga to także naszej firmie działać za granicą - mówi Tomasz Sielicki, prezes i główny właściciel konkurencyjnego ComputerLandu.

- Jako jedyna notowana na GPW spółka z branży IT ma produkt, który zaistniał na rynkach zagranicznych - mówi Sobiesław Pająk, szef Departamentu Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego CDM Pekao SA. Pozytywnie ocenia to, że na spotkaniach z analitykami Filipiak nie jest showmanem.

Teraz ComArch intensywnie inwestuje. Właśnie wbito pierwsze łopaty pod fabrykę oprogramowania w specjalnej strefie ekonomicznej w Krakowie. Kosztem 75 mln zł powstanie tam całe zaplecze firmy, gdzie zatrudnienie znajdzie 1300 osób. Przychody w zeszłym roku sięgnęły rekordowego poziomu w historii - 185 mln zł (wzrost o 18 proc.), a zysk netto 12 mln zł (26 proc.). Sprzedaż eksportowa całej grupy wzrosła do 38 mln zł. W pierwszym kwartale tego roku ComArch jeszcze bardziej podkręcił tempo: przychody skoczyły aż o połowę w stosunku do I kw. 2003 r., przekraczając prognozy zarządu. Według planów firma ma rozwijać się w tempie 20 proc. rocznie.

Filipiakowi coraz więcej czasu zabiera reprezentowanie firmy. Wchodząc do jego gabinetu, minąłem dźwigającą sprzęt ekipę telewizji z Bawarii. Na pytania odpowiada krótko. Słowo "biznes" wypowiada z angielskim "y" zamiast "i". O swoich najważniejszych cechach: "Pracowitość na granicy pracoholizmu, chęć tworzenia, odwaga, zawziętość". Łatwo zapala się do pomysłów.

- Chwilami bywa megalomanem, ale trudno mu się dziwić, skoro osiągnął tak wiele - mówi prof. Tadeusiewicz. - Kiedy był szefem katedry telekomunikacji, zorganizował jej jubileusz. Całą uroczystość zbudował wokół własnej osoby, podczas gdy u źródeł sukcesu, niezależnie od jego bezspornych zasług, stały też inne osoby, przede wszystkim prof. Henryk Górecki, który znalazł Filipiaka wśród wielu studentów i pomógł w budowie zrębów [katedry] telekomunikacji. I ani razu nie wspomniano jego nazwiska. Za łatwo zapomina, że ktoś mu kiedyś pomógł - dodaje.

Piłka to też "byznes"?

Młody Filipiak chodził na mecze Zawiszy Bydgoszcz. Teraz ComArch jest współwłaścicielem jednego z najstarszych polskich klubów - Cracovii, która przez ostatnie 20 lat żyła w cieniu Wisły Kraków. Inwestycja okazała się sportowym strzałem w dziesiątkę: w dwa lata z biednej trzeciej ligi klub wspiął się do ekstraklasy. - Zainteresowanie Cracovią nie wynika z ambicji kibica. To jest jak z Wierzynkiem: inwestowanie w dobry brand, majątek. Inwestycja w piłkę ma się zwrócić - mówi Filipiak.

Zawsze chodzi na mecze. Nienagannie ubrany, z nieodłącznym szalikiem. W Krakowie krążą legendy o jego powrotach z zagranicznych wojaży wprost na stadion, aby zobaczyć mecz. Teraz deklaruje, że przerwie letni urlop, aby wziąć udział w inauguracji ekstraklasy. - Kibic to jest mój klient. Gdybym grał przy pustym stadionie, to nie miałoby sensu - mówi.

Analitycy wyrażają się o klubie chłodno. - Nie do końca rozumiem zaangażowanie ComArchu w Cracovię. Osobiste hobby prezesa powinno być finansowane z jego własnej kieszeni, a nie z kieszeni inwestorów mniejszościowych - mówi Sobiesław Pająk z CDM Pekao SA.

Zauważalne jest, że Filipiak czasem przekracza subtelną granicę między byciem właścicielem klubu i kibicem. Gdy podczas ligowego meczu nie podobała mu się praca sędziego - otwarcie go skrytykował, nie przebierając w słowach. Kilka dni po awansie do ekstraklasy doszło do awantury z piłkarzami na tle wypłaty premii. Profesorowi puściły nerwy: "Jak się coś komuś nie podoba, to może wyp...!" Zdymisjonował prezesa i postanowił sam rządzić klubem.

- Kupno Cracovii należy traktować chyba bardziej w kategoriach ambicjonalnych niż szansy na realny zwrot z takiej inwestycji. Sądzę, że spółka powinna skupiać się na swojej podstawowej działalności - uważa Katarzyna Perzak, analityk z Domu Maklerskiego Millennium.

Profesor na urlopie

- Równie błyskotliwej kariery w biznesie nie zrobił żaden z profesorów AGH. Dla uczelni posiadanie osoby tego formatu intelektualnego jest dobre - mówi prof. Tadeusiewicz. - Wie, że kiedyś może powiedzieć: "Kończy mnie bawić biznes, wracam na uczelnię". To miejsce ma zawsze otwarte.

Prof. Filipiak nadal jest na urlopie bezpłatnym z AGH, który - decyzją rektora - jest przedłużany.