Rozmowa z Szymonem Borczuchem, wolontariuszem podczas piłkarskich Mistrzostw Europy w Portugalii

- Wchodzę na teren obozu reprezentacji Anglii, a tam pracujący jako dziennikarz słynny piłkarz Gary Lineker opala się pod drzewkiem. W biurze z prośbą o pomoc zwracają się do mnie Franz Beckenbauer i Bobby Robson - opowiada Szymon Borczuch, dziennikarz Radia Gdańsk, który pracował w Lizbonie podczas mistrzostw Europy jako wolontariusz
Łukasz Pałucha: W jaki sposób znalazłeś się w Portugalii?

Szymon Borczuch*: - Na początku marca w internecie znalazłem ofertę z Portugalii. Poszukiwali wolontariuszy do obsługi finałów mistrzostw Europy. Wysłałem swoje dane i zostałem wybrany. Do Portugalii dotarłem już 8 maja, bo wszyscy wolontariusze musieli wziąć udział w kursie języka portugalskiego. Lekcje były naprawdę ciekawe, było bardzo wesoło. Nauczyłem się przede wszystkim zwrotów piłkarskich, które były niezbędne w kontaktach z ludźmi piszącymi i zajmującymi się futbolem.

Nie bałeś się, że zamiast oglądać mecze, będziesz musiał w tym czasie siedzieć w biurze i wysłać faksy?

- Przeszła mi taka myśl przez głowę, ale na szczęście przydzielony zostałem do biura akredytacyjnego, które pracowało przede wszystkim przed południem. Nie miałem więc kłopotów z oglądaniem meczów, miałem nawet okazje, aby obejrzeć niektóre spotkania, które rozgrywane było poza Lizboną. W sumie widziałem 15 meczów, czyli niemal połowę całego euro. Praca w biurze była pasjonująca, ze względu na to, że co chwilę miałem styczność z wielkimi postaciami świata piłkarskiego. Pomagałem w załatwieniu formalności Franzowi Beckenbauerowi, Bobbiemu Robsonowi, Christo Stoiczkowowi czy Zlatko Zahovicowi. Z każdym z nich zamieniłem kilka słów, dowiedziałem się, jak ocenia mistrzostwa, kto jest jego faworytem.

Jaki mecz podobał Ci się najbardziej?

- Bezwzględnie Czechy - Holandia. To było niesamowite widowisko, cieszę się, że mogłem je obejrzeć z bliska. Po spotkaniu miałem okazję porozmawiać z bohaterami tego pojedynku Milanem Barosem i Edgarem Davidsem, dowiedzieć się, co czują piłkarze, którzy byli uczestnikami chyba jednego z najlepszych meczów w historii futbolu. Podpatrywałem też, jak pracują najsłynniejsi dziennikarze z największych telewizji i gazet w Europie. Była znakomita okazja, by poznać różne style dziennikarskie, porozmawiać z dziennikarzami innych krajów o futbolu. W sumie stworzyliśmy takie miasteczko piłkarskie złożone z ludzi żyjących tylko futbolem. Byłem zaskoczony, że portugalscy dziennikarze potrafili wymienić składy reprezentacji Polski z lat 1974 i 1982 roku. Oni z kolei byli zdziwieni że znam portugalskie kluby poza Benficą, Sportingiem i Porto.

Jaki klimat panował na ulicach Lizbony?

- Na każdym kroku było czuć, że trwają mistrzostwa. Przed klimatem mistrzostw, nawet jakby ktoś bardzo chciał, nie dało się uciec. Wsiadałem do autobusu i od razu nadziewałem się na grupy kibiców przekrzykujące się, śpiewające piosenki. Tańczący ludzie, knajpki pełne fanów - tak wyglądała Lizbona każdego dnia, każdej nocy. Najliczniejsi i najgłośniejsi byli chyba Anglicy, bardzo barwne były grupy kibiców ze Szwecji, Danii i Holandii. Czechów było stosunkowo niewielu, ale robili dużo hałasu. "Czesi, czesi, hop, hop, hop" śpiewali, skacząc do góry. Mówiąc o klimacie, muszę wspomnieć, że pogoda był naprawdę znakomita. Cały czas świeciło słońce, tylko raz padał deszcz w czasie meczu słynnego meczu Szwecja - Dania. Po remisie 2:2 [wynik ten eliminował z dalszej gry Włochów - red.] rozmawiałem z włoskimi dziennikarzami. Zapewniali, że nie sądzą, że ten mecz został ułożony, ale po po wyrazie ich twarzy, mimice, widać było, że nie mogą się z nim pogodzić i że mają spore wątpliwości. Byli naprawdę bardzo przygnębieni.

Jak żyło się w otoczeniu tylu gwiazd?

- Na początku wszystko wydawało się niesamowite. Pojechałem do obozu, w którym przebywała reprezentacja Anglii, wchodzę na teren obiektu, a tam pod drzewkiem leży sobie i opala się zatrudniony jako dziennikarz Gary Lineker. Idę alejką i kilka kroków dalej mija mnie Peter Schmeichel. Po prostu obecne i byłe gwiazdy futbolu były na wyciągnięcie ręki. Mogłem poznać i zrobić rozmowy z piłkarzami, których wcześniej tylko oglądałem w telewizji, z którymi wywiady czytałem w gazetach czy internecie. To była wielka frajda, przeżycie, którego nigdy nie zapomnę i które mam nadzieję, będzie miało wpływ na moją pracę dziennikarską.

*Szymon Borczuch w czwartek w dniu swojego powrotu z Portugalii skończy 24 lata. Jest studentem politologii Uniwersytetu Gdańskiego, niedługo będzie bronić pracę magisterską. Od 2 lat jest także dziennikarzem sportowym Radia Gdańsk. Interesuje się piłką nożną, polityką i historią. W Portugalii był jednym z pięciu polskich wolontariuszy