Architekt dusz

Felieton Wiesława Pawłata
Niedawno upłynęło 60 lat od niecodziennego meczu bokserskiego pomiędzy Lublinem i Warszawą zorganizowanego w sali kina Apollo. Jestem pełen podziwu dla ówczesnych pięściarzy, którzy w niezwykle trudnych czasach okupacji hitlerowskiej mieli jeszcze chęć i zapał do uprawiania sportu.

Jutro miną trzy lata od śmierci legendarnego trenera i masażysty reprezentacji Polski Stanisława Zalewskiego, uczestnika tego spotkania, który jako jedyny lublinianin swoją walkę wygrał. Jak sam potem opowiadał, nawet nie wiedział, że odniósł zwycięstwo, bo... nie zdążył usłyszeć werdyktu. Był poszukiwany przez gestapo i błyskawicznie po końcowym gongu musiał opuścić salę.

Zasługi popularnego Pana Stasia są dla polskiego boksu niepodważalne. To właśnie On i Paweł Szydło byli najbliższymi współpracownikami genialnego trenera Feliksa Stamma. Wtedy bardzo głośno było o polskiej szkole boksu, opartej na lewym prostym. Zalewski był przy największych sukcesach naszych pięściarzy. Opiekował się reprezentantami na pięciu olimpiadach i trzynastokrotnie podczas mistrzostw Europy. Na jego ostatnie 85. urodziny przyjechała do Lublina cała plejada znakomitych bokserów z mistrzem olimpijskim Józefem Grudniem, Leszkiem Drogoszem, Wiesławem Rutkowskim i Henrykiem Kukierem na czele. W Jego ostatniej drodze towarzyszyli Mu pięściarze wielu pokoleń, a medalistów olimpijskich, Europy i Polski nie sposób było policzyć. Wielcy polskiego boksu twierdzili, że był architektem dusz. Kimś w rodzaju psychologa, który w najważniejszych momentach potrafił rozładować napięcie. Jak sam mi opowiadał, przed finałem olimpijskim w Rzymie przegrał z Kazimierzem Paździorem 14 partii w tysiąca, co kosztowało Go trochę grosza, ale wprowadzony w znakomity nastrój zawodnik sprawił, że Polacy usłyszeli Mazurka Dąbrowskiego.

Nie sposób powstrzymać się od refleksji, że wraz z odejściem Zalewskiego skończyła się pewna epoka. Polski boks już od dawna nie liczy się na międzynarodowej arenie. Jeszcze gorzej jest na Lubelszczyźnie, gdzie po upadku Gwarka Łęczna nie ma żadnej sekcji uczestniczącej w rozgrywkach ligowych. Cóż... widać, że w naszym regionie nikt nie ma już serca do walki.