Niespodzianki i wpadki Euro

Najtwardsze lądowanie, trenerski samobój, niezapomniane splunięcie, kłopoty z rekordami - to wszystko wydarzyło się na Euro 2004.
Najtwardsze lądowanie, czyli z nart na boisko

Przeżyli je galacticos, których z nieboskłonu na ziemię sprowadzili Grecy (Zidane, Raul) i Portugalczycy (Beckham). Najłatwiej zwalić wszystko na Real Madryt, wiadomo, tam tylko uśmiechają się do kamer zamiast harować na treningach. "Klubowi trenerzy nas zajechali" - to wersja Beckhama. Carlos Queiroz, właśnie przez Królewskich zwolniony, odesłał Anglika na lekcje do Luisa Figo. "Przez ostatnie trzy tygodnie sezonu Luis nie opuścił ani jednych zajęć. A ty co chwilę znajdowałeś nową wymówkę, by się wymigać. Figo nie wyjeżdżał na narty, kiedy drużyna wciąż walczyła w Lidze Mistrzów. Nie jestem zaskoczony skargami Beckhama. On zawsze znajdzie wytłumaczenie".

My jesteśmy zaskoczeni surowością Queiroza. On nie trzyma w domu popgwiazdy, której mały skok w bok można wynagrodzić tylko diamentem za milion dolarów i wspólnym wypadem do górskiego kurortu Courchevel.



Trenerski samobój, czyli nudziarze na ławkach

Tu konkurencja była mocna. Trapattoni? Gdyby doszło do rzutów karnych, prawdopodobnie poleciłby drużynie obronę remisu. Bezbramkowego, oczywiście. Advocaat? I Rembrandta zmusiłby do ćwiczeń z rysunku technicznego. To jak mieli błyszczeć holenderscy piłkarze? Santini? Przed Euro ogłosił, że po turnieju przenosi się do Tottenhamu, a w jego trakcie nie omieszkał dodać, że to tam będzie zarabiał prawdziwe pieniądze. Francuzów pewnie to nie cieszy, ale dokonał nie lada wyczynu - elitę najlepszych piłkarzy globu zamienił w jeden z najnudniej grających zespołów mistrzostw. A swoją drogą, Santini chyba sobie nie wyobrażał, że gwiazdy Arsenalu zagrają dla trenera Tottenhamu... Na pewno nie, on w ogóle nie ma wyobraźni. Saez? Też zaprzeczył naturze swoich graczy i przegrał z Portugalią. No i ten wymiętoszony klęskami w Realu Raul Gonzalez... Zawsze w pierwszym składzie, choć gołym okiem było widać, że ten turniej wymyślono dla młodych talentów jak Fernando Torres.



Niezapomniane splunięcie

Tony Cascarino tłumaczył kiedyś, że piłkarz musi pluć, bo w czasie gry zbiera mu się w ustach słono-gorzka ślina. Wierzymy, też zdarzało nam się zmęczyć. Ale po co zaraz pluć w twarz Christiana Poulsena? Hm, właściwie powód jest oczywisty. Jesteś bez formy, szukasz innej drogi do sławy. Tottiemu się nie udało. Wyprzedził słynne splunięcia Vieiry i Mihajlovicia, ale do klasyka nad klasykami, czyli Franka Rijkaarda, mu daleko. Po pierwsze - Holender opluł lepszego piłkarza (Voellera, na mundialu sprzed 14 lat). Po drugie - celował, stojąc dobre dwa metry od Niemca. Po trzecie (tego nie wiemy, ufamy holenderskim dziennikarzom) - wiało wtedy, że ho, ho, ho. Ale Francesco, głowa do góry. Do MŚ jeszcze dwa lata.



Najkrócej, najdłużej, wcale - czyli kłopoty z rekordami

Wayne Rooney - kiedy pakował piłkę do siatki Szwajcarów, miał 18 lat i 237 dni. Mniej niż jakikolwiek strzelec gola w historii mistrzostw. 92 godziny i 42 minuty później gola Francji strzelił właśnie Szwajcar - Johan Volanthen. Napastnik PSV Eindhoven miał 18 lat i 141 dni.

Theodoros Zagorakis - wczorajszy finał był dla niego 95. meczem w reprezentacji. Jeśli znów nie strzelił gola, wyprzedził Szweda Orvara Bergmarka, który w latach 60. bez zdobycia bramki przetrwał w kadrze jeden występ mniej. Niedościgniony pozostaje jego rodak - Bjoern Nordqvist. 115 meczów między 1963 a 1978 rokiem.



Pominięci

Ciekawe, co sobie myślał portugalski bramkarz Vitor Baia, kiedy jego rodak Ricardo strzelał jedenastkę Davidowi Jamesowi i wprowadzał reprezentację do półfinału. Golkipera FC Porto wspierały miliony, trener Scolari się nie ugiął. Wiadomo, co myślał Patrick Kluivert, jedyny z Holendrów grających w polu, który nie wystąpił na Euro ani minuty. Lgnęli do niego dziennikarze brytyjskich brukowców, a napastnik Barcelony nie zawodził, nie kryjąc radości z kibicowskich ataków na trenera Advocaata. Na szczęście Kluivert lubi plażować, a Albufeira, gdzie Pomarańczowi mieli siedzibę, i w ogóle cały południowy region Algarve to raj na ziemi. A może niestety lubi plażować? Kiedy Barca wypchnie go już do Middlesborough lub innego Newcastle, słońca będzie musiał szukać raczej w atlasach astronomicznych.



Zapomnieć Portugalię, czyli większe i mniejsze dramaty na Euro

Paulo Ferreira - bohater Porto w Lidze Mistrzów, teraz zaczął od błędu w meczu otwarcia (dzięki niemu gola strzelił Karagounis) i na stałe wypadł z kadry. Igor Tudor - co zbliżał się do piłki, jego bramkarz wpadał w popłoch. Francji sprezentował dwa gole. Czyżby dzięki niemu wyszła z grupy? Olof Mellberg - kapitan Szwedów, gdyby nie jego przestrzelona jedenastka, wciąż jednym z podstawowych futbolowych rozwiązań fabularnych byłoby "Holandia + rzuty karne = płacz i zgrzytanie zębami" (patrz także hasło "Śmierć banału"). Mikael Silvestre - zamienił francuską defensywę w linię Maginota, którą napastnicy rywali obchodzili jak niemiecka armia w 1940 roku. David Beckham - i... wszystko jasne.



Śmierć banału, czyli każda prawda ma swój koniec

"Piłka nożna to taka gra, w której 22 facetów biega za piłką, a na końcu zawsze wygrywają Niemcy" - gdyby autor tego bon motu Gary Lineker widział mecz drużyny Voellera z Łotwą, przewartościowałby swoją wizję świata. Nasza propozycja: "Niemiecka piłka nożna to taka gra, w której Niemcy biegają za piłką, biegają, biegają, ale goli nie strzelają, nawet kiedy napastników wezmą sobie z importu".

"Hiszpania gra jak nigdy, przegrywa jak zawsze". Autora nie pamiętamy, nieważne, i tak popadłby w zapomnienie. Nad nową wersją nawet się nie zastanawiamy. Po co? Hiszpania sprawi sobie setkę madryckich Realów i jeszcze drugą Barcelonę, a kadrze i tak to nie pomoże.

Holandia + rzuty karne = płacz i zgrzytanie zębami. Tzn. karne da się strzelać, tylko płacz i zgrzytanie zębami zostają. Zawsze znajdzie się jakiś Advocaat, co zdejmie najlepszych, wprowadzi zgraję emerytów, a potem nie będzie chciał się podać do dymisji.



Bohaterki, których nie było, czyli...

...rękawiczki portugalskiego bramkarza. Ricardo odłożył je, gołymi rękami obronił karnego wykonywanego przez Dariusa Vassella. Koncern Nike się oburzył, bo w telewizji nie było widać jego logo. Za to Vieri i Totti powiedzieli o nowych butach Nike'a: "Czujemy się w nich jak zakopani w rozgrzanym piasku na plaży". Swoją drogą, jeśli Ricardo mógł zdjąć rękawiczki, oni mogli biegać boso.