Gdzie są gwiazdy z tamtych lat: sztangista Franciszek Benedik

Jeden z najlepszych zawodników w historii polskiego podnoszenia ciężarów nigdy nie pojechał na olimpiadę, mistrzostwa świata czy Europy. Jego pech polegał na tym, że akurat w tym czasie błyszczały również talenty Waldemara Baszanowskiego i Mariana Zielińskiego
Karierę rozpoczynał w 1959 r. w Gwardii Wrocław. - Chodziliśmy z kolegami po mieście i trochę z nudów zaszliśmy na halę, gdzie trenowali bokserzy. Usłyszałem jakiś hałas w piwnicy. Zszedłem na dół i zobaczyłem chłopaków podnoszących ciężary. Pomyślałem, że to jest to! - wspomina Benedik, który pochodzi z Małej Ligoty, miejscowości położonej koło Kędzierzyna-Koźla. - Po wojnie ojciec zdecydował, że przeniesiemy się do Wrocławia, bo tam łatwiej było znaleźć pracę - tłumaczy.

Szybko stał się jednym z najlepszych zawodników Gwardii. - Mój trener Lech Nowak umiał mobilizować mnie do pracy. Moim wielkim atutem było przygotowanie kondycyjno-szybkościowe. Wypracowałem je... na podwórku, grając godzinami, w co tylko się dało - opowiada pan Franciszek.

Kiedy w Gwardii przestano stawiać na podnoszenie ciężarów, w 1964 r.wraz z Hubertem Zimmermannem przeniósł się do HKS Szopienice. - Trafił tu jeszcze Longin Skowyra z AZS Wrocław i w ten sposób stworzyliśmy jeden z najsilniejszych klubów w Polsce - mówi.

Już rok później klub z Szopienic, pod okiem znakomitego trenera Czesława Białasa, zdobył drużynowe mistrzostwo Polski, a pan Franciszek sięgnął również po złoto indywidualnie w wadze lekkiej i pierwsze miejsce w sześcioboju ciężarowym. HKS przez trzy kolejne lata był w Polsce niepokonany.

- W latach 60. i 70. byłem na 5., 6. i 8. miejscu w światowych podsumowaniach. Na mistrzostwa świata czy Europy mogło pojechać jedynie dwóch zawodników z danego kraju, a ja miałem u siebie silniejszą konkurencję niż gdziekolwiek indziej na świecie. Zawsze byłem w cieniu Waldemara Baszanowskiego i Mariana Zielińskiego. Pierwszy z nich był przecież dwukrotnym mistrzem olimpijskim, zaś drugi trzykrotnym brązowym olimpijczykiem - wzdycha pan Franciszek. W 1964 r. zwyciężył w dorocznym Pucharze Bałtyku, pokonując m.in. czeskiego sztangistę Otahala. - Czech podszedł do mnie, poklepał po ramieniu i powiedział: "To przykre, mimo iż wygrałeś ze mną, to ja pojadę na olimpiadę, a nie ty" - wspomina Benedik.

Ciężary podnosił przez 18 lat. W ciągu 11 lat przewinął się przez wszystkie możliwe kadry. - Zawsze kończyło się na czterech kółkach olimpijskich. Piąte otrzymywali ci, którzy jechali na igrzyska - smuci się. Chociaż nie startował na żadnej światowej imprezie, został zasłużonym mistrzem sportu. - Ktoś mnie docenił mnie, ale przecież legitymacja mistrza sportu nie upoważnia mnie nawet do bezpłatnego wejścia na imprezę typu Liga Światowa w siatkówce - uśmiecha się.

Na podnoszeniu ciężarów nie zbił kokosów. - Nie dorobiłem się ani samochodu, ani domu, takie to były czasy. Ale to nic, szkoda tylko, że wtedy takie brzydkie puchary nam dawali - śmieje się Benedik, który mieszka na katowickim os. Tysiąclecia.

W połowie lat 70., już po zakończeniu kariery, pan Franciszek ukończył studium trenerskie na warszawskiej AWF i rozpoczął pracę jako szkoleniowiec w HKS. Najpierw jako asystent Białasa, a od 1980 r. samodzielnie. Później nastąpiły jednak trudne czasy dla ciężarowców. Z klubu musiało odejść 12 zawodników. Pozostali tylko utytułowany Marek Seweryn, który miał stypendium sportowe, i kilku juniorów. - Sekcja zaczęła się rozsypywać, w końcu spadliśmy do drugiej ligi - kręci głową. Ponowne odbudowanie sekcji trwało w Szopienicach prawie 10 lat. W 1994 r. HKS znowu awansował do pierwszej ligi, a pan Benedik odszedł na emeryturę. Dzisiaj pomaga córce Agnieszce w prowadzeniu sklepiku z prasą. - Z HKS mam jednak przez cały czas kontakt. Kiedy tylko mogę, jadę zobaczyć co nowego w klubie. Czasem podźwigam jeszcze jakieś ciężary dla utrzymania formy - dodaje.