Po meczu Portugalia - Holandia. Ile znaczy charakter

Oni walczyli jak o życie. A my? Po prostu graliśmy - powiedział Ruud van Nistelrooy, uznając wyższość Portugalii nad Holendrami. Gdy Luis Figo zachowywał się jak ktoś chwytający się kurczowo ostatniej szansy, Clarence Seedorf grał sobie kolejny mecz


Nieźle się zaczęło" - zaśmiał się Luis Figo, gdy w pierwszym zdaniu wywiadu padło pytanie: "Dlaczego gra pan teraz tak źle". Zbliżało się lato 2000, zbliżał się finał Ligi Mistrzów, w którym Real grał z Bayerem Leverkusen, zbliżał się mundial, na którym Portugalia miała wreszcie odegrać jakąś rolę. Figo grał z niewyleczoną kontuzją stawu skokowego. I rzeczywiście grał źle. Źle jak na wielkiego Figo, jedną z jaśniejszych gwiazd piłki. Potem zawiódł w meczu z Leverkusen, w Korei Portugalia nie wyszła z grupy. Był wolniejszy z meczu na mecz, coraz bardziej ociężały, coraz trudniej mu było grać główne role, do których przywykł. Miniony sezon w Madrycie był już tak zły, że pojawiły się głosy, iż odchodzi.

Ale duma starzejącego się gwiazdora, którego zaczęto ściągać z piedestału, została zraniona bardzo mocno. Nie pogodził się z przemijaniem, uznał, że Euro 2004 to będzie jeszcze raz jego czas.

Nie zaczęło się dobrze: była porażka z Grecją na starcie i ćwierćfinał z Anglikami, kiedy przy stanie 0:1 Scolari zdjął go z boiska. Koledzy uratowali dla niego ten turniej, w środę on poprowadził ich do finału. Po kompromitacji, jaką była na Euro gra Raula i Beckhama, po nieudanym występie samego Zidane'a, Figo ocalił coś w czarnym sezonie galacticos. I nie dokonałby tego wyłącznie słabnącymi nogami, gdyby wola walki nie odmłodziła go o kilka lat.

A Holandia? Porównywalne umiejętności ma przecież Clarence Seedorf, który zdobywał Puchar Europy z Ajaksem, Realem i Milanem. Półfinalista mistrzostw świata w 1998, półfinalista mistrzostw Europy 2000 wyglądał przy Portugalczyku jak dziecko, które nie bardzo wie, czego chce. Ten duch dominował zresztą wśród Holendrów. Van Nistelrooy przyznał, że błędy arbitra, który anulował jego gola i w każdej spornej sytuacji brał stronę gospodarzy, były w tym meczu trzeciorzędne. Holendrzy nie sprostali wyzwaniu. Może nawet nie zabrakło im klasy, ale charakteru na pewno.

Z jednej strony mieliśmy więc fenomenalnych bocznych obrońców Nuno Valente i Miguela, który sprawił, że Robben już po 30 minutach nadawał się do zmiany, z drugiej van Bronchorsta, który biegał za Figo tak, jakby ktoś zawiesił mu na plecy 20-kg odważnik. Portugalscy obrońcy dominowali pod bramką Ricardo, a jeszcze często szli do przodu. Najlepszy na Euro środkowy obrońca Ricardo Carvalho wykonał zasłonę dla Ronaldo, żeby mógł zdobyć pierwszą bramkę. Gdzie byli wtedy Stam i Bouma? Deco grał dobrze, Maniche miał strzał życia, Ronaldo na naszych oczach przeobraża się z bezproduktywnego dryblera w dojrzałego piłkarza. Portugalczycy mieli tylko jeden słaby punkt - Pauletę, jak dotąd kandydata do tytułu najgorszego napastnika tych mistrzostw.

Czym mogli się przeciwstawić Holendrzy? Walkę podjęli Overmars (zmieniony przez Advocaata) Reziger, Davids, van Nistelrooy: każdy osobno, na własną rękę, każdy w innym miejscu boiska. Najlepszym z nich był jednak bramkarz van der Saar i to wystarczający dowód, że półfinału Euro 2004 nie rozstrzygnął sędzia ani przypadek.