Ruud van Nistelrooy: Zabawna grupa śmierci

- Jeszcze nigdy nie grałem dla Holandii, będąc w tak wspaniałej formie. Przyszła we właściwym momencie. Moim zdaniem Szwedzi, czyli nasz kolejny rywal, to jak dotąd najsilniejszy zespół Euro - mówi holenderski napastnik Ruud van Nistelrooy.
Napastnik Manchesteru United był bohaterem wieczoru. Z przyciężkawą i obszerną nagrodą dla gracza meczu - piłkarze zwykle jak najszybciej się jej pozbywają (w każdym chwilowo) - dumnie wkroczył do strefy mieszanej. Sprawiał wrażenie najszczęśliwszego wśród Holendrów, którzy awansowali do ćwierćfinału dzięki porażce Niemców z pewnymi awansu już wcześniej Czechami.

Już w przerwie wyrzucił Pan ręce w górę, jakby wiedział, że czeskie rezerwy nie odpuszczą...

- To nie tak. Z reakcji trybun wywnioskowałem, że padły dwie bramki, obie dla Czech. Dopiero koledzy uświadomili mi, jak jest naprawdę. A Czechom mówię "dziękuję".

Ciężko się gra, gdy wiadomo, że i tak najważniejsze toczy się na innym stadionie, oddalonym o setki kilometrów?

- Większy wpływ miało samopoczucie po meczu z Czechami. Byliśmy głęboko przybici. Nie stylem, nie naszym występem, ale wynikiem. Po czymś takim człowiek naprawdę może się załamać. Teraz wydaje mi się, że ta nasza grupa była po prostu zabawna. Z Niemcami gramy źle, nawet bardzo źle, i jest remis. Z Czechami wszystko wychodzi nam fantastycznie, mamy początek jak marzenie, i jest porażka. Z Łotwą łatwo wygrywamy, ale to ma drugorzędne znaczenie. Kiedy przed Euro zastanawiałem się, jak może przebiegać rywalizacja w naszej grupie, przychodziły mi do głowy najróżniejsze historie. Ale nie taka, że wyjdziemy z niej mimo zdobycia tylko jednego punktu po dwóch kolejkach! Wyjaśnienie jest jedno: zdarzył się cud. Teraz mam nadzieję, że stać nas na coś więcej, niż pokonanie Łotwy.

Gdybyście odpadli, Pan i tak byłby jednym z bohaterów turnieju. Bywało, że cztery bramki dawały tytuł króla strzelców...

- Wierzcie lub nie, ale dla mnie liczą się tylko gole dające punkty, choć wiem, że ludzie widzą w napastnikach czystych egoistów. Kiedy mnie spytano o moją bramkę w meczu z Niemcami - przyznaję, że wyjątkowo ładną - odpowiedziałem: tak naprawdę ucieszyłem się z niej dopiero po końcowym gwizdku. Gdybyśmy przegrali, byłaby czystą statystyką.

Tak czy owak akurat Pan jest w fenomenalnej formie...

- To prawda, w reprezentacji tak jeszcze nie grałem. Nigdy zresztą nie brałem udziału w imprezie tej rangi, przecież debiut na mundialu również przede mną. Tzn. mam nadzieję, że przede mną... I muszę powiedzieć, że Euro to impreza absolutnie niezwykła. Dopiero tutaj to zrozumiałem. Przyjeżdżasz jako piłkarz jednego z 16 finalistów, mijają dwa tygodnie, jesteś w ósemce, minie jeszcze tydzień i możesz być mistrzem. To niewiarygodne, że tak cenne trofeum można zdobyć tak szybko! Dotąd musiałem ciężko pracować przez cały rok na mistrzostwo ligi czy jakiś puchar. Euro jest jak mgnienie, jak sen. Wygramy jeszcze jeden mecz i jesteśmy w czwórce najlepszym na kontynencie... Wspaniałe...

Drugi bohater Holandii to Arjen Robben...

- On ma wszystko: jest szybki, mija każdego, jak chce, świetnie wykłada piłkę napastnikom, sam strzela gole. Wszystko w wieku 20 lat. To bez wątpienia jeden z kilku największych talentów w dzisiejszej piłce. Dobrze, że przenosi się do Premier League. W Chelsea odnajdzie się natychmiast, to klub dla niego. Dla niego, bo na miarę jego możliwości.

Szwecja w ćwierćfinale to też odpowiednie wyzwanie dla niego?

- W takich dniach udowadnia się swoją klasę, bo moim zdaniem czeka nas niesamowicie ciężka przeprawa. Pytano mnie już, czy szykuję się na półfinał przeciw Anglii. Szwecja jest za silna, by stawiać takie pytania. Ten mecz nie ma dla mnie faworyta. Oba zespoły w dobrym dla siebie dniu mogą wygrać z każdym rywalem, i to nie tylko z Europy. Ile goli strzelili Szwedzi? Osiem? Według mnie pokazali jak dotąd najlepszy futbol na mistrzostwach.

Czy Ruud van Nistelrooy zostanie królem strzelców?