Sport.pl

Wizyta w Casa Azzuri - korespondencja z Lizbony

- Od 40 lat siedzę w calcio, więc nie mówcie mi, że Azzuri mają grać jak Milan! Awansowaliśmy do Euro, grając w pewnym stylu i będziemy się go trzymać. Na razie nie ma możliwości, żeby Italia grała z sześcioma stranieri - pokrzykuje trener Giovanni Trapattoni


O niecałe 10 minut jazdy pociągiem z centrum Lizbony leży port Belem. W roku 1497 wypłynął z niego do Indii Vasco da Gama. Przywiózł niewielki ładunek pieprzu, który okazał się wart więcej złota niż koszt całej ekspedycji. Król Portugalii Manuel I, zadowolony z odkrycia drogi do Indii, kazał w podziękowaniu dla Matki Boskiej wznieść w Belem klasztor Hieronimitów. Stanął na miejscu kaplicy, gdzie wielki żeglarz wraz z resztą załogi spędził na modlitwie ostatnią noc przed wypłynięciem. Tam w 1523 roku spoczęły szczątki da Gamy. Dziś gotycko-renesansowy Mosterio dos Jeronimos o niezwykłej, misternej ornamentyce i urokliwych krużgankach uważany jest za jedną z najpiękniejszych budowli Portugalii.

Na czas Euro 2004 u stóp klasztoru swój obóz rozbiła reprezentacja Włoch. Na wprost białych murów powstała Casa Azzuri (czyli "Dom niebieskich"), gdzie pod wielkim namiotem mieszczą się tymczasowe biura Włoskiej Federacji Piłkarskiej, centrum prasowe, włoska knajpka, wielki ekran do oglądania meczów dla tych, którzy nie dostaną się na stadion i... stoły do piłkarzyków. Po otrzymaniu akredytacji dziennikarze mogą spotkać się tu z trenerem Giovannim Trapattonim i wybranymi piłkarzami dowożonymi z luksusowego hotelu Pestana Palace. Dwie przecznice od Mosterio leży stadion Belenenses, gdzie trenuje Squadra Azzura. - To piękne miejsce. Co krok człowiek obcuje ze wspaniałym dziedzictwem. My, Włosi, czujemy tu pełną harmonię - mówi Trapattoni.

Środowe spotkanie z mediami nie dotyczyło sztuki, lecz spraw dalece bardziej poważnych. Dziennikarze chcieli wiedzieć co "Trap" zrobi z buntownikami na dwa dni przed rozpoczęciem Euro. Dzień wcześniej pomocnik Milanu Gennaro Gattuso dał wyraz frustracji, że Andrea Pirlo i on - mistrzowie Włoch - nie mają miejsca w pierwszym składzie, a zamiast nich przeciwko Danii na środek pomocy szykowani są Cristiano Zanetti i Simone Perrotta. Jedynym "milanistą" mającym pewne miejsce w wyjściowej jedenastce jest filar defensywy Alessandro Nesta.

- To absurd, że Pirlo nie zagra, bo jest w światowej formie. A ja? Gram w drużynie narodowej od pięciu lat, a wciąż traktuje się mnie jak debiutanta. Obaj z Andreą mamy za sobą dwa wspaniałe sezony i nie rozumiem, dlaczego trener uważa, że Italia nie może grać jak Milan. Dlaczego nie chce powtórzyć naszego sukcesu? - irytował się Gattuso.

Trapattoni odparł, że przyjął te słowa z... radością. - To ludzkie, co zrobił. Pokazał mi, że jest ambitny i chce grać. Bardzo się z tego cieszę i nie zamierzam go karać. Reprezentacja jest dla mnie jak rodzina, a piłkarze jak dzieciaki, rozbrykani siostrzeńcy. Kilku z nich czasem zachowa się zbyt żywiołowo, ale czy któryś rodzic wyrzuciłby za to z domu własne dzieci? - odpowiadał były trener Juventusu Turyn. Po czym skrytykował rozumowanie Gattuso, mówiąc, że reprezentacja narodowa to nie Milan, Inter, Lazio, Roma czy Juve, i musi grać we własnym stylu. W Milanie gra sześciu obcokrajowców z Kaką i Szewczenką na czele - grzmiał włoski trener.

Sytuację rozładował dziennikarz z Chin, który w środku dyskusji o tym, czy kadra ma grać bardziej ofensywnie, włączył się z pytaniem, co Trapattoni sądzi o chińskim futbolu? - Eee, żywię bardzo dużo respektu i przesyłam wszystkim Chińczykom wyrazy sympatii - odparł trener, powstrzymując śmiech.

Dziennikarze zapytali, co o słowach Gattuso sądzą Alessandro del Piero, Gianluka Zambrotta, Christiano Zanetti i Massimo Oddo, którzy mieli dyżur dla prasy. 80 procent Włochów, włażąc sobie na barana i stając na krzesłach, zgromadziło się rzecz jasna przy del Piero - najbardziej kochanym piłkarzu w Italii. Ja podszedłem do Oddo. - Nie ma żadnej rewolty w drużynie. Wystarczy spojrzeć na nas na treningu - stanowimy jedność. Każdy ma swoją opinię. Ja też, jak Gattuso, chcę grać na Euro 2004 - odparł obrońca Lazio.

Tymczasem del Piero rozmawiał tylko po włosku. Nawet na zadawane po angielsku pytania Duńczyków i Szwedów (grają w jednej grupie). Tłumaczył mu je oficer prasowy. - After, after. Później dostaniecie tłumaczenie - odpowiada i zaprasza za godzinę, kiedy spisze rozmowę z dyktafonu i podyktuje nam słowa del Piero. Wściekli Duńczycy i Szwedzi idą wyżyć się na playstation.

Po 60 minutach wrócił oficer prasowy z karteczką, na której zapisał dziesięć linijek. Del Piero mówi, że podoba mu się w Portugalii, że pogoda tu taka jak we Włoszech. Że nie powie, na kogo odda głos w wyborach do Parlamentu Europejskiego (włoscy piłkarze mogą głosować z Portugalii). Że bez żalu odda Francesco Tottiemu numer "10", z którym gra w Juve, i zadowoli się "7". Że nie czuje się przez to mniej ważny w kadrze. Że nie boi się rywali grupowych Danii, Szwecji i Bułgarii ani żadnej innej drużyny na Euro 2004 i niech ten turniej wreszcie się zaczyna, bo oczekiwanie jest nieznośne.