Rozmowa z Grzegorzem Schetyną, właścicielem Idei Śląska

Tym składem mogliśmy osiągnąć trochę więcej. Powiem wprost - stać nas było na mistrzostwo. Był jeden warunek - zespół musiałby być w lepszej kondycji fizycznej, a dla nas sezon zakończył się na Pucharze Ligi. Kolejnego szczytu formy nie udało się zbudować - mówi Grzegorz Schetyna


Andrzej Jaworski: Czy zakończenie sezonu było dla Pana rozczarowaniem?

Grzegorz Schetyna: Cały sezon był "rozczarowaniem pozytywnym". Okazał się sukcesem, osiągnęliśmy ogromnie dużo, zagraliśmy świetnie w Eurolidze, zdobyliśmy Puchar Ligi, pierwsze miejsce po sezonie zasadniczym. Zabrakło tylko tego najważniejszego, czyli mistrzostwa Polski. I to było jedynie rozczarowujące. Sezon jednak uważam za sukces i będę tej oceny bronił. Jeszcze nigdy bowiem tak dobrze nie zaprezentowaliśmy się w Europie.

Czy Prokom był poza zasięgiem?

- Przez te dni, kiedy rozgrywany był finał - tak. Wcześniej jednak bardzo łatwo i lekko wygraliśmy z nimi w Pucharze Ligi we Włocławku. Moim zdaniem naszym największym problemem było to, że zakończyliśmy rozgrywki właśnie na Pucharze Ligi. Nie udało nam się tak przygotować drużyny, aby ta osiągnęła drugi szczyt formy na finał, czy w ogóle na play off. O przyczynach można dużo mówić, ale tu tkwił problem. Graliśmy wąską grupą zawodników, która coraz bardziej się zawężała, i to miało wpływ na postawę w finale, gdy byliśmy fizycznie słabsi od dziesiątki koszykarzy Prokomu.

Czy to oznacza, że trener popełnił błąd w przygotowaniach, czy może źle skalkulował niektóre sprawy?

- Nie chcę oceniać trenera, bo na razie chyba jeszcze jest na to za gorąco. Na pewno to nie jest kwestia przygotowania. Chodzi o to, że Robert Skibniewski grał sporo na początku sezonu, Radosław Hyży również, nawet wychodził w pierwszej piątce, a później nagle przestawali pojawiać się na parkiecie. Ich użyteczność stawała się iluzoryczna. Trudno bowiem oczekiwać od zawodnika, który nie gra miesiące nawet w meczach ze słabymi rywalami, aby w kluczowym momencie dał wsparcie drużynie czy stał się liderem. Jakoś nie bardzo można sobie tego wyobrazić.

Czyli trener mógł inaczej rotować składem w trakcie rozgrywek?

- Mógł wierzyć koszykarzom, bardziej im ufać, i Hyży jest tutaj najlepszym przykładem. To zawodnik waleczny, z ogromnym sercem, twardy, świetny obrońca. I dopiero kontuzja Tomczyka pokazała, jakie były jego możliwości w tym sezonie. Wcześniej tego nie pokazywał, bo nie mógł.

W finale ci, co mieli ciągnąć zespół, nie mieli już sił, a ci, co już musieli pomóc, nie bardzo byli na to przygotowani.

- Nie byli w optymalnej dyspozycji - taka była obiektywna sytuacja.

Czy nie kusiło jednak Pana, aby w trakcie rozgrywek dokonać jakichś korekt w składzie?

- Można było coś spróbować, tylko to jest kwestia korzystania z tych korekt. Hyży nie gra, Skibniewski również, Ignerski mało. I jeżeli gramy sześcioma czy siedmioma zawodnikami i ligę, i Euroligę, to wiadomo, że to może się źle skończyć. Przynajmniej trzeba to zakładać. Jakiego zawodnika trzeba by sprowadzić, jakiego kalibru, aby on przekonał trenera na tyle, aby otrzymał więcej minut? To musiałaby być jakaś gwiazda, a na to nie mieliśmy możliwości.

Nie uważa Pan jednak, że na początku sezonu ten zespół był źle zbilansowany? Na jednych pozycjach było za dużo graczy, na innych brakowało zmienników.

- Dla Teina zmiennikiem miał być Kościuk, który grał kiedyś na dwójce, oraz Greer, aby uruchomić na rozegraniu Skibniewskiego. I to się udało w finale w ostatnim meczu, gdy okazało się, że Greer może grać na dwójce. Hyży powinien od razu być wprowadzany na pozycje silnego skrzydłowego, aby odciążyć Tomczyka, żeby on z kolei nie musiał grać aż tak długo. Oczywiście, skład nie był idealnie zbilansowany, ale można było grać w ten sposób. Z góry założyliśmy, że Adam Wójcik jako środkowy jest naszą przewagą, bo w Europie takich centrów szybkich, skocznych, mobilnych z rzutem z dystansu mało kto zatrzyma. I to się sprawdziło.

Trener zakończył zatem wraz z finałem pracę w Śląsku.

- To nic nie znaczy, bo na razie na wszystkie oceny są jeszcze bardzo na gorąco. Twierdzę jednak, że tym składem mogliśmy osiągnąć trochę więcej. Powiem wprost - stać nas było na mistrzostwo. Zaryzykowałbym to stwierdzenie, lecz był warunek - zespół musiałby być w lepszej kondycji fizycznej.

Co dalej z tym zespołem?

- Pod kontraktami jest siedmiu koszykarzy. O reszcie będzie decydował trener. On wybierze rozgrywającego, środkowego, czyli kręgosłup drużyny.

Czy w takim razie rola Ryana Randle'a ograniczy się do tego, co w minionym sezonie?

- On może grać i piątkę, i czwórkę. Uważam, że będzie coraz lepszy - ma nawet zaproszenie na ligę letnią do Cleveland Cavaliers, ale potrzebuje pracy. Jest urodzoną czwórką, na tej pozycji grał od początku, na uniwersytecie wymiennie z pozycją środkowego. Jeżeli będzie się w niego umiejętnie inwestować, poprawi grę tyłem do kosza, może być dobrym centrem na polską ligę.

Czy on jednak nie będzie blokował miejsca dla lepszego koszykarza ze Stanów Zjednoczonych?

- Mamy jeszcze jedno miejsce, a rozgrywającym może przecież być ktoś z Europy. Randle to koszykarz bardzo perspektywiczny, chce tu grać, w trakcie sezonu zrobił olbrzymi postęp i pomógł drużynie.

Nie ma jednak jeszcze trenera, a już została podjęta ważna decyzja: zatrudniliście amerykańskiego zawodnika na pozycję środkowego.

- Z Randle'em chcieliśmy podpisać umowę już wcześniej, bo uważamy, że to jest dobra inwestycja dla tego klubu, czy będzie grał jako środkowy czy skrzydłowy, to dobra dusza tego zespołu. Teraz grał mało, a w najważniejszych meczach i tak dał ogromną pomoc. Nie wiem, kto będzie podstawową piątką, może Randle, ale ten wybór, a także pozycję rozgrywającego pozostawiamy już trenerowi. On wskaże pięć następnych nazwisk. Trudno było z Randle'em nie podpisywać i czekać na trenera, bo uważam, że to wartościowy koszykarz.

Rozmawiacie już zatem z trenerem?

- Chciałbym, aby był w czerwcu, aby można było już wszystko dokładnie zaplanować, bo tym razem kalendarz przygotowań będzie nietypowy. Dlatego do końca czerwca koncepcję chcemy mieć zamkniętą.

Ale rozmawiacie z kandydatami?

- Zastanawiamy się.

Podstawowe nazwisko, jakie pojawia się, to Andrej Urlep. Realny jest jego powrót do Wrocławia?

- O to należałoby jego zapytać.

Z Greerem w ogóle będziecie podejmować rozmowy, czy zatrzymanie go jest nierealne?

- Oczywiście będziemy rozmawiać, ale uważam, że sprawa jest trudna. On ma sporo propozycji z Europy, a marzy o NBA. Być może stanie się tak, że uda nam się go ponownie zatrudnić pod koniec października?

Wójcik będzie chciał tu zostać już do końca kariery?

- To pytanie do niego, ale bardzo bym chciał, aby tak się stało. Jest stąd i najbliżej mu do Śląska. Zobaczymy.

A Ignerski i Tein?

- Chciałbym, aby Ignerski został. Jest graczem rozwojowym, młodym, więc może nie dał takiego oczekiwanego wsparcia w trakcie play off. Też będzie w Ameryce, będzie próbował, ale jestem bardzo otwarty na dalsze rozmowy. Zawsze bowiem chciałem, żeby tu grał. Tein? Miałem do niego spory sentyment i dobrze go oceniałem za znakomitą robotę, jaką wykonywał w trakcie sezonu. Niestety, w finale, kiedy bardzo na niego liczyliśmy przy kontuzji Tomczyka, zawiódł. I było to dla mnie niezrozumiałe dlaczego? Czy psychicznie, czy fizycznie, bo może grał za dużo? A może nałożyło się to wszystko naraz? Rzeczywistość okazała się taka, że zawiódł i co do jego przyszłości musi się wypowiedzieć trener.

Rozczarował was tym, co powiedział po meczu?

- Tak, bo po takim meczu, po porażce, szukanie winy na zewnątrz, a nie w sobie, cokolwiek, by to nie było, jest delikatnie mówiąc, nie na miejscu.

Powiedział to jednak pytany o przyszłość niż w formie tłumaczenia.

- Nie powinien jednak po takich meczach tak mówić.

To jak to jest z tymi zaległościami w Śląsku?

- Sprawa jest prosta, mamy podpisane umowy i będziemy je realizować. To jest oczywiste. Jeżeli są zaległości, to je uregulujemy, zawsze tak było w tym klubie. To tylko kwestia czasu.

Skąd jednak się biorą?

- Z różnych kwestii: sponsorów, Euroligi. Nie chcę jednak wnikać. Mamy zobowiązania jako klub i nie będziemy się teraz tłumaczyć, skąd się biorą zaległości. To zaległości klubu i klub będzie je realizował.

Podstawowy problem na razie to chyba jednak sponsor. Rozmawiacie z Ideą?

- Tak. Umowa się skończyła i teraz obie strony muszą podjąć strategiczną decyzję. Wiem, że jest dużo hałasu i plotek o przejściu Idei do Sopotu i powtórzeniu wariantu tenisowego, ale ja w taki układ nie wierzę. Dla mnie byłoby to schowanie się gdzieś za inną potężną firmą, a bycie drugim czy trzecim sponsorem w nazwie to trochę nieracjonalne. Dlatego też Idea tak dużo osiągnęła przez tych kilka lat współpracy z nami. Rozmawiamy też z innymi firmami, sprawa jest otwarta. Wierzę, że podpiszemy dobrą umowę strategiczną i będziemy mieli też kilku sponsorów wspierających.

Czy wy się zgłaszacie do firm, czy oni do was?

- Śląsk ma już markę i zdarzyło się, być może po raz pierwszy w historii, że firmy prowadzone przez prestiżowe agencje reklamowe pytają się nas o oferty. Chcą tu być, bo Śląsk ma markę.

Nie obawia się Pan jednak, że zdobycie mistrzostwa przez Prokom może przełożyć się na dłuższą hegemonię tego klubu w Polsce, tak jak niedawno Śląska? Finansowo może być wam ciężko ich prześcignąć.

- My wygrywaliśmy zawsze z mniejszymi budżetami, niż dysponowali ci, przeciwko którym graliśmy. Dlatego się nie obawiam. Oczywiście źle byłoby, gdyby powstała sytuacja kominowa, pierwsza drużyna z budżetem powiedzmy 15 milionów dolarów, a druga dwóch. Nie ma jednak salary cup, więc wszystko jest możliwe. A rywalizacji czy konkurencji się nie obawiam.

Czy nie jest jednak tak, że w Polsce - poza poprzednim sezonem, w którym triumfował Anwil - zawsze wygrywa ten, kto ma najwięcej pieniędzy?

- Zapewniam, że my zawsze wygrywaliśmy z nie największym budżetem. Może raz za Katzurina cztery lata temu. Teraz po raz drugi zdarzyło się, że wygrała drużyna dysponująca największymi pieniędzmi. Mogę wskazać, kto miał więcej pieniędzy, gdy sięgaliśmy po złoto: najpierw Pruszków, jeszcze wcześniej 10,5 Basket Poznań, później Włocławek.

W kontekście gry w europejskich pucharach pieniądze mogą mieć już spore znaczenie. Katzurin twierdzi, że to, co Śląsk osiągnął w Eurolidze, to był cud i drugi raz z takim budżetem nie da się tego powtórzyć. Nie można bazować na tym, co było, i bez większych pieniędzy nie da się zrobić kolejnego kroku naprzód.

- Gdybyśmy lepiej rozegrali końcówkę z Pamesą albo gdyby Wójcik nie dostał technicznego faulu w Stambule, albo gdybyśmy zagrali racjonalniej w ostatnich minutach z Tau, to już teraz osiągnęlibyśmy historyczny wynik. Zabrakło zatem niewiele. Wszystko zatem da się zrobić, trzeba tylko wierzyć. Nie lubię takiego gadania o pieniądzach i podkreślania, że mieliśmy mniej kasy, więc dlatego przegraliśmy. Mieliśmy mniejszy budżet w porównaniu do tuzów Euroligi, ale trudno, abyśmy oczekiwali, że będziemy dysponować takimi pieniędzmi jak Benetton czy CSKA. To jest bowiem niemożliwe. My jednak wygrywaliśmy, Roma miała natomiast jeden z większych budżetów w Eurolidze, a mimo to zajęła ostatnie miejsce w swojej grupie. Tak bywa, a wynik to kwestia sumy doświadczeń, pieniędzy, szczęścia, pracy, dobrego terminarza, trenera, publiczności. Wszystkiego.

Kto teraz zagra w Eurolidze?

- Moim zdaniem Euroliga będzie szukać pomysłu na to, jak zaprosić Śląsk. Nie chcę jednak doprowadzić do takiej sytuacji, że jest rywalizacja między nami a Prokomem. Nikt nie chce bowiem zabierać Sopotowi Euroligi. Uważam jednak, że ogromne wrażenie na ULEB-ie zrobiła publiczność we Wrocławiu, plus nasze występy sportowe. Kibice byli fantastyczni, zaangażowani, świetnie się zachowujący, mieliśmy zawsze sto procent sprzedanych biletów. To ogromnie ważne, bo przecież fani tworzą widowisko. I tak przy okazji chciałem im podziękować za cały sezon, a przede wszystkim za ten koniec. Sześć tysięcy ludzi było w stanie podziękować i docenić to, co zespół zrobił przez całe rozgrywki. Dlatego właśnie warto walczyć o mistrzostwo Polski. To była wielka rzecz i chyba tylko we Wrocławiu jest możliwe na taką skalę. Trzeba się cieszyć z tego, że mamy szczęście, aby dla takich ludzi grać.

Rozmawiacie w ogóle na temat Euroligi z ULEB-em?

- Nie, to wszystko pozostaje w ich gestii. Nie chcę podejmować żadnych rozmów, aby nie wywoływać jakiegoś złego kontekstu, że z kimś walczymy czy coś chcemy komuś zabierać. To jest zupełnie inna sytuacja niż przed rokiem.