I liga: Górnik Łęczna - Wisła Kraków 0:1

Po zdobyciu trzech punktów Wisłę dzieli już maleńki krok od mistrzostwa Polski. Stanie się tak, jeśli Legia przegra lub zremisuje choćby jeden z trzech meczów, jakie jej pozostały do końca rozgrywek. Stanie się tak, jeśli Wisła wygra (bez względu na wyniki Legii) choć jeden mecz z dwóch, jakie jej pozostały.
Malkontenci będą narzekać, że potężna Wisła znowu zadowoliła się minimalnym zwycięstwem nad beniaminkiem, najsłabszym zespołem wiosny. Trzeba jednak zauważyć, że w Łęcznej była o klasę lepsza od rywala, chociaż wynik na to nie wskazuje.

Wracający do podstawowego składu Maciej Stolarczyk (fryzurą i brodą przypominał wojownika wikingów, a to pasuje do jego walecznego stylu gry) strzelił gola na wagę trzech punktów. Udowodnił w ten sposób, że nie zasłużył na rolę rezerwowego. Mamy propozycję dla trenera Kasperczaka: po powrocie Nikoli Mijailovicia z młodzieżowych mistrzostw Europy niech jeden z lewych obrońców zagra na skrzydle!

Musieli liczyć na cud

"Stolarz, idź!" - zachęcał lewego obrońcę Henryk Kasperczak i faktycznie, Maciej Stolarczyk już w 2. min popisał się groźnym strzałem z dystansu, po którym piłka minęła słupek. Beniaminek ekstraklasy ani myślał czekać z odpowiedzią: Tomasz Prasnal po stracie piłki przez Mirosława Szymkowiaka kopnął w górny róg bramki, a zmuszony do największego wysiłku Radosław Majdan wybił piłkę na słupek.

W takich momentach kibicom z Łęcznej dźwięczą pewnie w uszach słowa piosenki wielkiego fana Krzysztofa Cugowskiego, który śpiewa w hymnie o Górniku: "Ty nigdy nie liczysz na cud". Tym razem górnicy musieli liczyć na cud. Zwłaszcza że ich najlepszy piłkarz jesienią Sylwester Czereszewski może straszyć tylko nazwiskiem - po kontuzji jest w fatalnej dyspozycji.

Słabe skrzydła

Początkowe pięć minut miało stanowić zakąskę przed głównym daniem, specjalnością krakowskiej kuchni. Nic z tego, do końca kibice musieli obejść się smakiem. Słabo działał wiślacki atak oskrzydlający, a blok defensywny miejscowych był ustawiany coraz bardziej z tyłu, przez co środkowi pomocnicy z Krakowa mieli kłopoty z podaniami do napastników. Maciej Żurawski z Tomaszem Frankowskim musieli wychodzić na 30 m po piłkę. "Żuraw" musiał grać tyłem do bramki, obrońcy wybiegali zza jego pleców i tak kończyła się większość akcji wiślaków.

Na lewej stronie Damian Gorawski grał nierówno. Częściej przebijał się wzdłuż linii Stolarczyk (po jego akcji w 20. min "Gora" główkował minimalnie za wysoko). Na przeciwnej flance Kalu Uche zaczął dobrze (po jego centrze Janusz Wolański o mały włos nie strzelił sobie bramki samobójczej), jednak później zaczął wchodzić do środka, a przy zbyt rzadkich wypadach do przodu Marcina Baszczyńskiego w pierwszej połowie prawe skrzydło "Białej Gwiazdy" było bezproduktywne.

Podkręcili tempo

Ekipa Henryka Kasperczaka pokazała klasę w samej końcówce pierwszej części gry. Gdy podopieczni Jacka Zielińskiego myśleli już o przerwie, krakowianie podkręcili tempo, grali wyłącznie z pierwszej piłki. W ten sposób zamykali rywala właściwie w jego polu karnym. Wreszcie Szymkowiak z rzutu rożnego wycofał przed linię szesnastki do Żurawskiego, ten bez przyjęcia lewą nogą skierował piłkę do Stolarczyka, który - również lewą i tak samo z pierwszej piłki - kopnął do siatki. Bramkarz Robert Mioduszewski nawet nie drgnął.

Poprzeczka "Żurawia"

Po zmianie stron było o wiele ciekawiej. Zawodnicy Górnika, chcąc ratować twarz (zajrzała im w oczy szósta z rzędu porażka), ruszyli do przodu, a że Wisła nie zamierzała murować bramki, dochodziło do spięć na jej polu karnym.

Niebezpiecznie było w 57. min, gdy Paweł Bugała dostrzegł nieobstawionego z lewej strony Grzegorza Bronowickiego, a ten wypalił z 15 m w środek bramki i Majdan musiał ratować zespół piąstkowaniem piłki na róg.

Rozegrał się po przerwie "Żuraw". Miał teraz znacznie więcej swobody. Mógł przyjąć piłkę, minąć kilku rywali i strzelić w swoim stylu (tak jak w 60. min, gdy Mioduszewski obronił "na raty"). Dwanaście minut później kapitan Wisły z wolnego huknął w poprzeczkę (dobitkę Uche obronił Mioduszewski).

W pełni kontrolowali

W miarę upływu czasu widać było, że goście są o klasę lepsi kondycyjnie. Pressingiem w strefie bazowej skutecznie trzymali łęcznian z dala od własnej bramki. Trener Kasperczak domagał się kolejnych bramek i bez przerwy dyrygował zza linii bocznej. Nawoływał: "Kalu! Zejdź do boku" albo: "Baszczu! Pokaż się na skrzydle!". Wiślacy atakowali do końca. Nie przypieczętowali zwycięstwa drugą bramką, ale w pełni kontrolowali to, co się dzieje na boisku.

W ostatnich sześciu minutach Górnik musiał sobie radzić w dziesiątkę, gdyż po faulu na Szymkowiaku Wolański zobaczył drugą żółtą kartkę. Nawet wtedy kibice miejscowych mieli jeszcze nadzieję i mobilizowali swoich piłkarzy: "No, ruszcie się do przodu, przy przegracie 1:0 czy 2:0, to wszystko jedno, a może uda się wyrównać".

Gromkie "Maciej Stolarczyk" z gardeł 200 krakowskich kibiców - to najlepszy komentarz dla znakomitego występu "Stolara".

Jeśli dziś w Grodzisku Legia choćby zremisuje, mistrzem Polski zostanie Wisła. Jeśli Legia wygra, krakowianom wystarczy zwycięstwo w meczu z Polonią (8 czerwca u siebie). Po mistrzowską koronę wystarczy już tylko wyciągnąć rękę...

Górnik Łęczna0
Wisła Kraków1 (1)
Strzelec bramki

Wisła: Stolarczyk (44. po podaniu Żurawskiego).

SKŁADY

Górnik: Mioduszewski - Bożyk, Soczewka, Pawelec Ż - Wolański Ż, CZ (84.), Budka, Prasnal Ż, P. Bronowicki Ż (80. Nikitović), Bugała, G. Bronowicki - Czereszewski (66. Szałachowski).

Wisła: Majdan - Baszczyński, Kłos, Głowacki Ż, Stolarczyk - Uche, Cantoro, Szymkowiak, Gorawski (70. Brożek) - Frankowski (80. Kukiełka), Żurawski.

Sędziował Piotr Siedlecki ze Szczecina. Widzów 6 tys.



Czołówka I ligi

1. Wisła246167:27
2. Legia235344:15
3. Amica 234445:23
4. Groclin233951:28
Wiśle pozostały mecze: z Polonią (dom) i Lechem (wyjazd)

Legia gra jeszcze: z Groclinem (w), Widzewem (d), Katowicami (w)