Zrobić krok do przodu - rozmowa z najbardziej cenionym polskim siatkarzem ligi włoskiej

Krzysztof Stelmach, najbardziej ceniony polski siatkarz w lidze włoskiej: Jeśli nie wygramy, to znaczy, że jesteśmy za słabi na igrzyska, i nie ma sensu szukać usprawiedliwień. Słabszych rywali niż tych w Portugalii trudno sobie wyobrazić
W piątek w Portugalii rozpoczyna się turniej kwalifikacyjny do olimpiady. Polska zmierzy się z gospodarzami, Wenezuelą i Kazachstanem. Do Aten pojedzie tylko zwycięzca. Jeśli będą to zawodnicy Stanisława Gościniaka, będą na igrzyskach jedynym naszym przedstawicielem gier zespołowych.

Arkadiusz Kuglarz: Od kilkunastu lat gra Pan w uważanej za najlepszą na świecie lidze włoskiej. Kilku innych Polaków, którzy próbowali sił we Włoszech, wróciło do kraju na tarczy. W czym tkwi wyjątkowość Stelmacha?

Krzysztof Stelmach: Nie wiem, dlaczego Polakom tak trudno zaaklimatyzować się w lidze włoskiej. Byłbym nie w porządku, gdybym oceniał kolegów. Myślę jednak, że trzeba mieć talent, szczęście i włożyć w to, co się robi, dużo pracy. Nie mówię, że inni się nie wysilali, ale... Nie wystarczy pracować jak w fabryce - osiem godzin i koniec. Trzeba być siatkarzem przez 24 godziny na dobę - niezależnie od tego, czy się gra, trenuje, je, śpi czy odpoczywa.

Były trener reprezentacji Ryszard Bosek twierdzi, że jest Pan stuprocentowym profesjonalistą.

- Robię to, co lubię, jest to doceniane i jeszcze mi za to mi płacą. Czego chcieć więcej? Ja żyję siatkówką. Gdy nie gram tydzień, czuję się fatalnie i fizycznie, i psychicznie. Włożyłem w siatkówkę całe swoje serce, poświęciłem jej większość swojego życia, poparłem to ciężką pracą i dlatego tak długo gram w tak silnej lidze. Nie chciałbym się nad tym więcej rozwodzić, bo ktoś powie, że się facet wymądrza.

W opinii wielu fachowców jest Pan uważany za jednego z najlepiej wyszkolonych technicznie polskich zawodników.

- Mówiło mi to kilku trenerów. Właśnie techniką nadrabiam inne rzeczy, nie skaczę bowiem metr do góry i nie wbijam przysłowiowych siatkarskich gwoździ. Przez wszystkie te lata rozegrałem setki ważnych spotkań, nabrałem doświadczenia, którego nie zdobędzie się z dnia na dzień.

Gra Pan nadal we Włoszech, bo dysponuje doskonałym przyjęciem zagrywki - to powszechna opinia.

- Staram się w tym elemencie być perfekcyjnym. Każdy zespół potrzebuje zawodnika, który przyjmie piłkę i odegra w punkt do rozgrywającego. Jeśli nie ma przyjęcia - nie ma gry. Jeśli przyjmujemy piłkę na szósty metr, to już wtedy nieważne, kto jest rozgrywającym. Bo co ma zrobić? Rozegra jak każdy, wysoko na skrzydło.

Ma pan 37 lat i jest w świetnej formie fizycznej. To sprawa genów czy wyjątkowego, sportowego trybu życia?

- Ale czuję się, jakbym miał 27 lat. To nie żart. Poza tym nie chodzę i nie opowiadam na prawo i lewo, że jestem stary i wszystko mnie boli. Dlatego nikt mi tu w metrykę nie zagląda. Jesteś dobry - grasz. Inna sprawa, że teraz siatkarze będą grali coraz dłużej. Nowy system z tie-breakiem spowodował, że mecze trwają najwyżej godzinę i 40 minut. Pojedynki trzygodzinne już się nie zdarzają, a to zaoszczędziło zawodnikom sporo zdrowia. Mimo swoich lat wciąż mam cele i dążę do ich realizacji.

A jakie są te cele?

- Chcę jeszcze kilka lat grać na pozycji przyjmującego z atakiem. Zbijanie piłki sprawia mi przyjemność. W przyszłości będę chciał spróbować sił jako libero. A później zostać trenerem. Wiem, że będę wykonywał ten zawód dobrze i z przyjemnością.

Po jednym z pierwszych Pana przyjazdów do kraju koledzy śmiali się, że cały trening i dietę miał Pan rozpisaną na kartkach.

- Pewnych rzeczy człowiek musi się nauczyć. Teraz mam to już we krwi. Nie jestem aniołem, jednak rozgrywki to czas, w którym sobie wielu rzeczy odmawiam. Po sezonie to co innego, jak mam ochotę, to piwa się napiję, pobawię się. Skłamałbym, gdybym powiedział, że w czasie wakacji przestrzegam diety. Czasami przytyję 2 kg, ale szybko je zrzucę. Na 10 kg nadwagi nie mogę sobie jednak pozwolić, w klubie źle by na to patrzyli. Sam bym sobie zaszkodził. Nawet w czasie wakacji biegam, jeżdżę na rowerze, ćwiczę, odpoczywam jedynie od piłki.

Kilku naszych siatkarzy po zakończeniu rozgrywek w zeszłym sezonie zrobiło sobie dwumiesięczne wakacje przed grą w kadrze. W tym Robert Prygiel, który po zakończeniu ligi rosyjskiej przez dwa tygodnie nie trenował - do czasu, gdy został powołany do reprezentacji.

- To już ich sprawa. Jednak dwumiesięczny rozbrat z treningiem powoduje, że zaczyna się pracę nad sobą właściwie od zera. Nie można powiedzieć, że dziś ostatni mecz w lidze, a od jutra nic nie robię, bo mam wolne.

Jakie są znaczące różnice między ligą włoską a polską?

- Różnica z roku na rok jest mniejsza. W miarę możliwości śledzę ligę polską. Jeszcze kilka lat temu polska ligowa siatkówka była wręcz archaiczna. Rozgrywający bardzo powoli prowadzili grę, podstawą były wysokie wystawy na skrzydło. Tak najlepsze zespoły na świecie już nie grają. Teraz widzę, że i polscy rozgrywający starają się coś zmienić. Duże nadzieje wiążę z młodymi siatkarzami, dla nich szybka gra to coś naturalnego. Starszym trudno się będzie przestawić. Zresztą mój brat Andrzej [Skra Bełchatów - red.] czy Paweł Zagumny [PZU AZS Olsztyn] byli we Włoszech i swoje spostrzeżenia na ten temat na pewno mają.

Polscy kibice wciąż żyją nadziejami, że mistrzowie świata juniorów Ireneusza Mazura z 1997 r. może w końcu coś osiągną. Tym bardziej że w 2003 r. zdobyliśmy ponownie złoto, tym razem pod wodzą Grzegorza Rysia. Dlaczego dotychczas wyniki zespołów juniorskich nie przełożyły się na pierwszą reprezentację?

- W Polsce zbyt duże nadzieje wiąże się z sukcesami juniorskimi, zbyt wielkie nadaje się im znaczenie. Oczekuje się, że automatycznie przełożą się na wynik w sporcie seniorskim. A tak nie jest. Z drugiej strony jednak sukcesy młodzieży dają nadzieję, mamy kolejną falę młodych siatkarzy, którzy mogą zrobić wynik. Teraz wszystko zależy od samych zawodników, od tego, czy mają poukładane w głowie. Czy na pierwszym miejscu postawią ciężką pracę, czy zrobienie szybkiej kasy - czy chcą wygrywać, czy tylko zarabiać.

Jedyne sukcesy polskiej męskiej siatkówki w ostatnich latach w Europie to trzecie miejsce Mostostalu Kędzierzyn w Lidze Mistrzów. Czy zostało to dostrzeżone we Włoszech?

- Tu nikogo nie obchodzi drugie czy trzecie miejsce. Każdy pamięta zwycięzcę rozgrywek, a tych drugich, czyli przegranych, nikt. Tu jest tak, jak mówił śp. Hubert Wagner: albo wszystko, czyli zwycięstwo, albo nic.

Planuje Pan zostać we Włoszech po zakończeniu kariery?

- Na Półwyspie Apenińskim spędziłem już sporo czasu, tu urodził się mój syn, zresztą mówi lepiej po włosku niż po polsku. Polubiłem ten kraj. Z drugiej strony we Włoszech życie toczy się z miesiąca na miesiąc, nie można daleko wybiegać w przyszłość. Chciałbym jednak do Polski wrócić.

Ostatnio głośno zrobiło się o lidze rosyjskiej, o ogromnych pieniądzach płaconych siatkarzom.

- Ta liga wyrosła jak grzyb po deszczu, nagle i właściwie z niczego. Rosjanie chcą w rok zrobić najsilniejszą ligę świata, ale tak się nie da. Oprócz kasy liczy się doświadczenie, tradycja, zaplecze. Trzeba jednak pamiętać, że to rosyjskie zespoły wyeliminowały włoskie w europejskich pucharach. Teraz Włosi zrobią wiele, by najlepszych rosyjskich siatkarzy kupić.

Ja do Rosji już na pewno nie pojadę. Jednak jak większość zawodników obserwuję to, co dzieje się w tamtejszej lidze. Siatkówka to nasz zawód, a sumy, jakie płaci się za kontrakty w Rosji [mówi się o 200 tys. dolarów za sezon], są dla wielu kuszące. Nie okłamujmy się - ekonomia też się liczy.

Zaczynający się w piątek turniej w Portugalii to ostatnia szansa dla naszej reprezentacji, by awansować do igrzysk w Atenach.

- Jeśli nasz zespół nie zlekceważy rywali, to powinien wygrać. Polacy muszą zagrać na trochę lepszym niż średnim swoim poziomie, wtedy o wynik byłbym spokojny. Byle nie tak fatalnie jak na styczniowym turnieju w Lipsku. Ten w Portugalii da odpowiedź na pytanie, czy miejsce na igrzyskach nam się należy. Jeśli nie wygramy, to znaczy, że jesteśmy za słabi, i nie ma sensu szukać usprawiedliwień. Słabszych rywali niż tych w Portugalii trudno sobie wyobrazić. Inne turnieje są dużo mocniej obsadzone.

Drużyna jest od kilku lat w pierwszej dziesiątce na świecie, musi zrobić krok do przodu. Czy mamy talenty na miarę Wójtowicza albo Boska? Oni nie od razu byli mistrzami, a taki Gołaś czy Wlazły mają szanse, by iść w ich ślady. Od nich zależy, czy to wykorzystają.

W Polsce obsada stanowiska selekcjonera zmienia się jak w kalejdoskopie...

- Sam się nad tym kiedyś zastanawiałem, wyszło mi, że za mojej gry w kadrze trenerzy zmieniali się średnio co 15 miesięcy. To jest chore, w tak krótkim czasie nie można wiele zrobić. Trener musi być zatrudniony na kilka lat, od imprezy do imprezy, wtedy można go rozliczać. Drużyny na medal, a o takiej myślą Polacy, nikt nie stworzy w ciągu roku. To nie fabryka mebli.

Dlaczego odmówił Pan gry w reprezentacji kilku kolejnym szkoleniowcom?

- Ja swój czas w kadrze już miałem. Zrezygnowałem zresztą w wieku 32 lat, to nie pierwsza młodość na grę w reprezentacji. Teraz pora na młodszych. Poza tym, gdy człowiek kilka razy przymierza się do jakiegoś celu, gdy mu się to nie udaje, przychodzi zniechęcenie.

Po rezygnacji z kadry trenerzy dzwonili do mnie; grzecznie, ale stanowczo im odmawiałem. Dla mnie to i tak nobilitacja, że w ogóle się do mnie zwracają, że dostrzegają mnie i doceniają. W Polsce jest wielu obiecujących chłopaków, to oni powinni grać w kadrze. Ostatni raz odmówiłem kilka tygodni temu trenerowi Gościniakowi.



Krzysztof Stelmach

Urodził się w 1967 r. w Świebodzicach. Zaczynał karierę w klubie w Strzegomiu, potem trafił do juniorów Chełmca Wałbrzych, w końcu do zespołu seniorów, w którym spędził dwa sezony. Kolejne cztery lata grał w Częstochowie. W 1989 roku wyjechał do Włoch, gdzie występuje do dziś, obecnie w zespole Edilbasso & Partners Padwa.