Gdzie są gwiazdy z tamtych lat: zapaśnik Czesław Kwieciński

Czesław Kwieciński. Był pierwszym polskim zapaśnikiem stylu klasycznego, który zdobył medal na mistrzostwach świata i olimpiadzie. Na igrzyskach wystartował aż pięć razy! Wszystkie sukcesy osiągnął w barwach Siły Mysłowice.
Rodzina Kwiecińskiego pochodzi z Litwy. On sam przyszedł na świat w małej wiosce Romaszkiu, położonej nieopodal Kowna. W 1948 r. rodzina Kwiecińskich została wywieziona na Syberię. W Krasnojarskim Kraju Kwieciński spędził 10 lat. - Mieszkaliśmy w Igarce, już za kołem podbiegunowym. To były szalone czasy. Z jednej strony bieda, z drugiej niesamowite przygody. Polowania w tajdze, pływanie motorówką po Jeniseju. Na początku rodzinę utrzymywała głównie mama, która była krawcową. Potem pracę znalazł tata, który został kowalem. Ja, gdy skończyłem szkołę, przyjąłem się do tartaku - wspomina 62-letni dziś Kwieciński.

O sporcie na Syberii nawet nie myślał. - Był jeden klub, ale tam grali tylko w piłkę, a piłka mnie zawsze średnio interesowała. Zimą biegałem na nartach, wygrałem nawet szkolne zawody. Ot, wszystko - mówi ze śpiewnym rosyjskim akcentem.

Rodzina Kwiecińskich wróciła do Polski w ramach akcji repatriacyjnej w 1958 r. Osiedliła się w Piotrkowie, gdzie mieszkało wujostwo przyszłego zapaśnika. - W Polsce na początku czułem się nieswojo. Wszędzie chodziłem z kuzynem, bo po polsku rozumiałem słabo. Wieczorami przesiadywaliśmy na łąkach. Piliśmy jabole za 16 zł i myśleliśmy, co zrobić z wolnym czasem. Jeden z kolegów powiedział: "Ty, Czesiek, jesteś kawał chłopa. Chodź ze mną na boks!". Poszedłem, dostałem po nosie i tyle mnie widzieli. Przygodę z zapasami rozpocząłem w niedzielę. Pamiętam jak dziś, spotkałem na ulicy znajomego, który zaciągnął mnie na trening do Concordii Piotrków Trybunalski. Zapasy? Nawet nie wiedziałem, co to słowo znaczy. "Będziemy się przewracać na plecy" - wytłumaczył kolega. I tak się zaczęło - uśmiecha się pan Czesław.

Pierwszym trenerem Kwiecińskiego był znany przedwojenny zapaśnik Eugeniusz Kieruszyn. - Poświęcał mi bardzo dużo czasu. Byłem strasznie toporny, ale i silny. To mu się spodobało - podkreśla. Zaledwie po roku treningów Kwieciński pojechał na pierwsze zgrupowanie kadry, do ośrodka Startu w Wiśle.

- Chociaż byłem klasykiem, dali mnie do wolniaków. Trochę mnie dziwiło, że łapią mnie za nogi, ale że byłem chłopak cichy i skromny, to nie narzekałem - mówi.

Kwieciński trenował zapasy i pracował. - Miałem do wyboru zostać pomocnikiem murarza albo szklarzem. Wybrałem to drugie. Pamiętam słowa mistrza: "Gdy upadnie ci cegła, będziesz się musiał się schylać. Gdy upadnie szyba, idziesz po drugą...".

W 1963 r. Kwieciński dostał powołanie do wojska. Trafił mu się przydział w jednostce w Katowicach.

- Trzeba było zmienić i klub. Na Śląsku najsilniejsza była Siła Mysłowice.

Kwieciński reprezentował klub z Mysłowic do 1981 r. W barwach Olimpii zdobył dwa brązowe medale olimpijskie w Monachium i Montrealu (startował na igrzyskach pięć razy: 1964, 68, 72, 76, 80), trzy razy przywoził też medale z mistrzostw świata (dwa razy srebro i brąz).

- Najmilej wspominam olimpiadę w Monachium. Wydarzenia, jakie poprzedziły zdobycie brązu, były szalone...O mały włos w ogóle nie przystąpiłbym do decydującej walki. Ktoś pomylił terminy walk i zamiast w hali, byłem wtedy w wiosce olimpijskiej. Spaceruję sobie spokojnie, gdy nagle dopada do mnie Józek Lipień. "Co ty tu robisz? Zaraz masz walkę!" - krzyczy. Nie wiedziałem, co robić. Chciałem biec do pokoju po koszulkę, buty... Koledzy zaciągnęli mnie jednak do samochodu i zaczął się wyścig. Kierowca złamał chyba wszystkie możliwe przepisy. Gdy na samym parkingu utknęliśmy w korku, nie wytrzymałem, wysiadłem z samochodu i pobiegłem do hali. Do walki zostało mi 10 minut. Moim przeciwnikiem był Węgier Perci. Trudny rywal. Miał łokcie przyspawane do ciała. Sam nic nie robił, ale sobie też nie dał zrobić krzywdy. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie miałem czasu, żeby się go bać. Wygrałem!

Sukces z Monachium Kwieciński powtórzył także na igrzyskach w Montrealu, gdzie znowu wywalczył brąz.

- Myślałem, że do igrzysk w Moskwie już nie dotrwam. Pomogła mi rywalizacja z Romkiem Wrocławskim.

Walczył nie fair, miał po swojej stronie dziennikarzy, którzy naciskali, żebym dał sobie spokój z zapasami. Zawziąłem się i powiedziałem, że skończę karierę dopiero, gdy zastąpi mnie syn - wspomina.

Irek jednak nie został zapaśnikiem, tylko dżudoką. Trzy razy w barwach AZS Gliwice wywalczył wicemistrzostwo Polski. Po zakończeniu kariery Kwieciński założył firmę transportową. Na początku miał żuka, potem robura, a teraz forda. Od roku jest już na emeryturze i tylko pomaga synowi, który przejął rodzinny interes.

- Myślałem, że będę miał więcej czasu dla siebie. Tymczasem zajęć mam więcej niż wcześniej.

Kwieciński nadal pasjonuje się zapasami. - Już się nie mogę doczekać olimpiady. Cieszę się, że Rysiek Wolny wyrówna mój rekord i po raz piąty pojedzie na igrzyska.

Latem Kwieciński planuje też wyjazd do Romaszkiu. W swoim rodzinnym domu nie był od momentu zsyłki na Syberię.