Koszykarze AZS-u na fali

Stała się rzecz niespotykana. Grający na amatorskich zasadach AZS Politechnika Radomska dwukrotnie pokonał opływającego w dostatek Sokoła Łańcut. - Otrzymujemy gratulacje z całej Polski - cieszą się radomscy studenci
Kiedy na przedmeczowej prezentacji pojawiły się obie drużyny, zawodnicy AZS-u wyglądali przy rywalach, jak ubodzy krewni. Ze strojów łańcucian aż kapało bogactwo. Nazw firm sponsorujących koszykarzy Sokoła nie sposób było zliczyć, podczas gdy na koszulkach gospodarzy widnieją jedynie dwa małe napisy - Politechnika Radomska i Brat Met (nazwa firmy Janusza i Leszka Janików, który od zawsze pomagają koszykarzom AZS-u). Mocno zauważalna była także różnica w liczebności obu ekip. Oprócz graczy, Sokół ma trenera, asystenta, kierownika drużyny i masażystę. W AZS-ie tę rolę jednoosobowo pełni Piotr Bartnik.

A jednak w tym starciu Dawida z Goliatem, jeszcze raz zwyciężył ten pierwszy. O dziwo "akademicy", mając w składzie mniej rutynowanych zawodników, wykazali się na boisku większą dojrzałością, opanowaniem i przede wszystkim determinacją. Zagrali też zespołowo, podczas gdy Sokół, mający w ekipie takie indywidualności jak Piotr Miś, Marcin Ecka czy Piotr Romanek, nie potrafili ich momentami zupełnie wykorzystać.

Radomianie mieli tym razem jeszcze jeden, jak się później okazało ogromny atut - publiczność. Widzowie w hali Politechniki Radomskiej coraz bardziej się wyrabiają i zaczynają rozumieć koszykówkę. Jeszcze podczas sezonu zasadniczego, również podczas meczu z Sokołem, kilkunastu jego kibiców zupełnie zagłuszyło widownię AZS-u. Teraz też przyjechali do Radomia, ale stanowili tylko tło dla żywiołowo reagującej radomskiej publiczności. - Kibice nawet chyba nie zdają sobie sprawy, jak bardzo nam pomogli - dziękowali gracze gospodarzy.

Kiedy emocje już nieco opadły w sercach "akademików" pojawił się pewien niedosyt. Dlaczego? - Gdybyśmy nie zostali oszukani przez sędziów, podczas pierwszego meczu w Łańcucie, już mielibyśmy święto - tłumaczą. A tak, jeszcze raz muszą jechać do miasta z muzeum powozów, aby jeszcze raz w ciasnej hali stawić czoła zespołowi Sokoła. - To w sumie nic strasznego, ale chcielibyśmy, żeby wszystko odbyło się w sportowej atmosferze - marzą.