Piłkarska ekstraklasa: Dospel - Wisła 0:2

Katowiczanie zagrali najlepszy mecz w rundzie wiosennej, ale i tak z wiślakami nie mieli szans
Katowiccy piłkarze w końcu pokazali, że potrafią walczyć. Dotychczasowe wiosenne mecze "Gieksy" były nie tylko słabe, ale często brakowało w nich zaangażowania piłkarzy, z którego przecież słynęli w poprzednich sezonach. Tym razem było jednak inaczej. Gospodarze, mimo że piłkarsko byli słabsi od wiślaków, to jednak walecznością często ich przewyższali. I mimo że to nie wystarczyło, aby pokusić się o zdobycie przynajmniej jednego punktu, to jednak miejscowi kibice docenili ich zaangażowanie i po meczu zgotowali im owację na stojąco.

Mecz z Wisłą był wyzwaniem także dla katowickich działaczy. Już w piątek od samego rana wszyscy pracownicy klubu, z prezesem Piotrem Dziurowiczem na czele, rozpoczęli gruntowne sprzątanie stadionu. - Policja chce, abyśmy zrobili wszystko, żeby nie dopuścić do takich zajść, jakie zdarzyły się na stadionie Ruchu. Sam od piątej rano zbierałem kamienie i gałęzie - tłumaczył Dziurowicz.

Niestety, i tym razem nie obyło się bez interwencji policji. Najpierw jeden z krakowskich kibiców w niejasnych okolicznościach wypadł z pociągu i w ciężkim stanie trafił do szpitala, a już po zakończeniu meczu doszło do starć kibiców Wisły z policją. Aby opanować sytuację, policjanci najpierw polewali chuliganów z armatek wodnych, a potem strzelali do nich gumowymi kulami. W końcu fani Wisły zostali odtransportowani do pociągu.

Samo spotkanie nie było porywającym widowiskiem, a to głównie za sprawą asekuracyjnie grających mistrzów Polski, którzy po objęciu prowadzenia nie kwapili się do ataków na bramkę Dariusza Klytty. - Nie da się zawsze grać pięknie. Katowice grały defensywnie, broniąc się całym zespołem, więc tak wyglądał mecz. Dla nas jest ważne to, że cały czas wygrywamy i zbliżamy się do mistrzowskiego tytułu - tłumaczył Arkadiusz Głowacki, obrońca Wisły.

Wisła pierwszego gola strzeliła już w 4. minucie. Lewą stroną boiska uciekł Damian Gorawski i strzałem z rogu pola karnego pokonał Klyttę. Piłka odbiła się od rąk bramkarza i wpadła do siatki. Potem długo obie drużyny głównie rozgrywały piłkę w środku boiska. Katowiczanie nie mieli pomysłu na zaatakowanie bramki Radosława Majdana. Z czasem "Gieksa" zaczęła grać coraz odważniej. Szczególnie akcje Mariusza Muszalika i Krzysztofa Gajtkowskiego mogły się podobać kibicom. Sporo sił w mecz włożyli też Admir Adżem i Paweł Adamczyk.

Katowiczanie najlepszą okazję do wyrównania mieli w drugiej połowie meczu. W 61. minucie obrońca Krzysztof Markowski po błędzie Majdana zamiast w bramkę trafił jednak w obrońcę Wisły. W końcówce meczu próbował strzalać zza pola karnego wprowadzony chwilę wcześniej Dawid Plizga, ale pewnie interweniował Majdan.

W barwach "Gieksy" nie mógł zagrać Paweł Brożek, który jest wypożyczony właśnie z krakowskiej Wisły. Według umowy pomiędzy klubami Brożek mógłby zagrać, gdyby katowiczanie zapłacili Wiśle aż 100 tys. zł. Na to "Gieksy" nie stać.

Wiślacy jeszcze kilkakrotnie zagrozili bramce Klytty, ale najczęściej strzały Tomasza Frankowskiego i Macieja Żurawskiego mijały bramkę Katowic. W 65. minucie powinno być 2:0 dla gości, jednak po strzale Frankowskiego z 6 m fantastyczną interwencją popisał się Klytta. Chwilę później do pustej bramki nie trafił Tomasz Kłos. Wynik spotkania ustalił w 90. minucie Mauro Cantoro strzałem z dystansu.

Działacze "Gieksy" w piątek doszli do porozumienia ze sponsorem klubu, częstochowską firmą Dospel. Już od czerwca katowiczanie wrócą do nazwy GKS. - To porozumienie daje nam możliwość dalszych poszukiwań sponsorów. Teraz mamy wolne ręce i nowe argumenty. Nie pozwolę już na pewno, aby w nazwie klubu zabrakło GKS - podkreślał prezes Dziurowicz.

Teraz katowiczan czeka niezwykle istotne spotkanie z Górnikiem Zabrze. Jeśli "Gieksa" chce zachować szanse na utrzymanie w lidze, to musi wygrać. Inaczej radość z tego, że w czerwcu klub wraca do starej nazwy, może przysłonić smutek po spadku do drugiej ligi.