Wisła - Legia 1:0 - widziane z boiska

Nie od razu Kraków zbudowano, nie od razu zbudowano Wisłę. Jak już się udało, to jednak na mocnych fundamentach. Drugi rok z rzędu Legia na stadionie przy ulicy Reymonta traci szansę na mistrzostwo. Po siedmiu kolejnych zwycięstwach drużyna Dariusza Kubickiego doznaje drugiej porażki w sezonie. - Walczymy do końca - mówią piłkarze. Pięć punktów to przy klasie Wisły jednak chyba zbyt wiele, aby odrobić stratę.
Mecz z gatunku podwyższonego ryzyka. Dostać się na stadion nie jest łatwo. Brama od strony boiskowego zegara chwieje się od naporu warszawskich kibiców. Są otoczeni, bo w ten weekend mamy prawdziwy zlot sympatyków "Białej Gwiazdy". Rezerwy Wisły grają z Motorem, Cracovia spotyka się z Jagiellonią. Miejscowi mają więc wsparcie szalikowców z Białegostoku (ci pamiętają jeszcze starcie z Legią w ostatni wtorek) oraz Lublina. Legioniści nie mają sprzymierzeńców. Pokrzykują tylko "Pogoń Szczecin" w kierunku Radosława Majdana, przypominając mu o tym, skąd się wywodzi, a klub ze Szczecina należy przecież do niewielkiego kręgu przyjaciół sympatyków z Warszawy. Na sympatię bramkarza Wisły liczyć jednak nie mogą. Majdan jest jakby nieobecny, wyjątkowo skoncentrowany.

Pierwszy z tunelu, już po rozgrzewce, wychodzi Adam Piekutowski. Rezerwowy bramkarz wiślaków sprawdza ostatnie wiadomości w telefonie komórkowym. Samotnie obserwuje wchodzących piłkarzy obu jedenastek. Wchodzą przy dźwiękach hymnu Wisły. Zamieszanie nawet na ustawionej za jedną z bramek dodatkowej trybunce dla VIP-ów. Siadają na niej panowie w wieku co najmniej słusznym. Fotoreporterów jest tylu, że brakuje kamizelek. Z trybuny położonej najbliżej sektora kibiców Legii spadają palące się gazety i trzeba bardzo uważać, by zachować czuprynę. Przy innej z bram kibice ze stolicy biją się z policjantami. To ci, którzy liczyli, że wejdą na stadion bez biletów. Piłkarze Wisły wykopują kilka piłek w trybuny. Dariusz Dudek uśmiecha się z ławki rezerwowych, co ma oznaczać, że będzie dobrze. Mecz sezonu można zaczynać.

Trzeba było nie krzyczeć

Początek meczu, czyli rozpoznanie. Mirosław Szymkowiak kilka dni temu został zniesiony z treningu Wisły z bólem pleców. Marek Jóźwiak od razu sprawdza, czy to nie zasłona dymna. Środkowy pomocnik krakowian zwija się na środku boiska po ciosie łokciem. "Beret" podnosi ręce i odchodzi z niewinną miną. Takie pojedynki będą na tym boisku co chwilę.

Sektor kibiców z Warszawy robi wszystko, by zakłócić spokój wiślakom. - Warszawa, Warszawa, Warszawa - śpiewają często w pierwszej połowie. Kiedyś zespół Maanam na tę samą melodię śpiewał piosenkę "Lucciola" opiewającą m.in. uliczki w Krakowie. - Gdzie twój tatuaż? Hej Majdan, gdzie twój tatuaż? - to z kolei nawiązanie do zdjęć w kolorowych pismach, w których golkiper Wisły wyprężał mięśnie, obejmując narzeczoną. Majdan jednak nie daje się sprowokować. Nie popełnia błędów i na koniec będzie bohaterem spotkania.

Jedyne nieporozumienie w polu karnym Wisły, to gdy Marcin Baszczyński właściwie bez powodu wybija piłkę głową na róg. - Trzeba było nie krzyczeć - poucza z wyrzutem Majdana. Ale bez powodu. To jedyne zamieszanie sprokurowane przez bramkarza Wisły.

- Radek Wróblewski! - skandują warszawiacy nazwisko zawodnika, który wskoczył do składu tylko na skutek kontuzji Marka Saganowskiego. "Wróbel" przyczesuje starannie wypielęgnowaną fryzurę i pozdrawia publiczność. I wcale nie będzie to jego jedyny tego dnia kontakt z publicznością. Tuż przed końcem pierwszej połowy znakomicie przepycha się między obrońcami i z kilkunastu metrów mocno strzela przy słupku. Majdan patrzy tylko na piłkę bezradnie, ale ta nie wiedzieć czemu nie trafia do celu. Wróblewski nie strzela wielu bramek, ale już dwukrotnie w karierze udało mu się "skaleczyć" Wisłę. Na to pewnie liczył trener Kubicki, choć prawdę mówiąc, nie miał wielkiej możliwości manewru. Wróblewski bohaterem jednak nie zostaje. Piłka minimalnie mija cel, właściwie nie wiadomo czemu. Majdan idzie po piłkę i za chwilę składa na niej pocałunek zwycięstwa. Chwilę się modli. Dwie minuty później Dickson Choto pozwala na zbyt wiele Maciejowi Żurawskiemu na skrzydle, a Tomasz Frankowski strzela gola głową. Wiślacy padają sobie w objęcia. Jak się okaże - to cios decydujący.

Czy ty jesteś poważny?

Na drugą połowę pierwsi wychodzą z szatni legioniści. Oczywiście gwizd jest przeciągły. Swoją porcję epitetów dostaje Łukasz Surma. W końcu człowiek z Krakowa - zostanie mu poświęcony obelżywy transparent. Ale tak to już jest w naszej rzeczywistości. Gdyby ktoś z Legii poszedł do Wisły, w stolicy też pewnie nie miałby życia.

Druga połowa przez długi czas nie jest ciekawa. W każdym bądź razie nie taka jak wszyscy oczekiwali. Inicjatywę ma raczej Wisła, co chwila w ogromnym zgiełku można wychwycić okrzyki Artura Boruca. Najbardziej aktywny jest przy rzucie wolnym dla Wisły. - Aco! [do Vukovicia - red.] W bok! Za dużo was w murze! - krzyczy do kolegów, bo zasłaniają mu widok. Tomasz Kłos trafia jednak w mur, a bramkarz Legii mimo przewagi Wisły tylko kilkakrotnie broni strzały. Na tyle dobrze, że może przekona Pawła Janasa? Twarz selekcjonera miga na trybunach, a przygotowuje on przecież powołania na towarzyskie spotkanie z Irlandią. Równie dobrze mógłby jednak powołać Majdana, bo jeżeli ktoś w tym meczu zawiódł, na pewno nie był to żaden z bramkarzy.

Spokojny zazwyczaj, wręcz wyluzowany Choto tego dnia jest wyjątkowo "elektryczny". W pierwszej połowie łatwo dał się ograć Żurawskiemu, teraz po kilku niezłych interwencjach nieatakowany podaje piłkę do bramkarza, tyle że to nie podanie do nogi, a gdzieś na bok pola karnego, co bardzo denerwuje Boruca, który musi wracać po piłkę, a czas przecież goni. - Czy ty k... poważny jesteś? - obsztorcowuje gracza z Zimbabwe. Ten rozkłada ręce i coś tam próbuje tłumaczyć. Boruc jednak tylko macha ręką. Widać, że się nie dogadają.

Im bliżej końca, tym atmosfera jest bardziej nerwowa. Przy zamieszaniu ze zmianą w Wiśle obrońcy Mijajlovicia na boisku pojawia się zdenerwowany trener Henryk Kasperczak. Do kłótni zabierają się Piotr Włodarczyk i Wojciech Szala.

Kontra "Gazety"

Legia wreszcie zaczyna atakować. Wisła jednak nie broni się desperacko. Po jednej z kontr Żurawski nie przejmuje dalekiego podania Szymkowiaka. Piłka odbija się o mokrą trawę i dostając poślizgu, opuszcza boisko. Nie ma czasu, więc reporter "Gazety" nadstawia głowę. Celne podanie, piłka znów na boisku i Boruc natychmiast uruchamia kontratak. Niestety, nieudany, a może mielibyśmy udział w remisie? - Widziałem udane zagranie głową - powie nieoczekiwanie Jóźwiak po meczu. Brawa za podzielność uwagi. Szkoda tylko, że zabrakło takiej orientacji we wszystkich momentach meczu, zwłaszcza gdy pod koniec pierwszej połowy niewielki, ale niebywale sprytny Frankowski wyskakiwał mu za plecami.

Ostatnia minuta. Tomasz Kiełbowicz uderza z woleja, ale Majdan broni znakomicie i Legia przegrywa spotkanie sezonu. Na trybunach pochodnie, siwy dym zasłaniający widok. Legioniści idą pożegnać się z kibicami i podziękować za doping. Obok boiska też dosyć ciekawie. Dziennikarz z Krakowa w wiślackim szaliku pokazuje obraźliwy gest w kierunku sektora z Warszawy. Widzi to jeden z żurnalistów stołecznych, dochodzi do przepychanek, a mało brakuje, by doszło do czegoś więcej. Wstyd przed kibicami, bo wychodzi na to, że przygania kocioł garnkowi.

Legioniści opuszczają stadion. Piłkarze pocieszają się, że to jeszcze nie koniec, że zostało siedem kolejek. Ale trudno się łudzić - to Wisła znowu zdobędzie mistrzostwo. Kibice wracają do śmierdzącego, brudnego pociągu, którym w fatalnych warunkach będą wracać do Warszawy. Reportaż z podróży (w stronę Krakowa) - ze zdjęciami - już niedługo w "Gazecie Stołecznej".

WISŁA KRAKÓW1 (1)
LEGIA WARSZAWA0
Strzelec bramki

Wisła: Frankowski (45. z podania Żurawskiego)

Składy

Wisła: Majdan - Baszczyński, Kłos, Głowacki, Mijailović Ż (90. Stolarczyk) - Uche, Cantoro Ż, Szymkowiak, Gorawski (79. Brożek) - Frankowski (86. Ekwueme), Żurawski.

Legia: Boruc - Choto, Zieliński, Jóźwiak - Sokołowski II (80. Szala), Magiera Ż (83. Dudek), Surma, Vuković, Sokołowski I - Włodarczyk, Wróblewski Ż (79. Kiełbowicz).





Liczba meczu

7

tyle goli w sumie strzelił Tomasz Frankowski drużynie Legii i po tylu kolejnych zwycięstwach w lidze Legia w końcu nie wygrała.