I liga: Dospel Katowice - Górnik Łęczna 1:1

Znowu słaby występ "Gieksy". Gdyby nie fantastyczna interwencja bramkarza Dariusza Klytty w ostatniej minucie gry, gospodarze przegraliby z ligowym beniaminkiem
Katowiczanie wiosną grają beznadziejnie. Nie mają pomysłu na atak, popełniają też sporo błędów w obronie. Taktyka "Gieksy" jest przejrzysta i czytelna - prostopadłe podanie do przodu i "modlitwa" o to, żeby przejął je któryś z napastników: Paweł Brożek albo Krzysztof Gajtkowski. Niestety, wiele podań ląduje pod nogami obrońców drużyny przeciwnej, a nierzadko zdarzają się fatalne kiksy. Nie inaczej było i tym razem. Taka gra miejscowych coraz mniej podoba się katowickim kibicom. Frekwencja na stadionie przy ulicy Bukowej maleje z meczu na mecz. - Ten mecz był jak święta: telewizor, jedzenie i kanapa. Po prostu świąteczna nuda - komentowali wychodzący ze stadionu nieliczni kibice.

Na Bukowej fatalna jest też nie tylko gra miejscowych piłkarzy, ale także murawa.

Podziurawione boisko, na którym kiedyś rozgrywała mecze reprezentacja Polski, coraz bardziej przypomina pastwisko z wyskubanymi kępami trawy. - Czasem nie dało się nawet dokładnie podać, bo piłka leciała w zupełnie innym kierunku, niż się spodziewałeś - narzekał Tomasz Prasnal z Górnika. - Podobno po świętach ma się rozpocząć renowacja murawy. Gramy teraz dwa wyjazdowe spotkania, więc będzie trochę czasu na doprowadzenie boiska do normalnego stanu - mówili katowiccy piłkarze.

Gospodarze po raz kolejny zagrali w niepełnym składzie, bo za kartki musieli pauzować Bośniak Admir Adżem i Paweł Adamczyk. Nadal kontuzjowani są Paweł Pęczak i Maciej Soboń, który prawdopodobnie nie zagra już w tym sezonie. - Mamy tak wąską kadrę, że prawdopodobnie potwierdzimy do gry w ekstraklasie 19-letniego juniora Dawida Pliżgę. Podobno mamy nałożony zakaz transferów, ale chyba własnego zawodnika nam potwierdzą... - zastanawiał się Jan Żurek, szkoleniowiec "Gieksy". W niepełnym składzie zagrali również goście. W drużynie z Łęcznej zabrakło wychowanka "Gieksy" Ireneusza Kościelniaka.

Początek spotkania należał do Łęcznej, która zaatakowała bramkę Dariusza Klytty. Już w 3. minucie Górnik mógł objąć prowadzenie. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Piotra Wójcika piłka przeleciała nad głowami obrońców "Gieksy", a Klytta w ostatniej chwili instynktownie wybił ją na róg. Bramka dla gości padła w 15. min w - wydawało się - całkiem niegroźnej sytuacji. Po raz kolejny dośrodkowywał Wójcik, a niewysoki Janusz Wolański wyskoczył wyżej od Adama Bały i z siedmiu metrów posłał piłkę do siatki. - Nie wiem, czemu się tak dzieje. Mimo niewielkiego wzrostu [pomocnik Górnika ma zaledwie 170 cm - przyp. red.] większość bramek strzelam głową - uśmiechał się Wolański. Przy strzale nie interweniował Klytta, który... akurat się poślizgnął. - Mam pretensje do Bały, bo jest wyższy od Wolańskiego przynajmniej o 10 centymetrów. Nie ma się natomiast co czepiać Klytty. Strzał był skierowany na długi róg bramki i nawet gdyby się nie poślizgnął, to trudno byłoby go obronić - mówił Żurek.

Katowiczanie pierwszą groźną akcję przeprowadzili dopiero w 30. minucie. W pole karne do Brożka podał Mariusz Muszalik, a napastnik gospodarzy ograł obrońcę Górnika i strzelił do bramki. Niestety, w ostatniej chwili piłkę zmierzającą do siatki wybił stoper gości Mirosław Budka. Kilka minut później groźnie strzelał Gajtkowski, a Robert Mioduszewski z trudem złapał piłkę. W końcu szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy. W 37. min znakomicie w pole karne podał Muszalik, a Brożek, mając przed sobą jedynie bramkarza Górnika, strzelił obok niego. Piłka odbiła się jeszcze od słupka i wpadła do bramki. - To było idealne podanie, musiał być gol. Przez chwilę jednak zadrżałem, kiedy piłka uderzyła w słupek - opowiadał strzelec gola. W drugiej części meczu katowiczanie, wyraźnie zmęczeni środowym meczem pucharowym z Lechem Poznań, ograniczali się jedynie do sporadycznych kontrataków. W 71. min w polu karnym Górnika szarżował Brożek, jednak nie zdołał poradzić sobie z pilnującymi go obrońcami. Mioduszewski nie miał jednak zbyt wiele pracy, bo groźniej pod bramką Górnika było jeszcze tylko dwa razy. Najpierw po strzale z dystansu Damiana Kroczka bramkarz miał sporo problemów z obroną, a chwilę później po dośrodkowaniu Krzysztofa Sadzawickiego zupełnie zaspali obrońcy gości, jednak piłka przeszła obok słupka.

Dużo więcej okazji do zdobycia bramek mieli natomiast goście. W 50. min z dystansu uderzył Paweł Bugała, jednak Klytta efektownie obronił strzał. Kilka minut później w dogodnej sytuacji znalazł się Piotr Matys, który mając przed sobą jedynie bramkarza "Gieksy", posłał piłkę obok bramki. W 79. min Wolański podał w pole karne do Grzegorza Skwary, a ten z 13 metrów strzelił obok słupka. - Mieliśmy naprawdę sporo okazji, żeby wygrać. "Gieksa" w drugiej części nie miała zupełnie sił na to, żeby nas atakować i można było to wykorzystać - żałował Prasnal.

Piłkarze z Łęcznej najlepszą okazję do zdobycia gola mieli jednak dopiero w doliczonym czasie gry. Skwara zagrał do wprowadzonego na boisko chwilę wcześniej Andrieja Griszczenki, a ten, mając przed sobą jedynie Klyttę, kopnął piłkę z całej sił w stronę bramki. Bramkarz "Gieksy", który był krytykowany od początku rundy wiosennej, w jednej chwili stał się ulubieńcem publiczności. Klytta fantastycznie wyskoczył w powietrze i w ostatniej chwili wybił piłkę zmierzającą w okienko bramki. - To był najlepszy mecz Darka w tej rundzie. Widać, że z każdym dniem broni coraz lepiej - komplementowali piłkarza koledzy z drużyny.