Jaka piękna katastrofa, czyli Real jednak zwycięski

Po sensacyjnej klęsce Realu Madryt w Lidze Mistrzów. Wizjonerska koncepcja prezesa "Królewskich" tylko pozornie poniosła fiasko. Florentino Perez może ogłosić: "Odnieśliśmy sukces". I będzie miał rację.
Ósma sekunda meczu w Monako w żadnym razie nie przesądziła o najbardziej spektakularnej klęsce w futbolu na progu XXI wieku. A jednak w ósmej sekundzie zdarzyła się rzecz niezwykła. Zinedine Zidane stracił piłkę.

Stracił, choć rywal nie naciskał go szczególnie agresywnie. Ostatnia akcja Francuza, Napoleona wśród piłkarzy, przypominała już Waterloo - złożył się do strzału, nie trafił w piłkę, sekundę później podciął Jerome'a Rothena.

Zidane gasł od kilku tygodni. Niepokojąco często się przewracał, już nie każde kopnięcie zdradzało drzemiący w nim geniusz. Dla Euro 2004 może to nawet trochę dobrze, że odpadł z Champions League. Jeśli odsapnie, zachwyci w czerwcu. Dziś sprawia wrażenie kompletnie wyzutego z sił. Załatwił go własny prezes. Bo ile zniósłby wybitny dyrygent zmuszony do kierowania orkiestrą na poły wirtuozów, a na poły żółtodziobów, którzy, owszem, widzieli wcześniej z bliska prawdziwe skrzypce, ale rzępolić przestaną za kilka lat intensywnych ćwiczeń?

Lament 100 mln

Porównanie "Królewskich" do Harlem Globetrotters (dla niezorientowanych: popisujący się kuglarskimi trikami koszykarscy cyrkowcy, którzy prawdopodobnie nie wygraliby żadnego "normalnego" meczu) nie jest ani oryginalne, ani nawet uczciwe - w końcu dwa lata temu byli najlepsi w Europie. Owładnięty obsesją bicia rekordów prezes kontynuował więc swoją misję przeobrażenia Realu w "najbardziej dochodowe przedsięwzięcie na świecie". I rzeczywiście ustanowił swoisty rekord. Im więcej gwiazd przybywało na Santiago Bernabeu, tym szybciej ze szczytu zsuwał się Real. Dream team wzmocniony Ronaldo (lato 2002) zatrzymał się na półfinale Ligi Mistrzów. Wzmocniony Davidem Beckhamem (lato 2003) utknął w ćwierćfinale.

Biznesmen Perez zadbał bowiem, by równoważyć budżet, w końcu "najbardziej dochodowe przedsięwzięcie" ma swoje wymagania. I sprzedawał. By pokryć faraońskie gaże galacticos, pozbył się Hierro, Morientesa, Makelele, Celadesa, Conceicao, Tote. Tak jak sezon wcześniej lekkomyślnie oddawał graczy, którzy nie podbiliby Europy, ale byliby wartościowymi zmiennikami. Znów nie będę oryginalny, ale winę zwalam na Pereza, który zachowywał się jak facet po kilku głębszych, który ignoruje dewizę: "Kiedy jeden człowiek zasugeruje, że jesteś pijany, machnij ręką. Kiedy powie ci to drugi, zastanów się, ile drinków w siebie wlałeś. Kiedy zrobi to trzeci, idź spać".

Z tym że madrycki prezes wysłuchiwał lamentów 100 mln kibiców, przepraszam, klientów jego firmy, których z taką lubością wyliczał - o czarnej dziurze w obronie, o deficycie graczy defensywnych w drugiej linii, o ryzyku wystawiania anonimowych wychowanków szkółki Realu. Mimo to pozostał niewzruszony. I postawił drużynę na głowie:



- zmusił Beckhama i Gutiego, graczy z ducha na wskroś ofensywnych, do czarnej roboty, którą wcześniej zwykł zajmować się Makelele (jeden z bohaterów triumfu Chelsea nad Arsenalem); Beckham nie strzelił w lidze ani jednego gola z rzutu wolnego;



- we wtorek Beckhama (a niekiedy Zidane'a) zastąpił Borja, który przed tym sezonem futbol dorosłych oglądał w telewizji; teraz wsławił się głównie żółtą kartką za faul na Morientesie (wypożyczony z Realu strzelił w ćwierćfinale dwa gole, jego następca Ronaldo - jednego...);



- niezastąpionym, bo pozbawionym dublerów, stoperem uczynił notorycznie rozkojarzonego ostatnio Helguerę; jego partnerem został Mejia, który w Monaco z dorosłymi zagrał po raz dziewiąty w życiu - to on przegrał pojedynek z Morientesem, gdy ten strzelał drugiego gola dla rywali.

Urok 90 proc.

Wymienionych piłkarzy łączy gol decydujący o awansie Francuzów - to Gutiego i Mejię minęła piłka zagrana w pole karne przez Ibarrę, to Helguera pozwolił Giuly'emu przepuścić ją sobie (piętą!) między nogami. A oddanych rywalom? Morientes awansował z Monaco, Makelele z Chelsea.

Na głupotę zakrawałoby oczywiście obarczanie młodzieży winą za porażkę drużyny z Zidane'em, Figo, Raulem czy Ronaldo. Sęk w tym, że Mejia czy Borja też raczej nie czuli odpowiedzialności, jeśli wokół nich nad murawą unosili się bogowie futbolu. Że nie trzeba Jana Blecharza czy innych znawców ludzkich dusz, by wiedzieć, że wyczerpanie mentalne pustoszy ludzki organizm nie mniej niż fizyczne. A szóstka galacticos odpowiada w tym sezonie za każdy z blisko 60 meczów rozegranych w tym sezonie. Że rozwojowi młodych, jak Portillo, nie sprzyja przesiadywanie na ławce rezerwowych, wymuszone, bo niełatwo zastąpić Ronaldo, jeśli wynik nie jest rozstrzygnięty. Że wreszcie Queiroz w Monaco nie wykorzystał nawet limitu zmian.

Prezes chełpił się zyskami ze sponsoringu, operacji marketingowych, liczbą abonentów klubowego kanału telewizyjnego, a trener coraz śmielej krytykował jego politykę. I być może zapłaci posadą. Jednak widział to, na co jesienią narzekał odpowiedzialny za przygotowanie fizyczne trener reprezentacji Brazylii - promująca logo Realu eskapada do Azji przyniosła triumf finansowy, ale przygotowań do sezonu Roberto Carlosowi i Ronaldo nie ułatwiła. Może i to nieco wpłynęło na słaniające się na nogach gwiazdy. Przecież Beckhama, przyzwyczajonego do treningowego reżimu Fergusona (Manchester) i Erikssona (reprezentacja Anglii), zdumiewały (na łamach angielskiej prasy) treningi szlifujące indywidualne triki, ale nie siłę zespołu.

Co rzecz jasna miało znaczenie drugorzędne, jeśli to Ronaldo a nie Morientes pozostał najlepiej po Papieżu i Bushu rozpoznawaną osobą na świecie. Jeśli Perez podpisał przeszło 200 kontraktów reklamowych, otworzył klubowe butiki na kilku kontynentach, zarobił fortunę na 90 proc. praw do wizerunku Zidane'a.

50 proc. geniuszu

Niestety, na boisku Francuz mógł z siebie dać co najwyżej połowę. To zadziwiające, że prezes "Królewskich", kiedyś inżynier konstruujący mosty i tamy, dziś budowlany biznesmen, pałac z najszlachetniejszego kruszcu usiłował postawić na fundamentach z piasku. Chciał zapisać się w historii jako twórca drużyny wszech czasów, który pierwszy spełni skryte marzenie wszystkich trenerów świata - skompletuje jedenastkę idealną. Dziś grozi mu, że zostanie zapamiętany jak Grek Zorba, nieco gustowniej ubrany i z grubszym portfelem, zachwycający się "jakże piękną katastrofą".

Choć nie do końca. Finansowe fundamenty Realu są na razie niezniszczalne, Perez stworzył ponadnarodową, wielobranżową korporację potwora, zdolnego pożreć każdego konkurenta na rynku. Jeśli chce sukcesu na boisku, musi porzucić swój plan. Jeśli chce zarabiać, nie musi. Dzisiejszy Real upodobnił się bowiem - nomen omen - do Beckhama, który na boisku, owszem, zarabia miliony, ale na wdzięczeniu się do kamer i uśmiechu w reklamowych klipach znacznie więcej.