Opowieść o Adrianie Małeckim. Wybrał zabawę

Mógł być wielkim koszykarzem, może nawet zagrać w NBA. Wolał zabawę i marihuanę. Teraz zaczyna od nowa - w drugiej lidze węgierskiej


Po raz ostatni zagrał w polskiej lidze 13 maja 2001 roku. Rzucił 19 punktów Prokomowi jako zawodnik Hoopu Pruszków. I zniknął. Gdzie się podział Adrian Małecki? Tego nikt nie wiedział. Ktoś go widział na dyskotece w Warszawie z czarnoskórą dziewczyną. Ktoś słyszał, że był w Holandii. Ktoś mówił, że siedzi sobie bezczynnie w rodzinnym Janowcu Wielkopolskim, niedaleko Gniezna. Nikt jednak nie wiedział na pewno.

Aż tu nagle, w lutym, 2,5 roku po tym, jak słuch zaginął o wielkim talencie polskiej koszykówki, nadeszły wieści z Węgier. 28-letni dziś Adrian Małecki gra w koszykówkę. I to nawet nie w pierwszej, ale w drugiej lidze węgierskiej. Dla Veszpremi Egyetem (czyli Uniwersytetu Veszprem) zdobywa sporo punktów. Najpierw 15 w przegranym meczu, potem 38 (przy jednym niecelnym rzucie) w zwycięskim, aż wreszcie 29 przy kolejnej porażce.

Znaczy wrócił? Znów będzie bił rekordy punktowe, jak wtedy, kiedy jako zawodnik Lecha Poznań rzucił 46 punktów Polonii Przemyśl w wygranym minimalnie meczu jesienią 1996 roku? Albo kiedy 40 punktów zaaplikował w barwach Unii Tarnów AZS-owi Toruń wiosną 1999 roku? Znów zaimponuje wyskokiem, pokaże swój rzut z dystansu, który na ogół był nie do zatrzymania? To przecież jedyny w historii polskiej koszykówki - a kto wie, może i na świecie - koszykarz, który w jednym roku wygrał podczas meczu gwiazd zarówno konkurs wsadów jak i konkurs rzutów za trzy. To było w 1998 roku, u szczytu jego kariery.

Jeden z kamratów

Postanowiliśmy sprawdzić, co taki talent robi dziś w drugiej lidze węgierskiej. W 75-tysięcznym miasteczku Veszprem, położonym 15 kilometrów od Balatonu, z piękną historią, zamkiem i pomnikiem pierwszej węgierskiej pary królewskiej - Stefana i Gizeli. Ale to przecież nie walory turystyczne przygnały na Węgry jeden z największych talentów polskiej koszykówki w ostatnich latach.

Na Węgry pojechaliśmy na dwa dni. Trening w czwartek, dzień przed meczem, nie wyglądał na zbyt męczący. W małej, ale imponującej jak na szkolne warunki, hali gimnazjum w Veszprem przez prawie godzinę koszykarze zespołu Veszpremi Egyetem ani razu nie biegają po całym boisku. Trener Istvan Molnar nie imponuje posturą (jakieś 173 cm wzrostu), ale uczestniczy w treningu jako dziesiąty gracz. Widać, ze kiedyś musiał być koszykarzem. Swoich zawodników zadziwia jakimiś wymyślnymi podaniami, po których dostają w nos, w nogi, lub piłka ląduje na aucie. - Ach, Polska! Jacek Miedzik! Lesiek Chudeusz! And Kudlacz! Zbygniew Kudlacz! - krzyczy na nasz widok, wymieniając lekko zniekształcone nazwiska polskich koszykarzy z lat 80. Jak dowiemy się później, trener Veszprem grał z kilkoma Polakami w Dombovar, ponad 15 lat temu.

Molnar wyraźnie jest nadpobudliwy. I gada bez przerwy. Przez cały trening czujemy się jak postać grana przez Krzysztofa Kowalewskiego w komedii Barei "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz". Tam dyrektor socjalistycznego zakładu w delegacji utknął na Węgrzech i wylądował na spektaklu "Otella" po węgiersku. Rozumiał z tego tyle co my (i Adrian Małecki) na treningu w Veszprem. Ale to w końcu kraj, w którym nawet policja nazywa się dziwacznie - "rendorseg". Jedyne słowo podobne do czegokolwiek pada w końcówce zajęć. - Moment! - mówi wyraźnie trener i zatrzymuje grę, żeby zawiązać sznurowadło.

W przerwie Molnar podchodzi do nas, ale rozmowa się nie klei, bo trener mówi tylko po węgiersku i kilka słów po angielsku. - Łan kamraten lejter inglisz spik - duka w końcu, wskazując na boisko. Patrzy trochę na rzucających zawodników, wśród których Małecki trafia raz za razem. - Ech... Staaaaar - wzdycha i wyraźnie zadowolony wraca na boisko, żeby znów przez piętnaście minut mówić w języku niepodobnym do niczego.

"Jednym z kamratów", który mówi po angielsku, okazuje się Balazs Horvath, który przedstawia się jako kapitan. - Mamy tu w zespole 5-6 studentów i kilku starszych, którzy na ogół normalnie pracują. Ja mam 31 lat i jestem najstarszy. Na razie walczymy o trzecie miejsce, na awans raczej szans nie mamy. Może za rok? - opowiada.

Druga liga składa się aż z 18 zespołów, gra aż do końca maja, choć nie ma play-off. Grają niemal wyłącznie Węgrzy. - W całej lidze jest może sześciu czy ośmiu obcokrajowców. Zespół z Egeru jest najmocniejszy, ma 200 tys. dolarów budżetu, dwóch Amerykanów i dobrego Słowaka. My może z połowę tego, jakieś 100 tys. dolarów. Ale w Veszprem liczy się przede wszystkim piłka ręczna. Fotex Veszprem jest w czołówce europejskich zespołów, gra w większej hali i ma wiernych kibiców - mówi Horvath.

Małecki znalazł się w zespole na początku roku i błyskawicznie zrobił dobre wrażenie. - Od razu wiedzieliśmy, że jest na zupełnie innym poziomie niż my wszyscy. Kilka razy potrenował i był gotowy. Fizycznie na pewno nie jest w formie, ale ma talent dużo większy niż ktokolwiek w naszym zespole. Więc pomaga nam, a i my mu pomagamy w jakiś sposób. Zostało jeszcze trzy miesiące grania, 11 meczów i później pewnie odejdzie. Na pewno może grać na dużo wyższym poziomie - mówi kapitan.

Czy są z Polakiem jakieś problemy? - Lubię gościa, jest zawsze miły, przyjacielski. Nic złego o nim nie powiem - mówi Horvath. - A co było w Polsce? Dla nas to zupełnie nieważne - jednogłośnie uznają trener i zawodnik.

Sam Małecki jednak przyjacielski nie był. Przynajmniej dla nas. - Dzień dobry. Dziwie się wam, że tyle jechaliście. Ale nie będę rozmawiał. Źle o mnie kiedyś pisaliście... Więc przepraszam, ale nic nie powiem. Pozdrówcie Polaków! - rzuca i ucieka do szatni.

30 punktów to pryszcz

Opinie ludzi, którzy go znali z czasów gry w Polsce, są życzliwe. Wszyscy są niemal zakochani w jego talencie i sposobie gry, ale podkreślają, że Małeckiego otaczała od zawsze mgiełka tajemnicy poza boiskiem. - Bardzo skromny jako człowiek i zawodnik, zawsze był trochę z boku. Prawie zawsze miał słuchawki na uszach, niewiele mówił, tak jakby się bał ludzi. Nie miał w zespole kolegów - wspomina Jarosław Jadachowski, były rzecznik klubu z Pruszkowa.

- Ogromny talent - wspaniała motoryka i wyszkolenie techniczne. Najlepiej grał kiedy był liderem drużyny - w Poznaniu, w Tarnowie. Miał takie momenty, że zdobycie 30 punktów to był dla niego pryszcz. Sam wygrywał mecze, był niesamowicie efektowny - nie może wyjść z podziwu Jacek Gembal, który był trenerem Małeckiego w Tarnowie i Pruszkowie.

Zaczynał w Poznaniu, do Lecha ściągnęli go z Janowca trenerzy juniorów. Już jako 17-latek (w sezonie 1993/94) debiutował w ekstraklasie, a rok później grał regularnie w pierwszej piątce i po raz pierwszy rzucił w meczu 30 punktów. Potem tę granicę w meczach ekstraklasy osiągał 25 razy, w tym trzykrotnie rzucił 40 lub więcej punktów. Podobnymi osiągnięciami z grających dzisiaj w Era Basket Lidze koszykarzy mogą się pochwalić tylko Maciej Zieliński i Adam Wójcik. Ale żaden z nich nie rzucił nigdy 46 punktów w jednym meczu.

- U mnie stawiał pierwsze kroki w zespole seniorów i muszę przyznać, że mam dużą satysfakcję z wprowadzenia go do dorosłej koszykówki. Miał fenomenalne zdolności ofensywne, wszystko robił bez wysiłku - ogromne wyczucie piłki, skoczność i długie ręce - potrafił robić na boisku co chciał i przychodziło mu to z łatwością. Jeden z największych talentów w Polsce - ocenia Eugeniusz Kijewski, który z Małeckim pracował w Poznaniu, a obecnie prowadzi Prokom-Trefl Sopot.

W sezonie 1996/97 ze średnia ponad 23 punkty na mecz (dzisiaj nieosiągalną nawet dla najlepszych w Era Basket Lidze) był siódmym strzelcem ekstraklasy, gorszym tylko od pięciu amerykańskich gwiazd i Igora Griszczuka. Klub w Poznaniu się rozpadł, dobry kontrakt zaproponowała Unia Tarnów, więc przeprowadził się do Małopolski. Średnie trochę spadły (19,5 pkt. w 1998 roku, 17,3 rok później), ale był wciąż prawdziwą gwiazdą polskiej ligi.

Problemy z codziennością

Ale zawsze była też druga strona kariery Adriana Małeckiego. Uchodził za niepokornego, niezbyt skoncentrowanego na koszykówce. Trener Kijewski wspomina: - Poza boiskiem był nieodgadniony. Do Poznania przyjechał w wieku 16 lat, chodził tu do szkoły średniej, mieszkał w bursie. Kłopotów nie było, ale nagle któregoś dnia... zniknął. Okazało się, że się zakochał i wrócił do domu, do Janowca, bo tam mieszkała ta dziewczyna. Nie było go dwa tygodnie i sam musiałem po niego jeździć, porozmawiać z jego rodzicami. Potem był jeszcze kłopot z opuszczaniem lekcji w szkole - musieliśmy go potem pilnować razem z dyrektorem szkoły, ale to się zdarza chłopakom w takim wieku. Na treningach nie sprawiał żadnych kłopotów. Nigdy nie powiem też, że był leniem. Wręcz przeciwnie, dużo pracował na treningach, często zostawał i ćwiczył sam - mówi obecny szkoleniowiec Prokomu-Trefl Sopot.

- Adrian miał zawsze problem emocjonalny, niezrównoważoną psychikę. Miał ambicje, chciał być znakomitym koszykarzem, ale miał problemy z codziennością, czyli z dźwiganiem trudu życia. Często był nawet przemotywowany i z tym sobie nie radził - ocenia jego były trener i później agent Mirosław Noculak.

Kiedy przechodził do Tarnowa, podpisał beztrosko jeszcze jeden kontrakt - ze Śląskiem Wrocław. Z kłopotów musieli go później wyplątać agenci. Kiedy latem 1999 roku został powołany do reprezentacji, bez słowa usprawiedliwienia nie pojawił się na zgrupowaniu. Na wniosek trenera Piotra Langosza został zdyskwalifikowany na pół roku. Wtedy zniknął po raz pierwszy.

Odnalazł się tuż przed świętami Bożego Narodzenia 1999 roku. Mirosław Noculak, który sprowadzał go do Tarnowa jako trener Unii, nie mógł patrzeć jak marnuje się talent i zaproponował Małeckiemu, że zajmie się nim jako agent. Po krótkich negocjacjach załatwił 23-letniemu skrzydłowemu kontrakt w Hoopie Pruszków, wówczas czwartym zespole ligi, ale wciąż liczącym się w walce o mistrzostwo. Małecki spędził w Pruszkowie 1,5 roku. Po raz pierwszy nie był gwiazdą, ale grał coraz lepiej. W drugim sezonie jego trenerem był Grek Michalis Kiritsis. - Małecki zawsze był miły, nie miałem z nim żadnego problemu, ale był zamknięty w sobie i nie zawsze skoncentrowany. Ale z młodymi tak często jest, nigdy nie wiadomo, co się z nimi dzieje poza treningami, co z rodziną, dziewczynami i tak dalej. Trener powinien próbować zawsze pomóc graczom, którzy mają problemy, bo drużyna to jakby rodzina. Szkoda, że mi się nie udało - wspomina Kiritsis.

- W Pruszkowie nie był już gwiazdą i nie mógł się odnaleźć, chyba także ze względu na skomplikowaną osobowość, trudną psychikę. Na czym ona polegała? Nie wiem, nie potrafiłem go zrozumieć. Był małomówny, bardzo zamknięty w sobie, naprawdę trudny do rozgryzienia. Nie mogę mu zarzucić braku chęci do pracy na treningach. Krytykę przyjmował, przynajmniej tak mi się wydaje - wspomina trener Gembal. Ten szkoleniowiec pamięta też jednak, że zamurowało go zupełnie, gdy po zakończonym sezonie w Tarnowie - bardzo udanym dla zespołu i statystycznie dla Małeckiego - usłyszał od tego gracza: "trenerze, czemu Pan starał się mnie zniszczyć?".

- Adrian zawsze miał swój świat, inne priorytety. Nie był w tym "swoim świecie" przez cały czas - miał po prostu takie momenty, zresztą każdy może mieć "ciche dni". Normalny chłopak, tylko, że z innym podejściem. W pewnym momencie stwierdził, że życie nie kończy się na koszykówce, poza tym miał problemy rodzinne - wspomina jeden z asystentów trenera w Pruszkowie Wojciech Kamiński, obecnie szkoleniowiec Polonii Warszawa.

Podpisał i zniknął

W marcu 2001 roku wybuchła afera. Rutynowe badanie antydopingowe wykazało w organizmie Małeckiego obecność marihuany. Ponieważ tego środka nie było na liście zakazanych dla polskich sportowców substancji, skończyło się na karze finansowej nałożonej na klub. Małecki dograł sezon do końca, w ostatnich w sezonie meczach o trzecie miejsce z Prokomem-Trefl Sopot zdobywał nawet po 19 punktów, ale nie był już tym samym Adrianem. Zamknięty w sobie, zawiedziony, rzadko rozmawiał z kolegami z zespołu, w ogóle odmawiał wypowiedzi dziennikarzom.

Latem 2001 roku ostatecznie zniknął. - W ostatnim dniu przed terminem [1 sierpnia - red.] namówiłem go na podpisanie nowego kontraktu z zespołem z Pruszkowa. Podpisał, ale nie pojechał na obóz. Nie mogłem go znaleźć przez kilka miesięcy. W końcu w Pruszkowie przestali się nim przejmować. Dopiero później czasami kontaktowaliśmy się przez smsy, obiecywał, że się spotkamy i porozmawiamy, ale nigdy do tego nie doszło. Z czasem i ten kontakt zanikł - mówi menedżer Noculak. - Było wielu, którzy go widywali w różnych dziwnych miejscach, ale nigdy na boisku. Kluby, dyskoteki. Niby normalne, ale dla takiego zawodnika, talentu, jednak dziwne - wspomina Jarosław Jadachowski, rzecznik z Pruszkowa.

Małecki zniknął na dobre. Na 2,5 roku. Znalazł się dopiero na Węgrzech.

Adrian kontra Niedźwiedź

W piątek wybieramy się na mecz. Veszpremi Egyetem gra u siebie z zespołem z Miskolca, który zajmuje w tabeli czwarte miejsce. Godzinę przed meczem szkolna hala nie wygląda na gotową do sportowego święta. Słońce świeci w oczy przez szklaną ścianę, a na środku boiska tkwi bramka do piłki ręcznej. Pierwsi kibice pojawiają się o 17.15, pierwsi koszykarze - 30 minut przed meczem. Wynoszą bramkę i za pomocą dwóch korb zasuwają kotary na okna. O 17.40 pojawia się spóźniony kapitan Horvath, który jest już w stroju sportowym, tylko buty pospiesznie zmienia na ławce, kiedy jego koledzy są już w połowie rozgrzewki.

Rywale z Miskolca schodzą się też powoli i nie wyglądają na mocarzy. Mają za to Człowieka-Niedźwiedzia, który sprawia wrażenie jakby jakieś 20 lat temu miał za sobą jakieś sukcesy w juniorskiej koszykówce. Spiker pojawia się tuż przed meczem, ale zwyczajowej prezentacji drużyn nie ma. Kiedy otwiera i zamyka mikrofon z głośników odzywa się głośne pryknięcie kojarzące się jednoznacznie, zwłaszcza małoletniej w większości widowni. Widzów schodzi się w końcu około 150 - większość z nich to uczniowie gimnazjum, którzy właśnie skończyli lekcje.

Koszykarze obu zespołów wyglądają niezbyt groźnie, ale kiedy zaczynają grać, okazuje się, że coś jednak umieją. Uznajemy, że są gdzieś między polską drugą a trzecią ligą. Gospodarze maja przede wszystkim Łysiejącego-Centra-Z-Rzutem (najwyżej 202 cm, ale i tak rządzi pod koszami) i walecznego Skrzydłowego-Z-Cętkami-Na-Głowie. U rywali króluje wspomniany już Człowiek-Niedźwiedź, ale za trzy trafiają prawie wszyscy. Szykuje się niespodzianka, bo na początku drugiej kwarty Człowiek-Niedźwiedź trafia za trzy i Miskolc E.A.F.C. (tak wpisano nazwę w protokół) prowadzi już 39:27.

Obrony w tym meczu nie ma prawie w ogóle, co wyraźnie pasuje także Małeckiemu, który do defensorów nigdy nie należał. Polak na mecz zmienił image - ogolił głowę. W pierwszej kwarcie grają jednak jakby bez niego, a i on oddaje piłkę bardzo szybko. Szaleje Łysiejący-Center-Z-Rzutem, który trafia kilka trójek. Dopiero w drugiej kwarcie Małecki zabiera się do roboty. Zdobywa siedem punktów, w tym po kontrze ładnie wsadza piłkę do kosza. Do przerwy jednak prowadzą goście 47:44.

W drugiej połowie wiadomo już jednak, kto tutaj jest "Staaaaar", jak mówił trener Molnar, dziś ubrany w mało twarzową szarą przykusą marynareczkę. W trzy minuty Małecki rzuca 10 punktów i Veszprem prowadzi 54:50. W czwartej kwarcie - wciąż biegając raczej truchtem i bez specjalnego wysiłku - dorzuca kolejne 9 punktów. Znów, jak kiedyś w Polsce, imponuje skutecznością za trzy punkty, trafia z trudnych pozycji, ma niezłe przyspieszenie, zwody, płynnie porusza się po boisku. Wszystko robi na pewno trochę wolniej niż kiedyś, ale uczniowie z Veszprem na trybunach nie szczędzą oklasków, a także paru "achów" i "ochów". Ich zespół wygrywa 90:71, a trener Molnar może być dumny ze swojej taktyki. Przez cały mecz dokonał trzech zmian, w tym ostatnia była wymuszona kontuzją rezerwowego rozgrywającego. Jak w piłce nożnej - kto raz zszedł z boiska, już na nie nie wrócił. Małecki, Łysiejący-Center-Z-Rzutem i Skrzydłowy-Z-Cętkami-Na-Głowie nie zeszli z parkietu ani na chwilę.

Bilans Polaka w tym meczu: 26 punktów, 5/9 za dwa punkty, 3/7 za trzy, siedem trafionych wolnych, siedem zbiórek, dwie asysty, dwa bloki, dwa przechwyty, strata i faul. Oraz dwa efektowne wsady. 32 punkty rzucił Łysiejący-Center-Z-Rzutem, a Człowiek-Niedźwiedź miał 28. - Widzieliśmy już lepsze mecze Adriana. Dzisiaj chyba trochę wszyscy za luźno podeszliśmy do gry - podsumowuje kapitan, który na boisko nie wszedł, jak zwykle zresztą.

Przy świątecznym stole

Po meczu już wiemy kto sprowadził Adriana Małeckiego na Węgry. To Gerard Koput, szwagier, mąż siostry koszykarza Kariny. Oboje skończyli w Poznaniu hungarystykę, od trzech lat pracują i mieszkają w Budapeszcie. - Nie jestem agentem Adriana, raczej jego kibicem, fanatykiem koszykówki. Z Adrianem nie widywałem się często, wiedziałem tylko, że ostatnio był w domu, w Janowcu, chodził sobie na salę, trenował - nie było z tym problemu, bo jego mama jest nauczycielem wf. Podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia rozmawialiśmy w Janowcu na temat koszykówki i spytałem Adriana wprost: chcesz wrócić? Powiedział, że tak, ale nie chce grać teraz w Polsce i spytał mnie o Węgry. Ja natomiast mam tutaj dobre kontakty, bo nie dość, że sam gram w koszykówkę, to jeszcze mam znajomych w wielu miastach. Adrian chciał grać w jak najwyższej lidze, ale okno transferowe zamykało się 28 lutego, więc nie mieliśmy dużo czasu - opowiada Koput.

- Negocjowaliśmy z Veszpremi Egyetem i Albacompem Szekesfehervar - obecnym liderem węgierskiej ekstraklasy. Albacomp miał już jednak trzech obcokrajowców i Adrian mógłby tam tylko trenować. Okazało się, że chwilę później jeden z Amerykanów złapał kontuzję i do końca sezonu nie zagra. Trener Albacompu Sandor Farkas może pluć sobie w brodę... Jednak po sezonie, czyli pod koniec maja Adrian pojedzie z tym zespołem na trzytygodniowy obóz, gdzie zostanie sprawdzony - dodaje szwagier, który sam także grywał w koszykówkę: w zespole Uniwersytetu Poznańskiego.

Kupka, pałac i broń dla Bośni

Po mediacji szwagra Małecki chce z nami rozmawiać. To znaczy nie chce, ale rozmawia. - Wcale nie jestem przekonany, ale słucham Gerarda. Czemu gram tutaj? Chciałem pokazać jeszcze ludziom ze środowiska koszykarskiego, że Adrian Małecki może wrócić. Mogłem grać w polskiej drugiej lidze, ale ja nie chcę rozgłosu, nawet tego tekstu. Nie potrzebuję tego - mówi, kiedy siadamy na trybunach.

Początkowo skryty, im dłużej trwa rozmowa tym wyraźniej się rozkręca. Mówi spokojnie, niczego nie ukrywa. - Czemu odszedłem? Na pewno historia z badaniem dopingowym miała znaczenie. Nie w porządku zachowali się także działacze z Pruszkowa. W ostatnim dniu, kiedy mogłem podpisać kontrakt, przysłali mi umowę bez wpisanych sum, in blanco. To wszystko sprawiło, że może trochę się załamałem i zniechęciłem. Przez te lata nawet nie śledziłem, co się dzieje w koszykówce. Trochę mnie to irytowało, że jest koszykówka, a ja nie gram. Jak była w telewizji, to wolałem przełączyć na inny kanał.

Co robił przez dwa i pół roku? - Bawiłem się! Korzystałem z życia ile mogłem. Byłem trochę w Europie, trochę w Polsce. Ogólnie nygusowałem. Trochę byłem w domu, mama sama została, trzeba było z nią pobyć. Trochę byłem w Holandii, ale nie dlatego, że marihuanę można tam kupić w sklepach, od razu mówię. Miałem kobietę z Holandii, dziewczynę i byłem tam dwa razy po cztery miesiące.

Czemu w takim razie wrócił do grania? - Długo nie byłem przekonany, czy chcę znów grać. Mocno przekonywał mnie szwagier, który jest dla mnie jak brat. Chcę grać także dla mamy, która już we mnie nie wierzyła. Tylko ona mi została, ojciec nie żyje, i chciałem, żeby była dumna ze mnie. Po drugie, poczułem chęć samorealizacji. Nie byłem do końca z siebie zadowolony w życiu i chciałem coś zrobić, żeby móc być z siebie zadowolonym. Tym bardziej, że żadnego stałego zajęcia nie miałem. Decyzję podjąłem tuż po świętach Bożego Narodzenia. Potrenowałem trochę w domu, przyjechałem i tak tu sobie pykam. Poziom nie jest najwyższy, ale muszę od czegoś zacząć. Nie gram tu za żadne wielkie pieniądze. Można tu zarobić ze dwa czy pięć tysięcy złotych. Ale ja nie jestem tu dla kasy. Miałem z czego żyć w Polsce, odłożyłem sobie pieniądze, sporą kupkę.

Jak się gra po tak długiej przerwie? - Trochę odczuwam, że nie mam już 21 lat, tylko prawie 28. Stawy trochę bolą. Dość szybko złapałem kondycję, jednak do formy jeszcze droga daleka. W tym sezonie muszę odpokutować za te stracone lata. Ale stać mnie na dobrą grę, jeśli latem przepracuję obóz, nabiorę dynamiki, wytrzymałości, pobiegam dwa miesiące przed następnym sezonem.

A więc kariera sportowa znów na poważnie? - Chcę pograć jeszcze ze dwa-trzy lata. Czy na Węgrzech? Zobaczymy. W Polsce? O tym nie myślę. Trochę jestem zrażony do polskiego środowiska koszykarskiego. Tutaj czuję się już lepiej, poznałem dziewczynę. Veszprem nie jest to miasto rozrywki, ale ja i tak głównie odpoczywam po treningach. Trenera za bardzo nie rozumiem, ale nawet nie próbuję. Pomagają mi koledzy, którzy trochę znają angielski. Najbardziej oczywiście sponsor Balazs Horvath, którego już poznaliście. Nie mówcie nikomu, ale ma poważną firmę militarną. Handluje z Bośniakami bronią. Ma tu wielki dom, pałac właściwie. I tam właśnie mieszkam u niego na jednej z kondygnacji w dwóch pokojach - konfidencjonalnie obwieszcza Małecki, a my się zaczynamy zastanawiać, czemu kapitan zespołu z Veszprem nam o tym nie powiedział.

Później szwagier Małeckiego wyjaśnia: - Balazs Horvath nie przerzuca broni do Bośni - to żart Adriana. Ma firmę, która sprzedaje systemy telekomunikacyjne. Ale naprawdę mieszka w pałacu - ma wielką kamienicę z dziedzińcem w centrum Veszprem przy wzgórzu zamkowym. Nie jest normalnym zawodnikiem, raczej filantropem, który sponsoruje drużynę, bo lubi koszykówkę - tłumaczy Gerard Koput.

Po tym się nie da grać

Rozmowa staje się jeszcze ciekawsza, bo w opustoszałej sali gaśnie światło, a my wchodzimy na temat marihuany. Spodziewamy się zaprzeczenia, ale Małecki mówi wprost: - Paliłem, taka jest prawda. Wcześniej zaprzeczałem, ale teraz mi to już obojętne. Pretensje mam tylko o to, że jedna piąta ligi wtedy paliła, a ja akurat zostałem kozłem ofiarnym. A na dodatek to nie było zakazane w polskim prawie sportowym i nie powinno być ujawnione - mówi spokojnie.

Czy jest uzależniony od "trawki"? - Nie, no spokojnie, jak to uzależniony? Przede wszystkim dla mnie to nie jest żaden narkotyk. Szczerze powiem, że paliłem marihuanę często, zresztą już od czasów gry w Lechu Poznań. Zdarzały się wypady z Amerykanami i wtedy paliliśmy.

Palenie trawki nie przeszkadza w graniu? - Skąd, to jest normalna rzecz. Przed meczem, nawet dzień wcześniej oczywiście lepiej nie palić i tego nie robiliśmy. Po tym grać nie można. Ale jeśli wieczorem po meczu zapalić, to uspokaja. Szliśmy sobie gdzieś z czarnymi na imprezkę, zapaliło się i już. Oni to lubią, wielu Polaków nauczyli. Ja się nauczyłem od Amerykanów, którzy grali w Poznaniu. Do dziś na pewno w polskiej lidze spora grupa zawodników, która lubi sobie zapalić. Ale teraz nie wiem, bo już wypadłem z tego środowiska.

Czy w takim razie próbował czegoś mocniejszego? - O nie, nie, nie! Jestem zdecydowanym przeciwnikiem. Nigdy nie próbowałem i nie zamierzam. Koszykarze, zwłaszcza z Ameryki, mają to niejako w naturze, że sobie czasami zapalą. Ale już te twardsze, czy białe narkotyki, to już zdecydowanie nie! One stymulują, pobudzają, szkodzą po prostu. Teraz nawet już nie palę. Zresztą tutaj, gdybym nawet chciał, to i tak dostępu nie mam.

- Adrian twierdzi, że marihuanę pali 1/5 ligi? Chyba trochę przesadził. Zawyżył statystykę, żeby się usprawiedliwić - mówi jeden z zawodników, który grał z nim w Pruszkowie.

- Oczywiście nie będę ukrywał, że kwestia palenia marihuany przez koszykarzy w ogóle nie istnieje. Wszyscy jesteśmy ludźmi i próbujemy różnych używek, choćby z ciekawości. Ale nie w trakcie sezonu i nie regularnie. Chociaż Adrian miał do tego akurat inne podejście. Zgadzam się z nim, że palenie marihuany dotyczyło głównie graczy z Ameryki, ale skala zjawiska się rozszerza. Wystarczy popatrzeć na dzisiejszą młodzież - dodaje koszykarz.

- W Pruszkowie źle traktowali Adriana. Był młody, palił marihuanę, ale przecież nie należała mu się za to kara śmierci. Takiemu człowiekowi trzeba pomóc. Wiadomo powszechnie, że amerykańscy koszykarze palą. W Grecji w ostatnich kilku latach złapano około dziesięciu na stosowaniu różnych narkotyków. Ale tak czy owak trzeba z nimi pracować, patrzeć i widzieć co się dzieje i starać się im pomóc. W Polsce, w Pruszkowie tego brakowało i Adrian padł tego ofiarą. W Polsce zresztą największym problemem nie są nawet lekkie narkotyki, ale picie alkoholu wśród zawodników. Jeśli w klubie jest odpowiednia organizacja, można sobie z tym poradzić. W Pruszkowie tak nie było. Co z tego, że wiedziałem, kto palił i kto pił? I tak nie mogłem nic zrobić, bo nie miałem poparcia w klubie - wspomina czas spędzony w Pruszkowie trener Kiritsis.

Duma przed lustrem

- Adrian Małecki to na pewno to jeden z największych talentów jakie widziałem w Polsce, zresztą nie tylko w Polsce. On i Cezary Trybański - ci dwaj gracze zrobili na mnie ogromne wrażenie, kiedy byłem w waszym kraju. Jeśli zacznie grać znów na poważnie, Węgry niedługo nie będą miały szans go u siebie zatrzymać. Ma szansę na wielką grę, nawet w najlepszych ligach, jeśli będzie pracował i nastawi sobie odpowiednio głowę - uważa Kiritsis, obecnie komisarz ligi greckiej.

- Przyjechałem na Węgry, bo chcę móc spojrzeć w lustro, uśmiechnąć się i powiedzieć, że jestem z siebie dumny. Tego mi ostatnio brakowało - mówi nam Małecki, a jego koledzy z zespołu podźwiękują kluczami, popędzając Polaka, aby kończył rozmowę.

Czy polscy kibice jeszcze kiedykolwiek będą mogli spojrzeć na Adriana Małeckiego w grze? I czy znów będą z niego dumni?